poniedziałek, 20 listopada 2017

Państwowo w niepaństwowym

Nie powiem, jak dawno temu, bo się sama śmiechem zabiję, ale jakoś tak w czerwcu 2016 roku, po kolejnej wizycie u powątpiewającej już nieco Pani Doktor (bo ileż można z tym samym przychodzić) zostałam skierowana do przychodni specjalistycznej, gastro-logicznej. Logicznej, bo pomimo tego, że na skierowaniu było jak byk, że czeka się najwyżej dwanaście tygodni, po jakichś szesnastu otrzymałam odpowiedź po telefonicznej interwencji własnej, że owszem, takie zalecenia od rządu mają, żeby najwyżej dwanaście tygodni pacjent czekał na pierwsze spotkanie, ale skoro jest TAK WIELE osób potrzebujących i TAK długa kolejka, to logicznym jest że niestety trzeba poczekać dłużej. Na moje pytanie ile, odpowiedź padła, że jakieś... pięćdziesiąt  tygodni! Oesu toż to prawie rok. No ale co jak potrzebuję szybciej, zapytałam. Nic się nie da zrobić, odpowiedziała miła pani w słuchawce, no chyba że naprawdę zaboli, to wtedy na Emergency do szpitala i wtedy przyjmą od razu. Ha ha ha. Super. Jakoś przez te długie pięćdziesiąt tygodni nic mnie nie zastrzygło aż tak, żeby myśleć o dobrowolnym położeniu się w szpitalu. Minęło tygodni pięćdziesiąt dwa, trzeba było na wakacje pojechać, a ja jeszcze w porcie, przeczuta przeczuciem mówięc do Chłopa: "Zobaczysz, przyślą mi zaproszenie do szpitala, jak mnie nie będzie i dupa z tego będzie, bo jak potwierdzę?" I tadam! Szlag by to trafił, po powrocie z wakacji w sierpniu oczywiście koperta z datą wcześniejszą, a w niej liścik, że rewidują stare listy oczekujących i jak nie potwierdzę w terminie dwóch tygodni, że wciąż potrzebuję wizytę w przychodni gastro-locznej to skreślą mnie z listy. A termin dwóch tygodni minął... dnia poprzedniego.
Wzburzona jak wrzątek w czajniku dzwonię. No tak, termin minął wczoraj. Ale ja kurde, na wakacjach byłam, to jak miałam potwierdzić, jak ten list przyszedł w czasie, gdy za granicą bawiłam, a w domu tylko koty? W dodatku nauczone żeby cudzej korespondencji nie ruszać? Pani trochę, nie powiem, mina zrzedła chyba przez ten telefon, ale obiecała wpisać na listę z powrotem. Na to ja (głupa aż tak zupełnie nie jestem), że mnie to nie satysfakcjonuje, bo czekałam na tę cholerną wizytę ponad rok i na pewno byłam na samej górze listy, to teraz mam spaść znowu na sam dół, żeby czekać kolejny rok i tak aż do śmierci albo nagłego przypadku? O nie, nie. Ja żądam wizyty jak najszybciej. Pani obiecała, że zobaczy co się da zrobić, a ja powiem szczerze, że machnęłam na towszystko ręką postanawiając, że nie będę czekać do samej śmierci, tylko przy następnym incydencie jadę do szpitala i będę udawać, że co najmniej umieram.
No i żyłam tak sobie nie myśląc o sprawie, gdy w Zakopanem na kolejnych wakacjach będąc (plaga jakaś czy co?) tuż przed pójściem spać zerknęłam na telefon, a tam wiadomość na sekretarce. Że ze szpitala dzwonią, umówić się na wizytę, i niech oddzwonię to się umówimy. Oddzwoniłam następnego dnia, ale wcale nie tak od razu, niech se teraz oni poczekają, he he he (zaśmiała się grobowym głosem)
No i okazało się, że z powodu tego, że NHS (czyli odpowiednik polskiego NFZ) zawalił totalnie na linii pacjent - przychodnia, moja sprawa została skierowana (i oczywiście opłacona) przez NHS do prywatnego szpitala Spire Healthcare. No teraz to mnie szczęka spadła, ale udając że nic mnie już nie dziwi, umówiłam się na wizytę. Która mogła być już dwa tygodnie później, ale mi termin nie pasował, więc ten któy mi pasowął był w ubiegły piątek. No i tak, w zeszły piątek z samego rana, udałam się do wybranego przez mnie oddziału (w Edynburgu są dwa). Oczywiście parking za darmo (w państwowym Royal Infirmary trzeba płacić i to nie mało), na recepcji pani każe mi wypełnić papierek i mówi gdzie mam się udać i że doktor zaraz przyjdzie. Siedzę, czekam, muszę przyznać że standard taki sam jak w normalnym szpitalu, tylko ludzi w poczekalni nie ma. Pan Doktor przyszedł zaraz po umówionej wizycie i kłaniając mi się w pas zabrał mnie do gabinetu, gdzie odwiesił moją kurtkę na wieszak, a mnie poprosił o umoszczenie się w krzesełku. Czyli jak w normalnym gabinecie. Kiedy mi się przedstawił, odetchnęłam z ulgą. Bo okazało się, że pracuje także w szpitalu St John's w Livingston, czyli państwowym. A u nas jest tak, że jedynie czym prywatny szpital różni się od państwowego jest dostępność zabiegów i szybkość oczekiwania na nie. Pod każdym innym względem państwowa służba zdrowia jest niestety lepsza. Okazuje się, że w prywatnym szpitalu pracę dostanie każdy lekarz, bez żadnych szkoleń i specjalizacji, ale w państwowym lekarze poddawani są starannej selekcji i nieustannym szkoleniom. Mogłabym pisać na ten temat dużo i długo, w końcu pracuję w instytucji, która jest jednym z najlepszych medycznych ośrodków badawczych na świecie, ale nie o to przecież chodzi.
W każdym razie, odetchnęłam z ulgą słysząc, że doktor, który mnie przyjął, pracuje w NHS i jest tam dyrektorem klinicznym na oddziale, a w prywatnym szpitalu przyjmuje jeden dzień w tygodniu na zlecenie NHS. I zaczęliśmy spotkanie.
Muszę dodać. że dzień wcześniej rozmawiałam z Chłopem o swoich wątpliwościach, bo po prostu nie wiedziałam co tak naprawdę mam w tym szpitalu powiedzieć. Gdybym miała tę wizytę zaraz po skierowaniu od lekarza to owszem, wiedziałam jak się wtedy czułam i jakie obawy mną kierowały. A teraz? Tyle się od tego czasu zmieniło, ja przyzwyczaiłam się już do swoich dolegliwości i chociaż uciążliwe, to przecież nie zagrażające życiu chyba są. A teraz miałam o tym rozmawiać z doktorem. Na szczęście on nie kazał mi o sobie opowiadać, a zadawał po prostu pytania i robił notatki. Tym sposobem wyciągnął ze mnie wszystkie informacje, a nawet więcej. Potem zawołał pielęgniarkę, chyba po to żeby mnie legalnie obmacać przy świadkach, bo tyle teraz spraw o molestowanie, nieprawdaż... He he he, żartuję, ale prawda jest taka, że bez pielęgniarki obok nie położył na mnie swojej ręki. A i tak przepraszał, że musi. W czasie obmacywania mojego brzucha wciąż zadawał mi pytania, pozornie nie związane z brzuchem, na przykład czy miewam owrzodzenia czy pęcherzyki w ustach. Po badaniu pokazał mi własnoręcznie wykonany rysuneczek człowieczka ze śmiesznym skręconym jelistkiem, żeby zobrazować mi o czym mówi. Tak że opowiedział mi jak jesteśmy zbudowani w środku (niemal przewracałam oczami, ja się całej anatomiii i wszystkich kosteczek z książek medycznych w liceum uczyłam!) i co ewentualnie może mi dolegać z objawów. Po czym poinformował, że w celu właściwej diagnozy pobiorą mi krew na-to-i-na-to, zrobią badanie USG oraz sprawdzą moją ... kupę. Bleeee!
Krew pobrali mi od razu, przy czym pielęgniarka musiała zawołać specjalnego lekarza, bo poległa na moich żyłach po dwóch wkłuciach (mogą kłuć tylko dwa razy), a lekarz się nie patyczkował, tylko od razy zabrał się do żyły na wierzchu dłoni, oczywiście za moją zgodą, bo co mi tam kawałek siniaczka. Na termin usg musze poczekać. A Qupa... Ech, nie będę opowiadać, ale wróciłam do domu z całym sprzętem, który dostałam, a jak przyszedł czas to założyłam otrzymane rękawice i dokonałam procederu, żeby załatwić wszystko tego samego dnia i już nie wracać.
Teraz sobie czekam, a jak coś wykryją to będziemy się zastanawiać co dalej. Chyba bardziej się martwię co będzie jak nic nie wykryją. Chyba uwierzę w hipochondrię...

środa, 15 listopada 2017

Coś się jednak zmienia

Powiem szczerze, że szczęka mi opadła i do tej pory toczy się z łoskotem po podłodze. Zabierałam się bowiem do napisania postu o kwiatkach, chmurkach i motylkach, czyli takie zwykłe bla bla bla, gdy w zakładce obok pojawiło się coś w rodzaju "Masz wiadomość". U mnie wiadomości nie mają czasu dojrzeć, bo otwieram je niemal natychmiast jak tylko zauważę, co nierzadko źle się kończy, bo na przykład wyobraźcie sobie że jest niedziela, wieczór, lekki i przyjemny program sączy się z telewizora, a w lampce czerwone wino. I nagle mi na komórce wyskakuje, że dostałam emaila. Otwieram, a tam z pracy. Że jakiś problem mają. Niecierpiący zwłoki. O dwudziestej drugiej, kurna, trzydzieści, w niedzielę wieczorem! I już cały wieczór zmarnowany, bo pomimo że nic nie da się w tej chwili zrobić, to mi mój kobiecy mózg już kombinuje, już układa puzle i podpowiada rozwiązania, a zamiast przygotować się do snu to zaczyna pracowac na najwyższych obrotach, mieląc informacje w te i wewte. Tak samo na wakacjach. Od jakiegoś więc czasu powiedziałam sobie: Dość. I kontynuuję odwyk. Żadnych emaili ani telefonów z pracy nie odbieram, choćby mi się wszystkie żarówki w telefonie świecili! Niech se świecą.
No ale do brzegu.
Zabierałam się więc do pisania, gdy wyskoczyła mi zakładka z emailem. Otwieram, a tam - nie-do-uwierzenia - sprawdzam nadawcę jeszcze raz. O jaciesmole.
Nadawca: Reklamacje.pks.xxx, Odpowiedź na Nieuprzejme zachowanie kierowcy.

Cytuję. Albo nie zacytuję, bo na końcu jest jest formuła: Niniejsza korespondencja, a także dołączone do niej pliki mogą zawierać treści o charakterze poufnym. Dlatego też treść e-maila i załączników kierowana jest wyłącznie do wiadomości adresata. Jeśli nie są Państwo adresatami wiadomości, informujemy, że ujawnienie i dystrybuowanie tej korespondencji jest niedozwolone.

No więc nie zacytuję. Ale odpowiedź jest mniej więcej taka, przepraszają za zainstniałe nieprzyjemności i dziękują za przekazane uwagi na temat realizacji przedmiotowego kursu (z obsługi klienta chyba!) oraz informują, że wobec kierowcy zastosowano konsekwencje służbowe. Nie piszą jakie te konsekwencje, ale to chyba nie ważne, co nie? I w dodatku piszą, że już wprowadzili działania naprawcze, żeby uniknąć podobnych sytuacji w przyszłości. I podpis z adresem, numerami telefonów, faksów, KRS NIP i REGON.

Szczerze mówiąc, się  nie spodziewałam. I nie jest tak bardzo ważne w tym momencie, czy rzeczywiście wprowadzili jakieś działania czy nie, czy kierowca został zdyscyplinowany czy nie, ważne że nastąpiła jakaś reakcja, choćby w postaci odpisania na email. Coś się w tym kraju jednak zmienia.

W dalszym ciągu mam mieszane uczucia i to mi chyba nigdy nie przejdzie. Bo na przykład, gdy byłam w Polsce kilka lat temu, musiałam załatwić parę urzędowych spraw. Na samą myśl o tym dostaję drgawek, bo się po prostu odzwyczaiłam, u nas się nigdzie chodzi, u nas się dzwoni lub emailuje. No ale, poszłam więc do urzędu. Była niewielka kolejka, usiadłam, zapytałam kto ostatni. Ale nie wiedziałam zupełnie jak to coś załatwić, nie miałam ani żadnego druku ani informacji, która być może była gdzieś na tablicy, ale w natłoku papierków po prostu nie widziałam. Poprosiłam więc pana, który wchodził czy mogę wejść z nim tylko o coś zapytać, żeby nie czekać w kolejce niepotrzebnie. Rzeczony starszy pan się zgodził, weszłam, zapytałam, dostałam papierek do wypełnienia, wróciłam i usiadłam w swojej kolejce. I w tym momencie się zaczęło. Czekający Wąsaty Marian wyjechał do mnie z pretensjami, że co ja sobie myślę, że wszyscy czekają, a co to ja jestem, i w ogóle co ja sobie nie myślę. Odpowiedziałam, na swoją zgubę, że przecież weszłam tylko na chwilę z panem, który się zgodził, że mieszkam za granicą i nie wiem jak się tu rzeczy załatwia i chciałam tylko zapytać, bo nigdzie nie ma żadnej informacji. To dolało tylko oliwy do Marianowego pieca, zaczął wykrzykiwać, że paniusia jedna myśli sobie, że jak z zagranicy to jej wszystko wolno, że tu ludzie w kolejkach stoją a przyjdzie taka i się wpycha, no szlag mnie trafił, ale zanim cokolwiek odpowiedziałam, wyszła z pokoju pani urzędniczka i poprosiła mnie osobiście, bo się okazało że ta kolejka mnie nie dotyczy, bo ja zupełnie inną sprawę mam. Mariana zatkało, co sobie pomyślał to nie wiem, ale sytuacja nieprzyjemna, I nie z powodu urzędnika przecież. 
Albo teraz, ostatnio. Poszliśmy do sklepu poleconego przez mamę ("Ale tylko do tego idźcie i do żadnego więcej, bo tam mają dobre i świeże!") zakupić sobie na drogę kiełbasę. Sklep mięsny, mała kolejka. Przede mną babcia w berecie. Nieświadoma, rozglądam się, zaglądam za ladę, próbuję wypatrzeć kiełbasę, która by mnie satysfakcjonowała, próbuję spróbować wystawione do degustacji kawałki polecanych dzisiaj wędlin, ale nie da się, bo bacia widząc moje wysiłki, rozpiera się na boki, zapiera nogami, rozwala na pół lady, bo "teraz ona". Zamiast odsunąć się troszeczkę, żeby mi ułatwić, bo przecież jej tej cholernej kolejki nie zabiorę, to ona z zaciśniętymi ustami i nienawiścią na twarzy blokuje połowę mięsnego. A jak zaczęła kupować, to myślałam że espedientka ją oczami zabije. Może parę plasterków tej, albo nie bo ta za tłusta, ależ nie, odpowiada espedientka, to tamta jest tłusta, ta jest chudziutka. No ale nie ta, tylko tamta, a w ogóle to tamta za droga, czy nie mają czegoś takiego samego tylko tańszego. I tamtej szybki trzy plasterki, ale nie takie, za grube, albo nie, ona zmienia zdanie i w ogóle tej tłustej kiełbasy nie chce, tylko parówki jakieś pani jej da. Na szczęście poproszona zostałam do innego stanowiska, kupiłam swoją i wyszłam, a babcia ciągle jeszcze nie mogła zdecydować jaka kiełbasa i ile...
Wciąż w Polsce widzi się na ulicach smutne, zacięte twarze. Albo dumne, pogardliwe spojrzenia. Te pierwsze należą raczej do osób starszych, szczególnie kobiet. Te drugie do młodych, wypacykowanych, wystrojonych, także kobiet. Taki przykład. Chłop od razu zauważył, że ludzie bardzo poważni są w moim byłym kraju, ale zaznaczył, że jak się do nich uśmiechnie to nie ma bata, odwzajemnią ten uśmiech. No i działało, ale to już zauważyłam dawno temu. Różnica była taka, że jak procedurę uśmiechu stosowałam parę lat wcześniej, to miałam wrażenie, że patrzyli na mnie jak na debila, natomiast teraz ludzie się po prostu śmiechali i to było bardzo miłe. Jeszcze fajniejsze było to, jak Chłop się nauczył kilku polskich zwrotów, w tym "Dzień dobry", przy czym wymawiał to tak śmiesznie "Dżień dobrrry?" (ze znakiem zapytania na końcu), że zaśmiewałam się za każdym razem. A on nic sobie z tego nie robiąc, uśmiechał się do każdego napotkanego człowieka i mówił "Dżień dobrrry?". I ludzie mu odpowiadali i też się uśmiechali. I znowu, zauważyłam różnicę pomiędzy płciami. Kobiety odpowiadały uprzejmie, ale się raczej nie uśmiechały.  Co jest z tymi kobietami do cholery?  Czy naprawdę w Polsce nie ma powodu do radości? To co, że zarobki są być może mniejsze niż na zachodzie, że życie być może droższe, że pracy nie ma i rząd do dupy? Przecież tak jest prawie wszędzie. I nie przyjmuję do wiadomości, że nie ma się z czego cieszyć, gdy nie ma co do garnka włożyć, a życie jest walką o przetrwanie. Ja jestem emigrantką. Ja wiem co to znaczy nie mieć co do garnka włożyć, nie mieć pracy, nie mieć gdzie mieszkać, nie mieć pieniędzy na prezenty dla dzieci, nie rozumieć co się do ciebie mówi, a w dodatku nie mieć przy sobie nikogo z najbliższych. A to tylko część problemów. I gdybym tylko utyskiwała, narzekała i chodziła z wykrzywioną gębą i kupą pod nosem, to nigdy w życiu nie miałabym tego co mam. Co mnie obchodzi, że inni mają lepiej ode mnie? Dlaczego mam zazdrościć innym bogactwa, drogich samochodów, wakacji na Malediwach, markowych ciuchów czy nadmuchanych cycków? Bo to chyba z zazdrości te wszystkie nadymane miny na polskich ulicach. Ale na szczęście coraz rzadziej. Na szczęście to się zmienia. Bo co posiejesz to zbierasz, co dajesz, to dostajesz z powrotem...

Pozdrawiam serdecznie.  





poniedziałek, 13 listopada 2017

Wyprawa do Polski część 3 i ostatnia

Poniedziałek w Krakowie obudził nas deszczem. Trudno, ale się spodziewaliśmy, progam, i tak bardzo napięty, wcale nie uległ zmianie. Na początek poszedł Wawel, gdzie zwiedzić mogliśmy jedynie zbrojownię i skarbiec oraz wystawę "Kraków zaginiony", wszystko bardzo ciekawe ale niestety, bardzo skromne. Cóż, kraj ucierpiał podczas licznych wojen i większość dóbr została przecież splądowana, wywieziona i nigdy nie wróciła do Polski. Nie zajęło nam wiele czasu zobaczenie tego wszystkiego, co było dostępne, a ponieważ sam Zamek i komnaty w poniedziałki są niestety nieczynne, więc zdążyliśmy dojść na Rynek na godzinę 11:50, bo o tej porze następuje uroczyste odsłonięcie ołtarza Wita Stwosza w Katedrze Mariackiej, czego za żadne Skarby Wawelskie nie chciałam pominąć.
Zdjęć oczywiście nie mam, ale to co zobaczyłam to zostanie w pamięci, a Wy sobie możecie wyguglować :-)

Z Rynku w deszczu udaliśmy się na Kazimierz, do dzielnicy żydowskiej. Nidy tam nie byłam, pomimo że ciotka mieszkała na Placu Wolnica. Trasa moja zawsze prowadziła do niej przez Rynek i Wawel, za Plac Wolnica już nie zaglądałam. Bardzo więc byłam ciekawa osławionego Kazimierza.


Weszliśmy na cmentarz żydowski, ale tylko dosłownie jedną nogą, bo po pierwsze, pełno tam było wycieczek szkolnych z Izraela, a dzieciaki jak dzieciaki, hałaśliwe bardzo, a po drugie, z powodu deszczu alejki zamieniły się w błoto, a ja błota po prostu nienawidzę. Poszliśmy więc dalej, do Wielkiej Synagogi. Nigdy wcześniej w synagodze nie byłam, więc ciekawiło mnie wszystko. 


Chodziliśmy po tej synagodze, czytaliśmy wszystkie tabliczki informacyjne, podziwialiśmy różność kultury i tradycji. Przy tej okazji dowiedziałam się bardzo wiele o tym narodzie i o ich wyizolowanym życiu, między innymi właśnie w Krakowie.


Ze Starej Synagogi poszliśmy dalej, wciąż w strugach deszczu. 


Pochodziliśmy sobie trochę po kazimierskich uliczkach, Chłop miał wielką ochotę na Muzeum Techniki, które mijaliśmy po drodze, powiem szczerze że ja też wolałam to niż moknięcie w deszczu, ale niestety, okazało się zamknięte. Wstąpiliśmy więc do urokliwej kawiarenki na Placu Wolnica na kawę z serniczkiem, gdzie przynajmniej mieliśmy okazję trochę podeschnąć i zagrzać się. Nie bylo jakoś szczególnie zimno, ale wilgoć przesiąkała do kości. 
A potem ruszyliśmy dalej. Z Placu Wolnica rzut beretem do słynnego kościoła na Skałce, a bardzo chciałam go zobaczyć z powodów historycznych, tam to bowiem podobno poćwiartowany miał zostać przyszły święty Stanisław, którego relikwie spoczywają w Katedrze na Wawelu. Po drodze wstąpiliśmy do kościoła świętej Aleksandry.


Nie mogliśmy przeoczyć takiej okazji, niewiele takich samochodów pozostało na tym świecie.


A to już Bazylika Świętego Michała Archanioła i Świętego Stanisława Biskupa i Męczennika, czyli słynny kościół na Skałce (ależ długa nazwa!) 



W kościele znajduje się krypta zasłużonych, ale nie zwiedzaliśmy jej, jakoś nie mieliśmy ochoty. Widzieliśmy za to aż dwóchj ojców Paulinów, z których jeden jakoś dziwnie się nam przyglądał, raczej nie za bardzo przyjaźnie. Może się bał że mu kościół pobrudzimy.

W lewo od wejścia do kościoła znajduje się sadzawka św. Stanisława, zwana "Kropielnicą Polski", to prawdopodobnie miejsce pradawnych obrzędów pogańskich, o których w swoich pismach wspomina Jan Długosz. W tym właśnie miejscu porzucone zostały według legendy rozczłonkowane zwłoki św. Stanisława tuż po jego zabójstwie. Istniejąca obecnie kamienna obudowa sadzawki powstała w okresie wczesnego baroku. W środku sadzawki stoi rzeźba biskupa Stanisława.



 

Nieco dalej, na klasztornym dziedzińcu, możemy podziwiać Ołtarz Trzech Tysiącleci, powstały całkiem niedawno, bo zaledwie kilka lat temu. Budowla zajmuje powierzchnię około 1000 m2, posadzkę i dojścia do ołtarza wykonano z wapienia, przed ołtarzem przewidziano przestrzen na 500 miejsc siedzących. Budowla ma charakter wielofunkcyjny, dostosowany do miejsca. Odbywają się tam msze, wydarzenia artystyczne, koncerty liturgiczne. 
W fundamenty ołtarza wmurowano kamienie węgielne: z Watykanu (zroszonego krwią św. Jana Pawła II), z Gniezna, gdzie znajduje się grób męczennika św. Wojciecha, ze Skałki, gdzie polała się krew św. Stanisława i z Teb w Egipcie, gdzie w samotności na kontemplacji Boga żył św. Paweł I Pustelnik, patriarcha Paulinów.
Siedem filarów - wzniesionych na wysokość 8 metrów z litych bloków kamiennych i wyznaczających tylną ścianę ołtarza - nawiązuje do idei otwartej kolumnady Berniniego na watykańskim placu św. Piotra. Na filarach umieszczono posągi świętych i błogosławionych. Trzy centralne filary to postaci kierują uwagę na męczeństwo umieszczonych na nich postaci: św. Stanisława, św. Wojciecha i św. Jana Pawła II.. Cztery kolejne rzeźby przedstawiają św. Jadwigę, św. siostrę Faustynę, św. Jana Kantego i o. Augustyna Koreckiego. Podczas gdy postacie centralne to główni patronowie Polski, pozostali święci zostali wybrani ze względu na swoje związki z Krakowem i zakonem Paulinów.

Bardzo ciekawe miejsce, cieszę się że udało nam się zwiedzić. 



A potem zostało nam jeszcze trochę czasu do wieczora, więc postanowiliśmy, że pójdziemy sobie wzdłuż Wisły do najbliższego Centrum Handlowego, zwanym Galeria Kazimierz.  


Na wodzie zobaczyliśmy taką oto niezwykłą instalację. Czy może ktoś mi wytłumaczyć co robi ta  świnia w Wiśle?


Galeria Kazimierz okazała się znacznie mniejszym centrum handlowym, niż to, które znajduje sie przy Dworcu Głównym, ale przynajmniej się zagrzaliśmy, wyschliśmy, zjedliśmy lody u Grycana i pograliśmy sobie w gry interaktywne, jedna z nich polegała na strzelaniu w pzrelatujące statki kosmiczne, a druga to był zwykły mini curling :-)
Niestety, deszcz nie ustał do wieczora, więc przemoczeni wróciliśmy do apartamentu, przebraliśmy się i poszliśmy do naszej restauracji Bazylia. A potem już trzeba się było pakować, bo nazajutrz rano wracaliśmy. 

Jeszcze kilka zdjęć z drogi powrotnej:





Powiem szczerze, że pobyt w Krakowie wspominam bardzo miło, pomimo ostatniego deszczowego dnia. Miasto nic się nie zmieniło od czasów mojej młodości, a jednak zmieniło się ogromnie. Te same bary i restauracje, te same miejsca, te same budynki, ta sama atmosfera. Mnóstwo przeuroczych maleńkich kawiarenek, małe piekarenki ze wspaniałym pieczywem i przepysznymi ciastami na każdym kroku, pełno turystów. A jednocześnie nowoczesne centra handlowe, z udogodnieniami, jakich u nas w Szkocji nie ma a by się przydały, jak na przykład punkty ładowania telefonów. A może u nas są, tylko ja nie zwracałam na to uwagi, no bo po co? Nowoczesny dworzec w Krakowie, z bardzo wygodnym systemem zakupu biletów, bo nie trzeba wcale stać w kolejce do kasy, można sobie kupić bilet w automacie. Nowoczesne pociągi, nie to co pamiętam z młodości :-)
Tak więc, pociągiem udaliśmy się w droge powrotnę do rodziców, po drodze zahaczając o Opole, ponieważ zapragnęłam pokazać Chłopu miejsce, w którym mieszkałam prawie jedną trzecią mojego życia, w którym urodziły się moje dzieci. Jako że mój stary dom był w Śródmieściu, gdzie do wszystkiego było blisko, nasza wędrówka nie była zbyt forsowna i zdążyłam zabrać go we wszystkie ważniejsze dla mnie miejsca, pozostałe pokazując z daleka lub po prostu opowiadając mu o nich. Tak więc widzieliśmy mój stary dom, przedszkole dzieci, ich szkołę, kościół, w którym miały komunię, park, do którego chodziliśmy uczyć się jazdy na rowerkach. Uniwersytet, słynny podupadły Dom Handlowy Opolanin, Teatr Kochanowskiego. Multiplex i Centrum Handlowe Solaris, które wydawało mi się znacznie mniejsze niż je pamiętam. A potem droga do Rynku.




Chłopu podobał się licznik przejść tak bardzo, że musiał przejść kilka razy tam i z powrotem :-)


A na luncz zabrałam go do słynnej opolskiej Grabówki, która jest zwykłą naleśnikarnią. Uparł się na słodkie, chociaż próbowałam go odwieść od tego zamiaru. Po spróbowaniu mojego oznajmił, że zrobił błąd, bo naleśnik był tak wielki i tak syty, że z trudnością przyszło mu poruszanie się po tym obfitym posiłku. 


A potem poszliśmy na wyspę Pasiekę, gdzie opowiadałam, co tam się znajduje i dlaczego. Na przykład staw, arena festiwalowa, lodowisko, Szkoła Muzyczna, w której spędziłam wiele lat wożąc dzieci popołudniami, spacerowaliśmy wzdłuż Odry, a ja mówiłam o powodzi, o tym co "Za Odrą", o spływach flisackich, o wyspie Bolko, o Zoo, a także o bibliotece Uniwersyteckiej i Polskim Radiu.


A na koniec poszliśmy do miejsca, które obiecałam synowi odwiedzić jak tylko będę w Opolu. Syn bowiem odkrył to miejsce z dziewczyną i zachwycali się nim, więc musiałam zdać relację. A miejsce nazywa się Wintydź.


Jest to po prostu bar koktajlowy z jabardziej wypasionymi koktajlami, jakie kiedykolwiek na oczy swe widziałam. Chłop zamówił sobie takie cuś:


A ja takie:


Koktajle w pełni alkoholowe, przepyszne. Asortyment taki, że gały wyłażą. Alkoholowe i bezalkoholowe, standardowe i mleczne szejki, a wszystko w bardzo rozsądnej cenie i naprawdę miłej atmosferze. Naprawde polecam, jak kiedykolwiek będziecie w Opolu. 

A potem najdziwniejszym pociągiem, jaki w życiu widziałam, pojechaliśmy sobie z powrotem do Nysy. Najdziwniejszym bo jednowagonowym. Takie maleńkie coś. Ale za to wygodnie, nie to co stara piętrowa ciuchcia :-)

W samej Nysie spędziliśmy dwa ostatnie dni, leniuchując, spacerując, odwiedzając rodzinę i przyjmując odwiedziny. 



Pogoda nie była dla nas zbyt łaskawa, ale i tak chodziliśmy na spacery. Bardzo mnie zaskoczyło, jak wiele się zmieniło również i starej dobrej Nysie.




Podróż powrotna na lotnisko okazała się zupełnie bezproblemowa, tak samo lot i powrót do domu. Koty straszliwie stęsknione, łaziły za nami krok w krok przez cały weekend, miałczały, łasiły się i w ogóle, żyć nam nie dawały. Powrót do codzienności zabrał nam kilka dni, dobrze że wrócilismy w piątek, to wypoczęliśmy po tych krótkich wakacjach. Które były wspaniałe, choć oczywiście w takim tempie bardzo męczące.

Wrażenia moje - "Pomimo wpadki z deszczem, wstrzeliliśmy się w pogodę w najbardziej optymalnym momencie, bo i tydzień wcześniej i tydzień potem w Zakopanem padał śnieg. Było naprawdę fajnie, aż żal wyjeżdżać."

Wrażenia Chłopa - "Świetne wakacje, Polska jest piękna, momentami czułem się jak w UK dwadzieścia lat temu, ale to tylko momenty, ogólnie jest tak ładnie, że chciałbym tam wrócić na dłużej, szczególnie w góry. Jedzenie przepyszne, tylko... trochę za dużo" (to o mojej mamie i jej karmieniu, ha ha!)

Wrażenia Rodziny: "Dopiero przyjechali a już jadą z powrotem"

Wrażenia Mamy przez telefon: "... i pamiętaj, jak Ci kiedykolwiek do tego Twojego łba durnego przyjdzie go zostawić, to ja nie wiem co Ci zrobię, bo takiego człowieka to Ty w dzisiejszych czasach już nie znajdziesz..."  (to o Chłopie)

No ba!


piątek, 10 listopada 2017

Humor na piątek

Dzisiaj odrobinkę inaczej. Zapraszam!


***


*** 


*** 


*** 


*** 


*** 


*** 


*** 


*** 


***

Miłego weekendu!


czwartek, 9 listopada 2017

Wyprawa do Polski część 2

W Zakopanem spędziliśmy zaledwie dwie noce i już w piątek rano trzeba się było przemieścić na północ, do Krakowa. Dwie godziny w autobusie minęły bardzo szybko, a Kraków przywitał nas, jak się obawiałam, smogiem. Można sobie tłumaczyć, że to mgła i nie wiadomo co jeszcze, ale jak przez całą drogę widzi się pięknie niebieskie niebo i oślepiające słońce, a tu nagle nad Krakowem wielka chmura, to ma się tylko jedno skojarzenie.
Niemniej jednak, bardzo pozytywnie nastawieni, udaliśmy się prosto z dworca autobusowego do naszego apartamentu na Stradomskiej, co zajęło około dwudziestu minut piechotą przez piękne jesienne planty. Chłop był zachwycony, bo w Szkocji nie widuje się tylu liści, po prostu nie ma tylu drzew. A tutaj nie tylko że leżały malowniczo na alejkach to jeszcze powoli i delikatnie opadały, jak wielkie żółte płatki śniegu.
Apartament okazał się być strzałem w dziesiątkę. Dwie minuty do Zamku, dziesięć minut do Kazimierza, piętnaście do Rynku. Z klatki schodowej wchodzi się jak do normalnego mieszkania w kamienicy, z takim korytarzem, od którego odchodzi kilka drzwi, każde prowadzące do innego pokoju, nasze drzwi były pierwsze po lewej (tuż przed tą brązową komodą) i prowadziły do osobnego apartamentu, składającego się z kuchnio-salonu, łazienki i sypialni. Zadziwiła mnie wielkość pomieszczeń, bo przy tych wysokich sufitach pokoje wydawały się wręcz ogromne. Nasz apartament, pomimo kubatury, był cieplutki i cichy, nie dochodziły żadne głosy z zewnątrz, doskonale wyposażony we wszystko, czego może potrzebować turysta, a nawet więcej, bo pełno było rzeczy pozostawionych chyba przez poprzednich mieszkańców, jak kosmetyki czy alkohol. Telewizja z tysiącem kanałów, niektóre po angielsku, więc Chłop mógł normalnie oglądać, ale zazwyczaj byliśmy tak padnięci wieczorami, że zasypialiśmy przed tym telewizorem.


Zaraz po zameldowaniu się w apartamencie poszliśmy na mały rekonesans. Najpierw na Zamek, któy już i tak był zamknięty, ale zwiedziliśmy Katedrę i dostępny darmowo groby wieszczów i  Piłsudskiego. I kogoś jeszcze, ale raczej niewartego wzmianki. Oczywiście musiałam Chłopu opowiadać historię Polski, z pomocą tabliczek informacyjnych poszło mi nawet nieźle, aż się zdziwiłam, że tyle jeszcze pamiętam. 





Potem do Smoczej Jamy. Chłop był trochę zawiedziony, ale trochę mu przeszło jak zobaczył smoka. Który w dodatku zionął raz ogniem :-)



A potem przeszliśmy się wzdłuż rzeki z powrotem do apartamentu, bo byliśmy wykończeni po dniu wczorajszym. Zakwasy mieliśmy takie, że zastanawialiśmy się, jak damy radę podołać trudom kolejnej wycieczki.
A kolejna wycieczka była już z samego rana w dniu następnym, do Auschwitz. Mając trudności w indywidualnym zakupie biletów przez internet, jeszcze w Szkocji wykupiłam normalną, angielskojęzyczną wycieczkę w rekomendowanym biurze podróży, do którego booking.com dało nam piętnaście procent zniżki. Autokar poidjechał pod samiuśki apartament, godzinka jazdy minęła nam na oglądaniu filmu o Auschwitz, który był wprowadzeniem do dalszego zwiedzania. Nie powiem, ciekawy. 


Nie robiłam zdjęć. Tylko tyle ile tutaj. Mam ich pełno w aparacie z poprzedniej wizyty, wystarczy. I nie będę opisywać wycieczki, nie ma sensu. Na koniec zapytałam Chłopa czy mu się podobało. Skrzywił się lekko i odrzekł, że jak mu się miało podobać, to nie do podobania jest, a do refleksji raczej. No to właśnie o to mi chodziło. Żeby wycieczka była wartościowa i widziałam, że była. Miejsce zrobiło na Chłopie ogromne wrażenie, i nie tylko na nim. 


A po powrocie do Krakowa wybraliśmy się na dalszy rekonesans, czyli na Rynek. Jakoś magicznie chmury się rozstąpiły i ukazało się zachodzące słońce. Rychło w czas.  



A na Rynku dorożki...


I Mickiewicz.


Wytłumaczyłam Chłopu, kto to był Mickiewicz i że zakochani umawiają się na randki pod pomnikiem, więc zażyczył sobie pod Mickiewiczem zdjęcie. Jak zwykle, wyszły dwa bardzo udane :-)



A potem weszliśmy do Kościoła Mariackiego, ale nie wejściem dla turystów tylko normalnym. Nawet nie wiedziałam, że jest jakieś wejście dla turystów, w dodatku płatne. Ołtarz był jeszcze otwarty, jak zawsze zachwycający. Powiem szczerze, że Kościół Mariacki w Krakowie jest dla mnie jednym z najpiękniej wypornamentowanych kościołów, które widziałam. Chyba drugi po Bazylice Papieskiej. Dla Chłopa nawet bardziej. 


I jeszcze zdjęcie z zewnątrz. Akurat grano hejnał, o którym również musiałam opowiadać. 


Przepięknie podświetlony Teatr Słowackiego.



A potem zjedliśmy kolację w restauracji "Bazylia", którą mieliśmy tuż pod nosem i poszliśmy spać, bo następnego dnia musieliśmy wstać z samego rana. Wyruszaliśmy bowiem do Kopalni Soli w Wieliczce. 


Pogoda była piękna, jesienna.


Pospacerowaliśmy sobie chwilę po muzealnym parku.




A potem schodami w doł. I w dół. I w dół. We łbach nam się totalnie pozakręcało od tego schodzenia. 


W samym muzeum byłam w swoim życiu dwukrotnie, raz w osiemdziesiątym czwartym, a raz w dwutysięcznym. Za każdym razem wyglądało tam zupęłnie inaczej, zupełnie inaczej wyglądało tam również i teraz. 






Największa sala, wielkości sporego kościoła. Odbywają się tam różne uroczysości i koncerty, a nawet dwa dni wcześniej walka bokserska. 




Chłop był zachwycony. Podobało mu się wszystko, ściany z soli, podłogi z soli, rzeźby z soli, wszystko z soli.  Wycieczka główna trwała dwie i pół godziny.  


A potem poszliśmy na lunczyk do podziemnej kopalnianej restauracji. 


A potem udało nam się załapać na ostatni kurs podziemnego pociągu, który jak się okazało, zaczał kursować zaledwie dziesięć dni wcześniej. Mieliśmy szczęście. Ta część wycieczki okazała się być równie ciekawa, ponieważ maleńki pociąg wiózł nas przez "prawdziwą" kopalnię, widzieliśmy prawdziwe chodniki, niedostępne dla zwiedzających, ciemne tunele i wykopaliska. Na razie dostępne są dwie trzy stacje, ale w następnych latach mają uruchomić kolejny kilometr torów. Super przeżycie, naprawdę polecam. Kosztuje dziesięć złotych, nie majątek a jaka frajda!




Tam byliśmy.


A kiedy wyszliśmy z podziemi, zastaliśmy zupełnie inną pogodę. Pochodziliśmy sobie jeszcze po centrm Wieliczki, gdzie napotkaliśmy taki wspaniały trójwymiarowy mural chodnikowy




A potem poszliśmy zobaczyć coś co nazywa się "Zamkiem", a mieści się tam muzeum solniczek. 



Po powrocie do Krakowa obowiązkowo planty i znowu Rynek, bo Chłop chchaił koniecznie zobaczyć fabrykę czekolady, o której mu opowiadałam. Okazało się jednak, że fabryka przeniosła się w inne miejsce i właściwie zamieniła się w pijalnię czekolady i kawiarnię. A szkoda, bo kiedyś można było zobaczyć, jak się robi czekoladki i zamówić sobie różne figurki czekoladowe wyrabiane na miejscu, na naszych oczach. Szkoda. 


A na koniec weszliśmy do bardzo ciekawego baru, który pamiętałam z młodości. Było naprawdę fajnie, poza jednym. Zamówiliśmy sobie Koktajl Dnia, który okazał się kwaśnym drinkiem wlanym bezczelnie do szklanki z rurką, bez żadnych parasolek, fikuśnych kostek lodu czy czegoś fajnego, czego zazwyczaj oczekuje się od koktajlu, nawet szklanka była zwykła. I to za cenę, która nas powaliła lekko, bo 52 złote za dwa koktajle to cena w porządnym lokalu w Edynburgu. Za porządny napój alkoholowy. No cóż, płaci się chyba za atmosferę. 


A potem zjedliśmy sobie po porcji pierogów w bardzo popularnym barze pierogowym po studenckiej stronie Rynku i wróciliśmy pokrętną drogą do apartmamentu, bo byliśmy zupełnie wykończeni. 

Ciąg Dalszy Nastąpi...