środa, 19 stycznia 2022

Chyba czas się wybierać.

Tak się złożyło, że urodziła mnie mama właściwie w czasie świąt, bo 26 grudnia to w Polsce jeszcze Boże Narodzenie. Kijowo trochę, no ale urodzin się nie wybiera, chyba że jest się japońskim cesarzem i numerologia mówi, że najlepszy dzień na następcę tronu będzie akurat ten a nie inny. I tak się tez złożyło, że w roku ubiegłym niecały miesiąc temu, właśnie w drugi dzień świąt przypadły moje bardzo okrągłe urodziny. Spędziłam je tak jak zawsze, czyli nic nie robiąc, chociaż tym razem się przynajmniej ubrałam koło południa. Najlepsze było otwieranie prezentów, co zawsze robię jeszcze w łóżku będąc. Tym razem rozpakowywanie rozbiłam na dwie tury. W łóżku więc odbyło się wręczanie prezentów od drugiej połowy, czyli Chłopa, który dosłownie zasypał mnie biżuterią. Kolczyki, zestaw kolczyki-wisiorek na łańcuszku, broszka, pierścionek z wielkim oczkiem i nawet bransoletka. Kiedy już się zwlekłam z barłogu, ponakładałam to wszystko na siebie i poszłam otwierać część dalszą, która była łatwa do rozpakowania bo mieściła się w torbach prezentowych. No i co Wam powiem? Chyba tyle, że moje prezenty urodzinowe można było zaliczyć do trzech jedynie kategorii: biżuteria, alkohol i czekoladki. No i czego chcieć więcej w moim podeszłym wieku?

No ale najlepsze to się zaczęło już po urodzinach. Jeszcze przed nowym rokiem dostałam list od służby zdrowia, którego zawartością był test test na wykrywanie raka jelita grubego, czyli tak zwany gówniany. Bo od tego właśnie wieku trzeba monitorować co dwa lata. Potem na skrzynkę emailową zaczęły mi przychodzić oferty zakupu domów na osiedlach dla seniorów. Otrzymałam także list z Towarzystwa Emerytalnego z przypomnieniem, że czas się zacząć zastanawiać, bo jeszcze tylko piętnaście lat do planowanej emerytury. A wisienką na torcie był dzisiejszy telefon. Odebrałam, bo zaczynał się tak samo jak numer przychodni lekarskiej, do której dzwoniłam rano po konsultację.

- Halo...

- Słucham.

- Czy to Pani Taka-i-Taka?

- Tak, to ja. W czym moge pomóc?

- Tu (Jakieś Imię), dzwonię Stąd-I-Stąd i chciałem przedstawić Pani naszą ofertę nie do odrzucenia. Myślę, że naprawdę będzie Pani zainteresowana.

- Och, tak? A jaka to oferta, mogę spytać?

- Otóż, mamy właśnie świetne ceny promocyjne dla Pani grupy wiekowej na plany pogrzebowe...

I na tym właściwie mogłabym zakończyć niniejszy wpis, ale muszę dodać, że nie rzuciłam telefonem krzycząc i uciekając w popłochu, po prostu grzecznie ucięłam, że nie jestem zainteresowana i się rozłączyłam.

Czy oni wszyscy powariowali?? Ja się nigdzie nie wybieram, ani na żadną emeryturę, ani tym bardziej do krematorium!

 

niedziela, 2 stycznia 2022

Podsumowanie roku

Rok 2021 był jeszcze chujowszy niż 2020. I tyle podsumowania.

W zasadzie, gdy tak sobie myślę jak naprawdę było to wszystko wydaje się OK. Tak naprawdę ogólnie to żyjemy, choć nie wszystkim się tak poszczęściło, pracujemy, choć niektórzy zmienili pracę, niektórzy z niej zrezygnowali a niektórzy po prostu zostali zwolnieni, jeździmy na wakacje, choć niektórzy nie mogą lub nie chcą. Życie się toczy i w zasadzie to powinniśmy być wdzięczni. Tak to nam się ostatnio obrabia mózgi - idź na terapię, bądź wdzięczny a będzie Ci dane pokochać siebie, a jak pokochasz siebie to pokochasz cały świat i w końcu będziesz szczęśliwy... No i w zasadzie to się wszystko zgadza, czuję się lepiej gdy jestem wdzięczna losowi, że się rano obudziłam a inni nie, że miałam co jeść, a w Afryce dzieci umierają z głodu. Że mam dach nad głową a inni muszą żebrać na ulicach. Ale zatrzymaj się na chwilę, Drogi Czytelniku/Czytelniczko, usiądź, zastanów się tak naprawdę głęboko. Komu masz być wdzięczny/a i za co? Bogu, który jest wymyśloną postacią stworzoną na potrzeby manipulowania tłumem? Losowi, który jest jeszcze bardziej wymyślonym zjawiskiem niż wszelkie bogi tego świata, a może raczej wymyślonym na potrzeby funkcjonowania tychże bogów? A jeżeli wierzysz i w jedno i w drugie, to czy to nie jest przypadkiem jakaś forma hipokryzji? Czy bycie wdzięcznym nie oznacza bycia pokornym, a bycie pokornym do bycia uległym, a bycie uległym nie prowadzi do niewolnictwa? Przy czym niewolnik będzie dziękował, że dostał batem pięć razy a nie dziesięć, że dostał do jedzenia kromkę suchego chleba, a przecież mógł nie dostać nawet kropli wody? 

Tak. Miniony rok był w zasadzie w porządku, tylko dlaczego każde jego wspomnienie, żeby nie wiem jak wspaniałe, okraszone jest plasterkiem cytryny i ziarenkiem gorczycy? 

To pisałam Ja - WIECZNA OPTYMISTKA. Ament.

wtorek, 12 października 2021

Ktoś zakręcił korek z latem

Dziwna była pogoda w tym roku. Mieliśmy tydzień wiosny w kwietniu, potem maj był po prostu bardzo bardzo długi i bardzo bardzo zimny. A przy tym nie za bardzo padało, więc ogród musieliśmy cały czas podlewać, nie mówiąc o działce. Bo, nie mówiłam Wam, ale wynajęliśmy w tym roku małą skrzynkę z ziemią dumnie zwaną allotment czyli po polsku działka właśnie :-) Skrzynia ma mniej więcej trzy metry na metr czyli w sam raz na jakieś tam podstawowe warzywa, a że doświadczoną działkowiczką raczej nie jestem to w sam raz żeby się uczyć uprawiać roślinki na swoich i cudzych błędach. 

A było to tak...

Kiedy zaczęła się pandemia, ludzie szukali sobie różnych zajęć i nasz sąsiad właśnie sobie wynajał taką skrzynkę w pobliżu, po czym namawiał nas żebyśmy też sobie wynajęli bo fajna sprawa. Problem w tym, że w zeszłym roku żadnych wolnych poletek nie było. Ale skontaktowałam się z zarządem, zapisałam na listę oczekujących i w lutym dostałam odpowiedź że jest, mogę sobie w marcu przyjść i wybrać. No to przyszłam i wybrałam skrzynkę numer 14. Miejsce nazywa się Station Gardens Community Growers, powstało sporo już lat temu na terenie nieistniejącej już stacji kolejki, która kiedyś tamtędy przebiegała transportując głównie węgiel z kopalni odkrywkowej. Teraz jest to ścieżka spacerowo-rowerowa, bardzo czynnie uczęszczana. No więc kilka osób z pobliskiej wsi zebrało się i wynajęło teren od urzędu tutejszej gminy, która terenem zarządza. Załatwiono wymagane pozwolenia i założono zespół ogródków wraz z obszarem rekreacyjnym. Kosztowało to ich wiele pracy i wysiłku, żeby doprowadzić do stanu, w jakim znajduje się to obecnie. Jak widzicie na poniższym zdjęciu (wykonanym w czerwcu), na niewielkim terenie postawiono 50 skrzyń uprawowych. Przy wejściu, czego na zdjęciu nie widać, znajduje się "biuro główne" czyli stary budynek stacji, do którego każdy członek grupy ma klucz. W budynku są niezbędne rzeczy do tworzenia tzw. atmosfery, czyli krzesła, składane stoły, jakieś naczynia, sztućce i tak dalej, bo obok budynku wzniesiono piec do pizzy i postawiono dużego grilla. Stoi tam też duży stół piknikowy i w tym miejscu odbywają się spotkania socjalne członków, czyli wyżerka z grillem i pizzą :-) Każdy może sobie z tego korzystać, więc często osoby przyprowadzają członków rodziny na grilla właśnie. 


Po drugiej stronie Ogródków, czego w ogóle nie widać na zdjęciach, jest podobnej wielkości teren, na którym stoją dwa blaszane baraki do składowania całego potrzebnego sprzętu, mały blaszak z wychodkiem, parę uli, które należą do zaprzyjaźnionego pszczelarza i duży tunel do upraw foliowych. Żeby dostać miejsce w foliaku trzeba sobie niestety zasłużyć, ale najlepsze z tego jest, że dwie trzecie powierzchni to uprawy tak zwane komunalne, dla wszystkich. Rosną tam pomidory, ogórki, papryka, kukurydza, zioła, brzoskwinie, figi, winogron i wszystko to co nie urosłoby na zewnątrz. Za tunelem foliowym jest sporej wielkości, jak my to nazywamy, klatka owocowa. Czyli skrzynie z porzeczkami i malinami, które obfitują do tej pory. Maliny, nie porzeczki rzecz jasna :-) Nazywa się to klatką ponieważ jest dokładnie otoczone drobną siatką, przez którą przeleci owad ale nie przedostanie się ptak, tak że sorry ale gołębie się nie nażrą. 

Poza tym jest tam mały sad z jabłkami i gruszkami a także agrestem i czarną porzeczką i kilka stołów piknikowych, które sa używane głównie przez przejeżdżających rowerzystów. Na zdjęciu poniżej te same skrzynki w sierpniu, a moja to ta na samym środku, oznaczona niebiesko-zieloną tabliczką :-)


Tak wyglądał tunel foliowy w środku, zanim pojawiły się pomidory. 


A tak wyglądał jesienny kosz wspólnych zbiorów, który zajął drugie miejsce w konkursie na kosze zbiorów podobnych komunalnych społeczności działkowych. 

Jak już napisałam, nie jestem typem ogrodnika ani tym bardziej działkowicza, ale pomysł możliwości posiadania własnego warzywa bardzo mi się spodobał, tym bardziej po zeszłorocznym sukcesie wyhodowania pomidora w doniczce w domu i ziemniaków w skrzynce w ogródku. Nie bardzo wiedzieliśmy co chcemy wyhodować, kupiliśmy więc zestaw jakichś nasion w Aldi z nadzieją, że urosną. Na zasadzie: wsadzę w ziemię, zadzieje się pogoda i staną się warzywa. Ha! Troszke się jednak  przeliczyliśmy. Coś tam urosło, ale też coś nie urosło, coś tam zgniło, a coś zostało pożarte przez ptaki i ślimaki. Jako że uprawy w tym miejscu mogą być wyłącznie ekologiczne, zakupiłam ekologiczną truciznę na ślimaki, ale przed ptakami nie udało nam się zabezpieczyć. 

Na samym początku urosła rzodkiewka i sałata. Te przetrwały w najlepszym porządku, a sałaty mieliśmy tak dużo i tak długo, że do lipca jedliśmy ją do każdego posiłku i rozdawaliśmy po znajomych. Urosły też bardzo ładnie buraki. Chyba za wcześnie je wyrwałam ale będzie to nauczka na przyszłość, mogłam poczekać żeby były trochę większe. Bardzo fajnie rósł (i rośnie do tej pory) szczaw, który jak tylko zobaczyłam w którejś z sąsiedzkich skrzyń, natychmiast zapragnęłam jego posiadania, do tego stopnia, że ukradłam rozsadę i zasadziłam u siebie. Z uczciwości poinformowałam potem właścicielkę, która z wdzięczności chciała mi dać jeszcze więcej, bo kto to będzie jadł. W Szkocji coś takiego jak szczaw jest zupełnie egzotyczne, ale pani jest Francuzką i bardzo lubi. Tak jak i ja. Co jeszcze? Kalarepy, zakupione w sadzonkach, rosły ślicznie do momentu, kiedy coś kompletnie zeżarło liście. Dopóki miałam je przykryte butelkami plastikowymi to było dobrze, ale jak tylko zdjęłam, bo wydawało mi się że już powinno być OK, to coś przyszło i pożarło. W ten sam sposób nie przetrwały mi kapusty, brokuły i kalafiory. Szkoda, bo u innych ludzi wszystko to wyrosło bardzo duże i soczyste. Cóż, lekcja odrobiona na przyszły rok, trzeba będzie przykryć siatką. 

Z rzeczy, które się udały, najlepsza była fasolka tzw. dwarf french bean, czyli niska zielona i drobna. A także cebula i kolendra. A także ziemniak. Piszę w liczbie pojedynczej bo wyrósł jeden krzak. Nie sadziliśmy, ale pewnie zostało w ziemi po poprzednim właścicielu więc jak urosło to tak zostało. Bardzo fajne podłużne ziemniaki, wystarczyły na kilka obiadów.

Z upraw komunalnych zerwaliśmy parę razy bób i kukurydzę, co chwilę mieliśmy cukinie, bo te rosły jak na drożdżach i do tej pory rosną. Parę ogórków, papryk i pełno, ale to naprawdę pełno pomidorów. Zrobiłam parę słoików przetworów, jak chutney z pomidorów i agrestu, chutney z pomidorów i chili, małe pomidorki w zalewie kilka rodzajów, a ostatnio to nawet zielone pomidorki marynowane i słoiczek pomidorków kiszonych, a także dżem z zielonych pomidorów. Nie wiem jak to wszystko smakuje, ale co mi szkodzi, jak dobre to zrobię w przyszłym roku i rozdam, a jak nie to już nie zrobię. Mieliśmy też pełno owoców, których nikt nie zbierał (oprócz truskawek), zrobiliśmy więc parę słoików dżemów z czerwonych porzeczek, czarnych porzeczek, agrestu i malin. I nalewkę z czerwonej porzeczki. Nie mówiąc ile zjedliśmy, a właściwie ja zjadłam, bo Chłop jest bardzo oszczędny :-) 

Zapomniałam dodać, że w przydomowym ogródku też uprawiałam. Ziemniaki i marchewkę w plastikowych skrzynkach do recyklingu, zioła różnego rodzaju, porzeczki czarne, białe i agrest oraz jagody. I sałatę. Gdzieś między kwiatami wyrósł mi ogromy koper włoski, baldachy zasuszyłam a zielone części zjedliśmy. Zrobiłam nawet z niego pesto i było całkiem smaczne. 

To był dla mnie bardzo pracowity i urodzajny rok. Pod koniec września stało się coś bardzo nieoczekiwanego i wiadomego jednocześnie. Prawie dokładnie z nadejściem kalendarzowej jesieni, po prostu jakby ktoś zakręcił kurek z latem. Ciemno, zimno i ponuro. Nawet jak jest te siedemnaście stopni to już czuć, że zima idzie...

I będzie tak aż do wiosny :-)

piątek, 24 września 2021

O wakacjach

 Od Glencoe do dzisiaj minęło ze dwa miesiące i jedna cała olimpiada. Skończyły się restrykcje (a przynajmniej większość) i myślę już o wakacjach. Tęskni mi się bowiem za słońcem. W sumie głupio, bo słońca mieliśmy w tym roku naprawdę pod dostatkiem, nawet w tej chwili świeci, a nie miało. Opaliłam się parę razy w koszulkę zupelnie niechcący, a pod koniec lata to nawet mi się już nie chciało wychodzić do ogrodu z gorąca. Więc może nie za słońcem mi tęskno tylko za nicnierobieniem w czasie lata. Decyzja juz podjęta, jadę na Karaiby celebrować przeminiętą połowę żywota. Jeszcze nic nie zamówiłam, ale wybralam i czekam tylko na dobrą cenę. I już się cała podniecam i planuję. No co, to jeszcze tylko 2 miesiące z kawałkiem!

Ostatnie "wyjechane" wakacje miałam w listopadzie 2019 roku i do dzisiaj mnie trzęsie na wspomnienie tamtej adrenaliny, ale tak pozytywnie mnie trzęsie, z szerokim uśmiechem. To była podróż pełna przygód i niezapomnianych wrażeń,  i tego chcę oczekiwać od kolejnego wyjazdu. Przyznam się Wam, że do tej pory eliminowałam wszelakie zagraniczne wojaże z moich planów z jednego prostego powodu - testy.  Owszem, na początku nie można było nigdzie wyjeżdżać, potem już można było gdzieniegdzie ale testy były za drogie, potem stały się tańsze ale wciąż nie przekonywało mnie wsadzanie patyka do nosa. Nadal mnie nie przekonuje ale oswoiłam się z myślą że albo to albo kolejne wakacje w kraju. A ja chcę do ciepła, do słońca! Nawet jak tego słońca mam pod dostatkiem wyjątkowo. 

Wspomniałam wakacje w kraju. Sytuacja zmusiła nas zrobić to co było na naszym bucket list od dawna a ciągle zwlekaliśmy, a bo to czas nie ten, a bo to trzeba rodzinę odwiedzić, a bo to za zimno, a bo szkoda lata... Więc w zeszłym roku, jak tylko znieśli lockdown, wybraliśmy się w trasę objazdową po północnej Szkocji, tak zwaną osławioną NC-500 czyli North Coast (Północne Wybrzeże), czyli coś takiego jak amerykańska Route 66 ale w rzeczywistości zupełnie inna. To była niezapomniana podróż, którą zaczęliśmy i skończyliśmy w Inverness i trwała jakieś 10 dni. Tak nam się podobało, że postanowiliśmy kiedyś powtórzyć, tylko w drugą stronę. I innym samochodem. 

A w tym roku spełniliśmy marzenie mojego męża o spędzeniu tzw. summer solstice, czyli przesilenia letniego, na północy Szkocji. Ale żeby nie było, bardziej na północy, niż poprzednio myśleliśmy, a dalej na północy niż północ Szkocji to już tylko wyspy :-) Pojechaliśmy więc na Orkney czyli Orkady. I powiem tak - było zimno. Przeliczyłam się trochę z temperaturą, tamtejsze 16 stopni i nasze 16 stopni to wielka różnica. No ale po założeniu na siebie wszystkiego co zabrałam jakoś dało się żyć! Pomimo przenikliwego zimna wspomaganego nieustannym wiatrem czułam taki zachwyt, taką euforię, taką błogość, że tego się nie da opisać. Już nawet zaczęliśmy szukać domu do kupienia! A jak jeszcze sobie kupiłam czapkę wełnianą w owieczki to już pełnia szczęścia i nic więcej mi nie było trzeba. I nawet głaskałam krowę! Będę musiałam Wam to jakoś opisać bo po prostu nie moge się tym nie pochwalić.

Poza tymi dwoma wakacyjnymi wyjazdami zrobiliśmy wiele małych, wykupiliśmy sobie w marcu karty Historic Scotland, na podstawie których można zwiedzać wiele historycznych miejsc w Szkocji za darmo, choć w sumie nie za darmo bo za karty sie płaci i to nie tak mało, ale jak się przeliczy na ilość tych wszystkich klasztorów, katedr, zamków i innych ruin to to się naprawdę opłaca. Szkoda, że większość wciąż jest zamknięta, już nie z powodu covida tylko z powodu inspekcji budowlanych, które ktoś wymyślił przeprowadzić akurat w tym roku. Ale co widzieliśmy to widzieliśmy.  Jak będziemy kontynuować członkostwo za rok to będziemy mieli "za darmo" również zabytki w Anglii i wtedy to dopiero będzie się działo! Nie martwcie się, ja te wszystkie wyjazdy mam dobrze udokumentowane  więc pomału postaram się Wam wszystko opowiedzieć i pokazać. 

A na razie  - adieu! Do usłyszenia, poczytania, zobaczenia. Wielki Reset zawieszam na kołku :-)

czwartek, 22 lipca 2021

Glencoe

W ubiegły weekend zamieściłam na osobistym Fejzbuku parę zdjęć z wyprawy do Glencoe. Zdjęcia słabe bo mój ajfon już słaby a i niebo było z rana zachmurzone na całe szczęście więc wyszło jak wyszło. Piszę że na szczęście, bo nas też upały nie ominęły, 26 stopni w Szkocji to naprawdę dużo, a przy bezchmurnym niebie to się człowiek rozpuszcza. Ale w ten dzień nadeszły chmurki, a w górkach i tak zawsze jest chłodniej, przez co dało się podróżować w całkowicie przyzwoitych warunkach. Zresztą właśnie dla tych chmurek wyjazd zaplanowaliśmy na niedzielę, sprawdzając wcześniej prognozę pogody.  

No więc pokazałam na Fejzbuku parę byle jakich zdjęć, trochę ludzi kliknęło "lubię" i po sprawie. Ale ta nasza wyprawa nie była turystycznym wypadem. Była ostatnią drogą i ostatecznym pożegnaniem. I o tym teraz napiszę.

W pierwszych dniach czerwca jechaliśmy na pogrzeb syna bliskich przyjaciół. Ponieważ jest to ponad 500 kilometrów, po drodze mieliśmy zaplanowane zatrzymać się na noc u teścia, i z powrotem tak samo. I w progu dowiedzieliśmy się, że właśnie przed godziną zmarła matka mojego męża. Miała silną demencję, wiedzieliśmy, że była chora, ale mimo to nowina spadła bardzo nieoczekiwanie, zresztą do tego człowiek nigdy nie jest do końca przygotowany. I to właśnie w takim momencie... Pojechaliśmy na pogrzeb CJ-a* jak było zaplanowane, chyba Chłop tego potrzebował. Być może o tym jeszcze napiszę, ale nie dzisiaj. Zanim wróciliśmy z pogrzebu CJ-a, teść już skontaktował się z domem pogrzebowym i ustalili wstępnie co i jak. Pozostało tylko wybranie piosenek i zamówienie kwiatów. Wróciliśmy do domu, aby przyjechać ponownie na pogrzeb teściowej za 10 dni. To i tak bardzo szybko, ale mieliśmy napięte terminy, bo na  ostatnie dwa tygodnie czerwca mieliśmy zaplanowane na wakacje i nie było powodu, żeby odwoływać. 

W domu nie powiem, że było łatwo. Chłop jest jedynakiem, był do matki bardzo mocno przywiązany. A ja nigdy byłam pocieszycielem w żałobie. Tak naprawdę jedyne co mogłam to być przy nim i potrzymać za rekę, przytulić i płakać razem z nim. A potem znowu pojechaliśmy na pogrzeb. Właściwie to nie był pogrzeb, bo pogrzeb oznacza złożenie ciała w ziemi, a w tym przypadku była kremacja. Nigdy wcześniej nie byłam na kremacji. Uroczystość była niewielka, ale niezwykle wzruszająca. Chłop wygłosił urzekającą przemowę wspominającą matkę, przyjechali rodzice CJ-a, co dla nas było wielkim zaskoczeniem bo przecież dopiero co pochowali syna, ale oni tego po prostu potrzebowali. Kiedy na koniec zagrano piosenkę "I will always love you" w wykonaniu Dolly Parton, wszyscy się rozkleiliśmy do imentu. Po wszystkim teść powiedział: "No to teraz musimy zorganizować wizytę w Glencoe"...

A potem pojechaliśmy na wakacje, a potem teść nie mógł do nas przyjechać bo szykował się do szpitala, ale w końcu zabieg mu przełożyli więc udało się w końcu. Zapytacie, dlaczego to teść przyjeżdża do nas, a nie my do teścia? Właśnie, chodzi o Glencoe.

Glencoe to wioska w Highlandach, ale nazywa się tak też dolina górska, gdzie leży wioska. Historycznie bardzo ważna dla Szkotów kraina, odbyła się tam bowiem w 1692 roku tzw. Rzeź w Glencoe, gdzie od 38 do ponad 70 (według różnych żródeł) członków klanu MacDonald, w tym kobiet i dzieci, zostało zamordowanych przez żołnierzy króla angielskiego Wilhelma III, składających się głównie z członków klanu Campbell. Można sobie o tym poczytać tu. Najważniejszą ciekawostką w tym wszystkim jest, że moja teściowa była Szkotką i pochodziła właśnie z klanu Campbell. I pomimo, że przepowiednia głosi, że żaden członek klanu Campbell nie zazna nigdy spokoju w Glencoe, wszyscy członkowie rodziny do tej pory wyrażali wyraźne życzenie, żeby tam właśnie rozsypać ich prochy. Jedynie jej ojciec (a dziadek Chłopa od strony matki) nie został rozsypany w Glencoe, ale on nie był Campbell. 

Pojechaliśmy więc do Glencoe z samego rana, podróż od nas trwa około trzech godzin w jedną stronę. Cóż ja mogę Wam Glencoe powiedzieć? Byłam w wielu miejscach na świecie i wiele miejsc na mnie zrobiło wrażenie, ale nic nie mogę porównać właśnie do doliny Glencoe. Jest tam po prostu przepięknie, magicznie, cudownie, nawet jak pada deszcz. Za każdym razem, gdy tam jestem, czuję się po prostu lekka, poruszona, szczęśliwa. Nie dziwię się, że większość Szkotów wybiera to miejsce na wieczny spoczynek. Bo ja też już dawno, zanim jeszcze porozumieliśmy się z Chłopem. 

Trochę im (teściowi i Chłopu) zeszło na znalezienie miejsca. Bo to nie mogło być byle jakie miejsce, oni dokładnie wiedzieli gdzie, tylko przez lata trochę się jednak zmieniło. Łaziliśmy więc po tych wrzosowiskach, po pachy w paprociach, co i raz wpadając w bruzdę bagienną, a ja przy okazji zbierałam polne kwiaty, z których uwiłam spory bukiecik, związując go bagienną trawą. W końcu ustalili obaj, że znaleźli. Ktoś niedawno był w tym miejscu, bo leżały tam wciąż jeszcze świeże kwiaty. Po krótkiej naradzie Chłop po prostu otworzył papierową torbę i wysypał prochy swojej matki na te piękne wrzosy i paprocie rosnące pośród czterech jedynych, specjalnie zasadzonych w tym miejscu drzewek. Położyłam kwiaty, zadumaliśmy się, zrobiliśmy parę zdjęć. A teściowa ma taki widok:



Niestety, nie było nam dane poznać się bliżej, bo spotkałyśmy się, kiedy miała już demencję, prawdopodobnie nawet wcale nie wiedziała, kim jestem. Ale wciąż była piękną silną kobietą i taką ją zapamiętam. RIP Kitt **



*CJ - Christopher Jack, zwany Bubba

**Kitt - tak ją nazywali bliscy, w rzeczywistości Kathryn


piątek, 11 czerwca 2021

Właśnie miałam moment

Chcieliście to macie. Nie planowałam tego wpisu ale się zadziało. Jak w życiu. Jak wtedy kiedy jedziesz drogą szybkiego ruchu i nagle przejeżdżasz jeża samochodem. Właśnie robiłam coś bardzo intymnego, ale jak dla mnie niezbędnego w życiu jak woskowanie. Dla niewtajemniczonych powiem, że to boli. Tak bardzo boli, że jeszcze się nie odważyłam tego robić zupełnie na trzeźwo, tak więc zawsze robię sobie mocnego drinka, taki rum z puszką coli bardzo dobrze robi bo rum znieczula lekko skórę a puszka zazwyczaj, nawet pusta,  pozostaje zimna, więc odrywam wosk i przykładam tę pustą puszkę. Działa przecudnie, polecam. Woskowanie twardym woskiem, a nie jakimiś plasterkami bo ja choć mientka to jednek tfarda jestę (nie poprawiać!) - dla niewtajemniczonych dodam. 

Przy takim woskowaniu sobie zawsze puszczam jakąś zgrabną muzykę. Kiedy nie mieliśmy Alexy to starożytny sprzęt Chłopa grał na pół regulatora jakieś płyty z hard rockiem albo muzyką klasyczną (na cały chyba by chałupę rozerwało, a tego nie chcemy), ale od jakiegoś czasu mamy Amazon Echo a w nim wirtualnę kobietę o zgrzebnym wspomnianym już imieniu, która to robi za didżeja. Dzisiaj popprosiłam ją o zagranie mi FAJNEJ muzyki z lat osiemdziesiątych, więc leciał Brian Adams, Gun's and Roses, Cyndi Lauper, The Proclaimers i wielu innych, a na końcu Whintey Houston. I tak mnie ta piosenka poruszyła, tak mnie poniosła, tak mnie napełniła energią, że musiałam się z Wami natychmiast podzielić.

Znalazłąm teledysk, nie wiem czy oficjalny, youtube mówi że tak choć ja nie jestem przekonana. Oddaje jednak ducha tego, co nas ma za parę tygodni czekać a ja kocham olimpiady. Co prawda są w nim pokazane postaci kontrowersyjne jak Ben Johnson czy Florence Griffith Joyner RIP, ale ja pamiętam jak ślęczałam przed telewizorem o trzeciej dwadzieścia nad ranem 24 września 1988 roku,  żeby obejrzeć najszybszego człowieka świata bijącego rekord na dopingu. Jedyny w domu telewizor mieścił się oczywiście w pokoju stołowym, w którym spali rodzice, bo w trzypokojowym mieszkaniu w Polsce tak właśnie kiedyś było, jak jedyne dwie sypialnie były zajęte przez dzieci. Musiałam więc bardzo ściszyć głos i się nie drzeć przez te osiem sekund. Dzisiaj się zastanawiam, jak oni w ogóle mogli spać przy tym niebieskim świetle bijącym od telewizora? 



środa, 9 czerwca 2021

WIELKI RESET

 Witajcie. 

Minęło już trochę czasu, kiedy napisałam tu po raz ostatni, i minie jeszcze chwila zanim napiszę kolejny raz. Potrzebowałam tego. Odpoczynku od pisania, od blogów, od "normalnego" życia. Ten rok dał nam wszystkim popalić, jak się domyślacie nie ominęło i mnie. Kiedy tak spojrzę za siebie widzę z jednej strony ogromne zmiany, z drugiej jednak życie się toczy cały czas takim samym trybem jak wcześniej. Ludzie się rodzą, żyją, umierają... 

Przysięgam, nie było dnia żebym nie układała w głowie notki na bloga, tyle Wam miałam do opowiedzenia, do podzielenia się. Nie mam zbyt wielu przyjaciół, jestem introwertyczką i trudno do mnie dotrzeć. Ponadto okazało się, że oprócz bycia silną pewną siebie kobietą jestem też, jak to mówią, delikatnym kwiatkiem i bardzo łatwo można mnie urazić. Okazało się, choć było zawsze oczywiste, tylko ja tego do siebie nie dopuszczałam, wrażliwość bowiem jest cechą słabo akceptowaną w społeczeństwie i dodatkowo często wyśmiewaną. Więc ja zawsze "musiałam" być twarda. Za mamusię, za tatusia, za dzieci, za kolegów i koleżanki. Twarda nie oznacza jednak grubiańska, arogancka i bez serca. Chociaż miałam jaja żeby prowadzić motor, skakać między drzewami na wysokości 30 metrów w parku linowym, jeździć na najszybszym rollercoasterze świata i robić różne ryzykowne rzeczy, nigdy nie miałam jaj żeby tak po prostu powiedzieć komuś prosto w oczy co o nich myślę. Być może dlatego, że jeśli chodzi o emocje to mierzę ludzi własną miarą i wiem jak słowa mogą zaboleć, zranić, zabić. Zaatakowana, tak naprawdę nie umiem się bronić, dlatego gdy ktoś mnie dotknie do żywego wycofuję się, czasami usuwam na zawsze. Mówią, że co Cię nie zabije to Cię wzmocni i tak pewnie jest, w moim przypadku prawda jest taka, że drugi raz trucizny do ust nie wezmę. 

Dałam tej notce tytuł WIELKI RESET - tytuł na tyle modny, że podejrzewam że może mieć więcej wyświetleń niż zazwyczaj. No i dobrze, bo skoro autor nieciekawy to chociaż tytuł musi być chodliwy :-) 

Dla porządku podam tylko, że Wielki Reset to nazwa  jubileuszowego 50 corocznego spotkania Światowego Forum Ekonomicznego, które odbyło się w czerwcu ubiegłego roku. Dla większości zjadaczy chleba będzie to jednak teoria spiskowa zakładająca, że lewicujące elity do spółki z bankami zamierzają wykorzystac pandemię do wprowadzenia nowego ładu na świecie. Ten nowy porządek ma objąć zasięgiem niemal wszystkie dziedziny, wyrównać poziom życia, zmniejszyć emisje CO2, ale tak naprawdę sprawić, że największe korporacje, państwa, miliarderzy, będą mieć jeszcze więcej władzy aby pozbawić zwykłych ludzi oszczędności i własności prywatnej. Skończyłam. 

A o co tak naprawdę chodzi? Oczywiście domyślacie się, że mam zamiaru pisać o polityce czy teoriach spiskowych. Ten WIELKI RESET pisany wielkimi literami dotyczy bowiem mnie, mojego życia, mojego zdrowia, mojego umysłu. Reset znaczy przestawić, wyregulować, wyzerować, ustawić na nowo, uruchomić ponownie. Ten właśnie proces zachodzi aktualnie w mojej głowie, nie chodzi o to żeby zacząć żyć na nowo  albo przeprowadzić jakąś rewolucję, bo rewolucja to zmiana gwałtowna a mnie chodzi o zmianę systematyczną, powolną i skuteczną. Nie robić nic na siłę. Czuć się dobrze z samą sobą i z osobami, którymi się otaczam. Spełniać małe codzienne marzenia. Akceptować swoje tak zwane słabości (a może powinnam powiedzieć Największe Zalety) i to, że ktoś ich nie akceptuje. Być może zmienić coś na blogu, być może skończyć ten rozdział i otworzyć nowy. Tego jeszcze nie wiem. Jak powiedziałam, WIELKI RESET wciąż zachodzi i naprawdę, zaczynam być coraz bardziej podekscytowana, że mi się zaczyna chcieć. 

Bardzo, naprawdę bardzo wiele działo się ostatnio w moim rodzinnym życiu, zresztą nad czym tu dywagować, życie jest po to, żeby sie działo, prawda? Coś się zawsze kończy i coś się zaczyna. Szczęścia i nieszczęścia chodzą parami, a u nas to całymi watahami nawet. Pozwólcie, że na tym zakończę. Napiszę wkrótce. Obiecuję :-)


  • poniedziałek, 8 marca 2021

    Taki piękny wiek...

    Niecałe dwa tygodnie temu Dziadek Bob (Chłopa dziadek osobisty, a i mój przyszywany) skończył całe 100 lat. Miało być inaczej, ale wyszło jak wyszło, a wyszło tak, że Dziadek aż musiał popłakać się tamtego dnia i to niejednokrotnie i wcale nie ze smutku. A było to tak...

    Pierwotnie, jeszcze dawno dawno temu, planowaliśmy wielką imprezę-niespodziankę, wynajęcie sali w jakimś dworku, rodzina z całego świata i tak dalej. No ale stała się pandemia i plany stawały się coraz bardziej odległe, w końcu zupełnie nieosiągalne. Do końca, czyli do 22-go lutego Dziadek miał nadzieję, że zniosą lockdown, że będzie można zamówić chociaż obiad w restauracji. Niestety, Borys i Nicola (nasi władcy) coś tam o zaczęciu końca restrykcji wspomnieli, ale dopiero od połowy kwietnia, a w Szkocji jeszcze później, bo wiadomo, że Szkocja jest lepsza od Angli i wszystko jest mocniej, więcej i dłużej. Obostrzenia przede wszystkim też. 

    Nie zważając na nadzieję Dziadka, młodsze pokolenie rozsądniejszym będąc i nie mając żadnych złudzeń co do braku obietnic, postanowiło działać i skrzyknęło się internetem na dwa tygodnie przed urodzinami, w celu naradzenia się co robić w zaistniałej sytuacji. I tak połowa rodziny w Australii, druga połowa w Nowej Zelandii. trzecia połowa w Hiszpanii, czwarta połowa w Szkocji a cała reszta rozrzucona po całej Anglii, zjednoczyła siły i koordynację w czasie, aby jednogłośnie ustalić jak zaskoczyć Dziadka Boba. W sumie podzieliliśmy się na dwa obozy - po jednej stronie Rodzina Najbliższa, czyli dwaj synowie i ich latorośla z przychówkiem, po drugiej strony Rodzina Pierwotnie Najbliższa, czyli Dziadkowa siostra lat dziewięćdziesiąt jeden ze swoimi gałęziami drzewa genealogicznego. Każda grupa przygotowała video z życzeniami od każdego członka rodziny, miało być pięć minut a wyszły dwa filmy po dwadzieścia minut każdy, które miały byc dostarczone Dziadkowi w dniu urodzin.

    I tu muszę pozbawić Was złudzeń i wątpliwości. Dziadek doskonale sobie radzi z elektroniką. Ma swojego iPada, pocztę email, Skypa i konto na Facebooku, obsługuje pewnie Alexę i telewizję satelitarną. Ma telefon, ale z rodziną kontaktuje się wyłącznie przez Skype albo Face Time, ze swoją siostrą ma ustalone ploteczki o jedenastej rano w każdą niedzielę, a ze wszystkim innymi jak popadnie. Wiemy, że nie należy mu przeszkadzać w czasie meczu futbolowego, a jest tych meczy w cholerę i trochę, Dziadek specjalną subskrypcję sobie wykupił. Tak że  wysłanie do Dziadka video drogą elektroniczną to nie jest żaden temat do rozważania, po prostu Dziadek potrafi. 

    Kilka dni wcześniej wysłaliśmy do niego paczkę kurierem, do dostarczenia z konkretną datą. Jako prezent przygotowaliśmy sporą ramę ze zdjęciami całej najbliższej rodziny, dzieci z żonami i wnuków z żonami i mężami i prawnukami. Dołożyliśmy paczkę czekoladek i wielką własnoręcznie zrobioną kartkę z życzeniami. W dzień przed urodzinami zadzwoniliśmy do Dziadka Boba z życzeniami w razie czego, bo spodziewaliśmy się, że łącza będzie miał rozgrzane do czerwoności. Tego dnia zaskoczył mnie mój teść, oznajmiając na Fejzbuku, że "oni" mogą sobie gdzieś wsadzić ten cały lockdown, jego ojciec ma setne urodziny i on do niego pojedzie te dwieście kilometrów żeby skały srały. My wiedzieliśmy już wcześniej, ale taka deklaracja w mediach społecznościowych to była niespodzianka, bo teść konto na Fejzbuku ma ale się raczej nie udziela. 

    Teść pojechał do ojca z samego rana i bardzo dobrze, bo od samego rana się zaczęło. Telefon za telefonem, dzwonek do drzwi co pięć minut, kurier za kurierem z paczkami, sąsiedzi z tortami, sąsiedzi sąsiadów, wszyscy bliscy i dalsi znajomi z sąsiedztwa i dalszych zakamarków miejscowości. Nie dane mu był zjeść lunchu, bo co chwila ktoś pukał w okno. Na szczęście teść był tam z nim, więc jakoś to ogarniał, bo Dziadek nie byłby w stanie kursować od drzwi do okna, które w końcu zostawił otwarte i z niego to prowadził audiencje. Około południa do drzwi zadzwonił listonosz i z okrzykiem "Happy Hundredth Birthday!" wręczył zaskoczonemu teściowi telegram od samej Królowej. Teść wyjaśnił, że to nie jego urodziny ale dziękuje i że przekaże ojcu. Taka tradycja bowiem jest w UK, że stulatek otrzymuje kartkę urodzinową od panującego monarchy. Kartka gratulacyjna od Królowej Elżbiety była wisienką na wszystkich tortach urodzinowych Dziadka Boba (których dostał był w liczbie osiem), na nią bowiem najbardziej czekał. 

    Zaraz potem kilkadziesiąt osób z sąsiedztwa i okolic zebrało się w niezorganizowany i zakazany tłum, powyciągali krzesełka, powynosili kubki z herbatą dla każdego, wyciągnęli Dziadka z domu, posadzili na honorowym miejscu, a po chwili nadjechała wielka ciężarówka z tak zwanym kinem objazdowym, zaparkowała przed ogrodem i zaczęła wyświetlać film z życzeniami i fotografiami Dziadka Boba, przygotowany przez okolicznych mieszkańców. A dźwięk rozchodził się z głośników tak donośnie, że z pewnością zalarmował pracujących w pobliskiej stacji Dzielnych Policjantów. Którzy to dołączyli do zgromadzonych poczęstowani herbatą i kawałkiem ciasta. Wtedy to Dziadek rozpłakał się po raz pierwszy...

    Po jakimś czasie towarzystwo się rozeszło, Dziadek wrócił do domu, ale to nie koniec historii. Nadjechał bowiem wielki Jaguar I-Pace, z pojazdu wysiadł szofer i wręczył Dziadkowi wielki bukiet kwiatów wraz z kilkoma prezentami, od rodzonej siostry i jej rodziny. Posiedział chwilkę, bo jechał aż z Londynu a to jakieś cztery godziny, a w elektrycznym samochodzie to ponad pięć, wypił herbatę i pojechał. A Dziadek odebrał wiadomości z dołączonymi plikami video od całej rodziny i znowu się popłakał. 

    Udało nam się dodzwonić do Dziadka wieczorem, po kilku próbach. Nie odpakował jeszcze żadnego prezentu, z wyjątkiem tortów, ciast i jedzenia (bo też dostał). Był wykończony, ale niezmiernie szczęśliwy. 



    P.S.
    Dziadek odpakował wszystkie prezenty w ciągu następnego tygodnia. Wkrótce po tym odbyła się uroczystość wręczenia prezentu na okoliczność setnych urodzin przez panią burmistrz misjceowości, w której Dziadek mieszka, a także ukazał się wywiad z nim w lokalnej gazecie. Na pytanie redaktora, jaka jest recepta Dziadka na długowieczność, ten z uśmiechem odpowiedział "Sekret długiego szcześliwego życia to wino, kobiety i śpiew" :-)
    I tak trzymać!