poniedziałek, 22 października 2018

Byłam, widziałam

To były niezapomniane wakacje. Ktoś na fejzbuku napisał, że podziwia mnie za urlop w zimnie, ale naprawdę, nie było aż tak zimno. Poza tym, jak mówia Norwegowie, pogoda nigdy nie jest zła, złe jest tylko nieodpoiwednie ubranie. A my byliśmy ubrani odpowiednio. O moich wrażeniach z Norwegii jeszcze napiszę, dzisiaj chciałam się Wam pochwalić, że cel wyprawy został osiągnięty - widzieliśmy zorzę polarną. A nawet wiele razy. Pięć razy pogoda w ciągu dnia wróżyła, że w nocy będzie raczej bryndza z sieczką, ale pięć razy się pomyliła.
10 października wszyscy oddawali się wieczornym uciechom, a było z czego wybierać. Część ludzi oglądała występy artystyczne, część ludzi brała udział w game show na żywo, czyli gry z udziałem publiczności, część ludzi słuchała muzyki, tańczyła, oglądała film na wielkim ekranie, grała w kasynie lub po prostu siedziała w barze i piła. Siedziałam właśnie w sali Broadway Show, czekając na występ i na Chłopa, który udał się na chwilę do pokoju. I wtedy z głośników padło głośnie i wyraźne: "Zaobserwowano zorzę polarną na lewej burcie - powtarzam - zaobserwowano zorzę polarną na lewej burcie". I wtedy nastąpił armagiedon.
Lud zerwał się jakby ogłoszono alarm, a raczej podejrzewam, że prawdziwy alarm nie zrobiłby takiego spustoszenia. Starzy, młodzi, ślepi, kulawi, na wózkach, wszyscy rzucili się na pokład. I ja też. Wylazłam, a raczej popłynęłam z tłumem, patrzę patrzę, nic nie widzę, więc uznałam że nie ma sensu bo zimno, wrócę później z Chłopem. Próbując zawrócić wypatrywałam Chłopa, ale gdzie tam, ani słuchu ani dychu, zresztą sytuacja wyglądała jak na Titaniku, wszyscy pędzili w jedną stronę, a ja jak debil, pod prąd. No ale jakoś dotarłam z powrotem na salę koncertową, powoli dołączyli inni ludzie, nikt nic nie widział. Chłop, kiedy dotarł, też stwierdził, że nic nie widział, a pobiegł aż na górny pokład.
W każdym razie.
Po skończonym występie poszliśmy się ubrać i wyleźliśmy na górny pokład, żeby sprawdzić, bo chyba nas przez ten megafon nie okłamali. Staliśmy tak sobie, stali, wpatrując się w niebo, które po dniu mżawym i pochmurnym nagle okazało się czyste i pełne gwiazd. Gapiliśmy się tak i gapili, aż w końcu Chłop zauważył, że ta chmura nad naszymi głowami to chyba jednak nie chmura, bo jakoś się porusza, a poza tym to widać przez nią gwiazdy. I kurcze, rzeczywiście. Wyglądało to jakby biały pas mgły przesuwał się po niebie, a raczej jakby ktoś po tym niebie świecił z daleka latarką. Pojawiało się to i znikało, przesuwało, przepływało, staliśmy na zimnie grubo ponad godzinę aż w końcu się rozmyło i poszliśmy spać.
Następnego dnia mieliśmy dzień na morzu. Jednym z punktów programu był wykład na temat zorzy polarnej, który poprowadził znany (ale i tak nazwiska nie pamiętam) profesor uniwersytecki parający się astronomią. I wtedy dowiedzieliśmy się całej prawdy. Że zorza polarna to nie jakieś specjalnie emitowane światło tylko strumień naładowanych cząsteczek wyrzucanych przez słońce, że zależy tylko i wyłącznie od aktywności słońca, że jak nie ma plam na słońcu to mała szansa na zorzę polarną. I przede wszystkim, że to co widzimy na zdjęciach i filmach, to po prostu, proszę państwa, bujda. Z powodu tego, że ludzkie oko jest niedostosowane do widzenia w ciemności i światło powoduje zanik kolorów, my zwykli śmiertelnicy widzimy zorzę w białym kolorze. Owszem, podobno zdarza się przy ogromnym natężeniu, że jakieś tam kolory wprawne oko może z trudem zaobserwować, ale raczej jako podcienie niż kolorowe światło. Za to urządzenia optyczne dają sobie z tym radę doskonale, pod warunkiem odpowiednich ustawień. W praktyce wygląda to tak, że patrzy się gołym okiem na zorzę i widzi się białe światło, natomiast jak się popatrzy w aparat to widzi się te  różne kolory, a występują one w zależności od określonego gazu, na przykład tlen świeci na zielono i czasami w odcieniach czerwieni, a azot w kolorze purpury. Zderzenie tych cząstek daje barwę żółtą, natomiast wodór i tlen świecą na niebiesko i fioletowo.
Tyle teorii. Wieczorem próbowałam teorię zmienić w praktykę, bo światła znowu się pojawiły, ale niestety, za cholerę nie potrafiłam ustawić odpowiednio aparatu. Niby robiłam to co inni, niby miałam wypisane na kartce, co powinno być jak nastawione w aparacie, nic. W końcu uznałam, że pieprzę to. Co zobaczę to zobaczę, szkoda mi czasu na grzebanie w aparacie jak na niebie dzieją się TAKIE rzeczy. Następny przystanek mieliśmy w Tromso, gdzie poszliśmy z Chłopem do muzeum uniwersyteckiego oglądać film o zorzy polarnej, gdzie dowiedzieliśmy się tego samego a nawet więcej. I to właśnie w Tromso według prognozy światło polarne miało dać największy popis. Zgodnie z poradą na wykładzie, zaopatrzyłam się w aplikację na komórkę pod nazwą Northern Lights, za jedyne 99 pensów. Na pokład wyszliśmy około dwudziestej trzeciej. I się zaczęło.
Naprawdę, ciężko to opisać. Światło było momentami bardzo intensywne, pojawiało się na niebie w różnych miejscach i różnym natężeniu, czasami był to pas nad głową przez całe niebo, czasami wyglądało jak trąba powietrzna, czasami pół nieba było podświetlone i promieniowało, bądź kurtyny światła spływały z nieboskłonu. Spędziliśmy na górnym pokładzie kilka godzin, zeszliśmy do pokoju około trzeciej nad ranem. Oto, co udało mi się uchwycić moim ajfonem przy pomocy wspomniajnej aplikacji (nie było łatwo, bo musiałam trzymać komórkę przez jakieś dwadzieścia sekund w pozycji nieruchomej, co było ciężko niemożliwe, stąd rozmazany obraz, wybaczcie). Przysięgam, że to co widzicie na zielono, gołym okiem wyglądało po prostu jak strumień mlecznego światła.
Białe kropki i plamki to gwiazdy. Zamazane zygzaki to dziób staku :-)












A na koniec, zdjęcie dla tych, co nie mają Fejzbuka. A dla tych co mają, wyjaśnienie zagadki. Fotografia poniżej nie przedstawia zachodu słońca. Na fotografii poniżej widzimy księżyc ciemną nocą, odbijający się w spokojnych wodach przy Wielkiej Brytanii. Biała plamka to ptak. Zdjęcie zostało zrobione przy pomocy tej samej aplikacji, która zrobiła moje zorze polarne. Muszę przyznać, że apka radzi sobie w ciemności bardzo dobrze. Nota bene - to była ostatnia noc na statku i pierwsza, kiedy widzieliśmy księżyc. Daleko na północy księżyc po prostu nie był widoczny. I dobrze, bo nie widzielibyśmy zorzy polarnej :-)


środa, 3 października 2018

Komu w drogę...

No i przyszedł ten czas, że trzeba nam się pożegnać...
Pakowaliśmy się wczoraj wieczorem. Jeszcze nie do końca się spakowałam, powrzucam więc tylko to co jest w tych reklamówkach do małej walizki, doładuję parę kosmetyków i gotowe. Przed wyjazdem muszę jeszcze ogarnąć z lekka chałupę, zostawić instrukcję opiekunom kotów, sprawdzić opony w samochodzie. I zrobić sobie paznokcie, to najważniejsza sprawa do załatwienia jest.
Najgorsze, że trochę jestem chora. Przeziębiona znaczy. Ale mam całą apteczkę leków, takich jak paracetamol i inhalator na astmę, he he he! No i Chłop zażyczył sobie pigułki na sea sickness czyli na chorobę lokomocyjną. Obawia się, że statkiem będzie trzęsło, czy jak? Pół godziny w aptece wyszukiwałam to cudo, aż w końcu po prostu poprosiłam aptekarza. W życiu takiego czegoś nie brałam bo i nie miałam nigdy choroby morskiej. 
Powiem szczerze, że pakowanie sprawilo nam nie lada problem. Bo na letnie wakacje to wiadomo co pakować, wszędzie ciepło więc ciuchy zewnętrzne i wewnętrzne właściwie takie same. A tutaj, niestety trzeba osobne ciuszki wyjściowe i te do łażenia po statku. Ale jakoś posortowaliśmy to wszystko, chociaż teraz jak to piszę to widzę że muszę dopakować ze dwie koszulki. 
Tak, że wyjeżdżamy dziś po południu. Niestety, rejs startuje z Southampton, a to jest bardzo daleko. Nie tak daleko jak Kornwalia, ale jednak. Długo się naradzaliśmy jak to ugryźć, bo to w zasadzie 8-10 godzin jazdy w zależności od korków, czyli spokojnie można to zrobić, kłopot w tym, że w porcie musimy być jutro o dwunastej w południe, więc musielibyśmy jechać całą noc. A niestety, dla mnie noc jest do spania i nic z tym nie zrobię, organizm sam zapada w drzemkę i żeby skały srały to nie dam rady. Zresztą, nie mam zamiaru się wyczerpać fizycznie żeby potem odchorowywać dwa dni. Więc stanęło na tym, że pojedziemy troszkę dłuższą trasą, ale z przystankiem u Dziadka, który mieszka dokładnie w połowie. Tam się prześpimy i rano sobie spokojnie wyjedziemy i nawet w razie korków nie powinno nam zająć to dłużej niż 4,5 godziny. Wieziemy ze sobą więc dmuchany materac i gotową kołdrę, bo nie chcę Dziadka obarczać szykowaniem dla nas spania, w końcu ma 97 lat i pół i w dodatku sam dzisiaj wraca z wakacji.  
Jutro, Moi Kochani, wyruszamy więc w podróż do norweskich fiordów. Raczej nie będę miała okazji, żeby cokolwiek napisać, ale postaram się puścić jakieś fotki na Fejzbuku. Kto nie ma ten musi się uzbroić w cierpliwość. 


Do usłyszenia za dwa tygodnie!

piątek, 28 września 2018

A w internetach

Kontynuując poszukiwania internetowych kfiatkuff postanowiłam pozostać w tematyce duchowej, tym razem jednak wyłączając z niej religię i kościół. No może poza jednym małym wyjątkiem, ale jest kluczowy w sprawie. Zapraszam, komentarz własny w nawiasach. 

Tak więc ciąg dalszy tematu CZY ISTNIEJĄ DUCHY.

Pisze forumowiczka:

Ja widziałam okropne postacie i mówiły do mnie i często tak się darły, że nie mogłam spać po nocach. Do 22 roku życia nie spałam sama ani przy zgaszonym świetle - to i tak nie pomagało. Za młodu babcia odprawiała jakieś czary nade mną. Wiadomo, że magia pochodzi od demonów więc czymś mnie tam "zainfekowała" że lubiły mnie męczyć. W wieku 23 lat popłakałam się pewnego dnia budząc się wyspana i to będąc sama w łóżku przy zgaszonym świetle. ( Ha ha ha! no nie wiem jak to skomentować, po prostu zabiło mnie to). Najgorsze było "porzucenie ich świata" czyli pozbycie się wszystkiego co jest związane z okultyzmem. w akcje zaangażowałam nawet moją mamę! widziałam różne postacie, ale jedna zawsze tam była z nimi.... Na całe szczęście już tego nie mam, po zaczęłam zbliżać się do Boga. Modlitwa daje bardzo dużo. Teraz mam spokój i oby tak pozostało

Po chwili kolejna dołącza się do dyskusji:

Znajomy opowiadał mi i swojej koleżance z klasy. Jej praprababcia, ktora wiedziała że już nie spotka pierworodnej praprawnuczki, oddala właśnie jej duszę (czyją? babci?) szatanowi za to że on sprawi że ona wyjdzie za mąż (kto? babcia?) za konkretnego bogatego mężczyznę. I tak też się stało (w sumie to co się stało?), ale wracając do teraźniejszości.

I tu następuje teraźniejszość

Znajomy chodził z ta dziewczyna do klasy. Była lubiana, lecz wszyscy wiedzieli że ma problemy ze snem, że coś ja dusi, że budzi się w nocy i że rodzice zamykają zawsze dom bo chodzi po domu. Raz pojechali całą klasa na zakończenie gimnazjum do zielonej szkoły, wiadomo w zielonej szkole domki w lesie, wszystko po otwierane. Dziewczyny spały w innych domkach. Wszyscy poszli już spać, oprócz dwóch dziewczyn które pisały sms że swoimi chłopakami do późnej nocy patrzą a ta dziewczyna wstaje z łóżka, na na pół otwarte oczy i wychodzi z domku. Te dwie myślały że sobie jakieś jaja robi więc obudziły inne, wszystkie 8 dziewczyn poszło za nia, i też zawołało 3 kolegów, nauczyciele już spali bo to była 3 w nocy. Idą za nią, księżyc święcił, wszystko było widać, a las gesty nie był, sama szła a reszta skradala się za nia, jak zobaczyli że ona gdzie w kierunku bardzo starego opuszczonego cmentarza to wszystkich przeszły ciary, a ona uklekneła przed mogiłą i zaczęła ryć rękami przy tej mogiłę! 2 osoby miały iść zawołać nauczycieli ale reszta bała się zostać to wszyscy poszli, dobrze się stało że ksiądz był na tej wycieczce (no tak, oczywiście ksiądz musiał być na wycieczce, ale nie chcę być za bardzo drastyczna to nie powiem dlaczego). Jak już wszyscy przyszli na miejsce to wychowawczyni sama dostała cykora i stała nie dało się jej ruszyć, jedynie ksiądz z 2 dziewczynami i z tymi 3 chłopakami podeszli do niej i mówią do niej, ona nic, na końcu ksiądz zaczął ją budzić, jak się obudziła zaczęła płakać, powiedziała że przychodzą do niej różne dziwne postacie do niej i mówią jej straszne rzeczy, że czasami nawet sprawiają jej ból. Od tego zdarzenia dziewczyna zaczęła chodzic na egzorcyzm. Ksiądz modlił się nad nią. Dziś jest bardzo wierzącą osoba. Szatan odpuścił. A wszystko przez jej praprababcie.

No widzicie? Babcia na nią nią szatana napuściła, a tfu a tfu przez lewe ramię!

Nareszcie pojawia się Głos Sceptycyzmu:

Pytanie: Co rozumiecie poprzez słowo: duch?
Bo naprawdę uwielbiam przed snem czytać Was... i uśmiecham się 
Opisujecie historie jeżące włos na głowie... i tyle... przeczytajcie 2 i 5 raz... jakie były okoliczności, w jakim wieku byliście, w jakim Wy byliście stanie, itp itd 
No i wiara... wierzyć to móc 
W to że nękają Was demony, to jeszcze uwierzę,ale że dusze zmarłych...oj...

I tu pada odpowiedź:

Wierzę... już wierzę, bo miałam na to kilka dowodów.
Mój brat jako sceptyk (zawsze się z takich historii wyśmiewał) musiał przeżyć pewne zdarzenie po śmierci naszego ojca, aby uwierzyć.

No niestety nie nastąpiło wyjaśnienie nagłego nawrócenia brata. Na szczęście pojawia się światełko w tunelu, niestety jak się okazuje, bardzo nikłe:

Sceptycznie jestem do tego typu rzeczy nastawiona. Mama opowiadałami kiedyś historię - byłam mała i bardzo mnie wystraszyła. Podobno jak była nastolatką nocowała u kuzynki, zasypiały na jednym łóżku, mama nagle zaczęła się źle czuć bolało ją serce czuła jakby coś ją ciągnęło(niby duchy) i jakby umierała. Tak się bała że modliła się aby kuzynka się przebudziła i zapaliła lampkę bo ona nie mogła się ruszyć. Tak też się stało kuzynka właczyła i krzyknęła - widziałaś to? Mama czuła że coś ją ciągnie do siebie a jej kuzynka że coś odchodzi. Obie niby jeszcze nie spały. Chociaż ja myślę że to straszny sen... nigdy więcej o to nie pytałam i nie zamierzam obawiam się że potwierdzi wtedy dopiero będę się bać.

Ale odpowiedź zwala z nóg:

To, co tu opisujesz, to najprawdopodobniej duch z mitologii słowiańskiej, czyli tak zwany dusiołek. Może on być bardzo niebezpieczny, siada najczęściej na klatce piersiowej, powoduje dyskomfort, a nawet smierć!! Nie wiem, jak można się zabezpieczyć.

Po czym następna osoba opisuje swoje doświadczenia duchowe:

Nigdy nie widziałam ducha lecz kilka lat temu słyszałam ja ktoś chodził po moim pokoju tylko w nocy, jak tylko ruszyłam sie lub odezwałam od razu ucichły. Raz nawet podszedł do mojego łózka znowu słyszałam tylko kroki.

To pewnie był pająk z drewnianą protezą nogi.  (pada genialna odpowiedź)

A jeśli jednak to był duch...? (zastanawia się dalej Anonimowa forumowiczka)
Kiedyś mój pies też chyba widział ducha. U niego na pewno nie był to paraliż seny, byliśmy w kuchni i w pewnym momencie przeraził się czegoś co było przy zlewie, jakby tam ktoś stał, ja nic nie widziałam, ale obserwowałam mojego zwierzaka i jego bardzo dziwne zachowania.

I tu przechodzimy do świata zwierzęcego, po czym zaczyna toczyć się prawdziwa dyskusja:

- Moje koty potrafiły godzinami wpatrywać się w miejsca, w których (według domowników) niczego nie było ;-).

- A pies mojej koleżanki wyprawia czasem takie rzeczy, ze trudno nie wierzyć w coś niewidzialnego. Zwierzęta podobno więcej widzą niż my.

- ... no i zagwostka, czy zwierzak może widzieć duchy, co więcej czy zwierzak ateisty (domyślnie zwierzak ateista) może widzieć duchy?

- Jak mu przez pomyłkę nalejesz piwa do miseczki to może.

- No co ty czysta, przefiltrowana... przecież nie będę tam marnować piwa

W końcu odzywa się Głos Rozsądku:

- Ja to miałem dzisiaj dużo snów. Normalnie tak nie mam. To pewnie przez tą wizytę Trumpa. Robią jakieś zakłócenia w eterze i potem mi się programy mieszają 

- A mnie się czasem zdarza słyszeć swoje własne chrapanie. To jest dopiero przerażające 


I tym akcentem zakończę na dziś. Wesołego weekendu!


czwartek, 27 września 2018

Nic nie mam

JESIENNA ZADUMA

Nic nie mam
Zdmuchnęła mnie ta jesień całkiem
Nawet nie wiem
Jak tam sprawy za lasem
Rano wstaję, poemat chwalę
Biorę się za słowo jak za chleb

Rzeczywiście tak jak księżyc
Ludzie znają mnie tylko z jednej
Jesiennej strony

Nic nie mam
Tylko z daszkiem nieba zamyślony kaszkiet
Nie zważam
Na mody byle jakie
Piszę wyłącznie, piszę wyłącznie
Uczuć starym drapakiem

Rzeczywiście tak jak księżyc
Ludzie znają mnie tylko z jednej
Jesiennej strony


Dlaczego dzisiaj ta piosenka?
Wracając wczoraj z pracy nagle zauważyłam, że drzewa już zaczynają się stroić w jesienne barwy. Wiatr przyniósł nam piękną pogodę - 16 stopni, aż duch się raduje i cdiało cieszy. A w Tromso pada śnieg...
Już za tydzień wyruszam w norweskie fiordy. I nic nie przygotowane, zupełnie zero, ani czapki nie mam. Cały weekend chyba spędzę na poszukiwaniach. Za to dżem śliwkowy się robi. A co! 


wtorek, 25 września 2018

Nieszczęśliwi ludzie


Ona jest nienormalna!
To jest zupełny debil!
Cham i prostak. Burak, normalny kałmuk.
Za co się nie weźmie, zrobi źle. 
Mistrz chały i miernoty. Wszystko robi na odpierdziel, byle jak.
Tuman, półgłówek. Po prostu kretyn.
To co on odprawia to żałosna chałtura.
Co za tępą dzida, pinda niedorobiona.
Jakim dnem kompletnym trzeba być żeby to tak spieprzyć. Jakim jełopem bezdennym!
Prymitywna pluskwa.Że takie coś jeszcze po świecie chodzi...
Bym tak wzięła i trzasnęła w ten durny pysk. 
Zabić takiego to mało.


I tak dalej i tak dalej. Mówi Wam to coś? 
Kiedy wszyscy dookoła są debilami a tylko ON JEDEN / ONA JEDNA wiedzą wszystko i to w dodatku najlepiej. 
Kiedy wszyscy dookoła mają nierówno pod sufitem, a tylko ON JEDEN / ONA JEDNA ma równiutko poukładane klepki. 
Kiedy tylko ON JEDEN / ONA JEDNA potrafi zrobić wszystko najszybciej i naskuteczniej, to tylko ci kretyni dookoła wciąż sprawiają, że się nie da, podkładają cały czas kłody pod nogi, uprzykrzają życie. 
Kiedy to właśnie ON JEDEN / ONA JEDNA ma zawsze najwięcej do powiedzenia, ich rady zawsze są doskonałe, tylko że nikt ich nie słucha, bo oni są przecież nienormalni, oni widzą tylko czubek własnego nosa, a co oni tam wiedzą. Profesor. Ciekawe za co tym profesorem został, pewnie tatuś zapłacił. Wszyscy wiedzą, że profesorowie są największymi idiotami. Albo ta, ta idiotka skończona, pewnie wszystkim dupy dawała żeby studia skończyć, a i teraz pewnie daje, bo wszystko jej wolno i rządzi się jak szara gęś. Wielka mi kierowniczka. 

Znacie to? Założę się, że każdy ma co najmniej jedną taką osobę w swoim otoczeniu. Wybaczcie im. To są bardzo nieszczęśliwi ludzie...   

Rysunek ze strony internetowej.




piątek, 21 września 2018

Co ciekawego w internetach

Pozostajemy w temacie nadprzyrodzonym. Na pewnym forum toczą się dyskusje czy to możliwe, jak rozpoznać, jak do tego podejść i czy się da uniknąć. Nie, nie o chorobach wenerycznych będzie.
Jak poprzednio, pisownia prawie zachowana, na tyle żeby oczy nie powypadały, musiałam postawiać gdzieniegdzie znaki interpunkcyjne i dodać własny komentarz (to co jest nie-kursywą).

Dzisiejszy temat:

Czy istnieją duchy?



Pisze pani:

"Chciałam spytać Was drodzy moi, czy ktoś z Was widział lub czuł obecność ducha,czy czegoś niesamowitego. Dużo się o tym czyta,dużo mówi,ale czy nikt nie zmyśla? Napiszcie proszę,ale PRAWDĘ. Dzięki "

Pojawia się okienko w tunelu:

"Prawda jest taka, że diabli wiedzą. Jedni widzieli na trzeźwo inni po libacji. Jest 99% historii niesamowitych, które można wyjaśnić i ten 1% niedający się nijak wytłumaczyć. Bazując na tych 99% można powiedzieć, że duchów nie ma, ale to nie jest 100%..."

Ale zaraz po tym do głosu dochodzi Gwardia Beretów:

"Oczywiście że są duchy. W Bibli pełno o tym pisze i nawet sam Jezus powiedział że Bóg Ojciec jest Duchem. Nie mówiąc już o rzeczy oczywistej że Duch Święty jest duchem."

No jak nie jak tak. Przecież to rzecz oczywista że Duch to duch. A Święty to przecież ma na nazwisko. Pozostańmy jednak z Beretami, bo oto do głosu dochodzi Prawdziwa Wiara. Wybaczcie...

"Chce opisac Wam co zdarzylo sie w moim zyciu. Mialam moze 25 lat, dziecko, meza. To byl zwykly szary dzien, w ktorym nic szczegolnego sie nie dzialo. Poszlam do kosciola z dzieckiem i mezem, siedzialam wiercac sie jak zwykle... Chlopca, ktory czytal ewangelie skopil moj wzrok na sobie (Bosze co za składnia, ale trudno, czytajcie proszę dalej) - bo cos za nim poprostu sie pojawilo, stalo bialo - zolte (jajko?). Moj wzrok ponownie wrocil na niego i zamarlam. Obrocilam sie do tylu na ludzi ktorzy byli w kosciele, popatrzylam na meza, dziecko. Kazdy zachowywal sie normalnie - a wiec pomyslalam tylko ja to widze. Zapatal meza (no dobra, literówki każdemu się zdarzają) czy cos widzi dziwnego spojrzal na mnie i zapytal sie co Ci jest. Nic mu nie odpowiedzialam, bojac sie patrzec na chlopca zamknelam oczy i myslalam sobie ze to minie, ze tylko mi sie to zdaje. Otworzylam oczy, obracalam sie w kolo glowa po morach kosciolka szukalam jakiegos swiatla, pomyslalam ze to kamera albo zalamanie jakiegos swiatla, wrociulam wzrokiem na chlopca. Postac byla w tym samym miejcu, postura czlowieka i mysle ze nie byla to kobieta, czulam ze nie byla, stalo to za chlopcem - nie byla to mala postac. Ewidentnie nic sobie z tego nie robil, ze to widze tak jakby bylo to cos normalnego ze jest. Postac sie ruszala ale normalnie nie plywala jak duch. Nie miala twarzy, postac jednak przypominajaca czlowieka, jej ruchy byly normane, ludzkie ale nie widzialam nog, byl zarys glowy i rak ---- wpadalam w panike. Chlopiec czytal nadal ewangelie, obrocil kareczke, to cos nie zrobilo jego ruchu poniewaz obserwowalam go, pomyslalam ze to jego poswiata wiec powinien zrobic jego ruchy ale nie, poprostu stalo za nim jakby bylo czym osobnym. Zamykalam oczy, nawet pochylilam glowe aby tego nie widziec, trwalo to dosyc dlugo, mialam dosyc i sie rozplakalam. Pamietam bylam zla nawet poniwaz nie chcialam tego widziec, mialam poprostu dosyc. Moj maz, kiedy patrzyl na mnie mowil ze bylam blada jak sciana.. Zapytalam sie go czy cos widzi i powiedzialam co sie dzieje - bylam rostrzesiona, zdenerwowana,
nikt w tym czasie w mojej rodzinie nie zmarl. Nie chodzilam do kosciola trzy lata"

Na co odzywa się Znawczyni Nauk. Znaczy Chrystusologii Stosowanej i Proroctwa Znachorystycznego.

"He, he a nie pomyślałaś, że za tym chłopcem stoi sam Chrystus? Dla mnie to oczywiste. Np. wg widzenia jednej świętej, gdzie Maryja ukazała jej co tak naprawdę dzieje się podczas Eucharystii podczas konsekracji za księdzem stoi sam Chrystus (w takiej właśnie złotej poświacie) a Jego ręce łączą się z rękoma duchownego dokonując przemienienia. On jest obecny, nawet czasem namacalnie w swojej świątyni a ty według mnie miałaś wielką łaskę by to doświadczyć. Szkoda, że przez to nie chodziłaś do kościoła 3 lata...

Podczas mszy o uzdrowienie, pewien ksiądz (ma dar proroctwa i mówienia językami) powiedział, że w bocznej nawie po prawej stronie przechadza się Jezus. Moja koleżanka tam stała, powiedziała mi, że poczuła lekki powiew, jakby ktoś przeszedł a kobieta obok niej, która stała na końcu ławki zaczęła płakać bo czuła jak ktoś ją dotyka ręką choć tego nie widziała. Żebyście nie mówili zaraz, że to wytwór wyobraźni bo ksiądz powiedział coś to zaraz każdy wziął przeciąg za Chrystusa dodam coś jeszcze.

Ten ksiądz serio ma duży dar proroctwa, podczas takich mszy zdarza się, że mówi np. Chrystus chce przyjść do pani, która ma zielony sweter w żółte guziki i hoduje nasturcje w kuchni ale ostatnio jej zwiędła, ma ona problemy z chorą nogą, módl się teraz do Boga, On chce Cię uleczyć. I później okazuje się, że ktoś doznał uzdrowienia nogi, innego fizycznego czy duchownego. Serio, w naszym mieście pewna dziewczynka właśnie tak została uzdrowiona z nowotworu, podczas takiej mszy. Wiadomo, że nie każdy może tego doświadczyć, to zależy od woli Bożej.

Byłam taż u tego księdza, aby się nade mną pomodlił. Powiedział mi takie rzeczy, o których nawet najbliżsi przyjaciele nie wiedzą, byłam normalnie w takim szoku, jak się za mnie modlił wymienił mi moje największe zmagania, problemy, przed czym powinnam się chronić. Czułam jakby mi prześwietlił duszę na wylot. A pierwszy raz go w tedy na oczy widziałam. Później jeszcze dodał, co chce mi Chrystus przekazać. Nie będę przytaczać bo to zbyt osobiste słowa, ale pamiętam je do dziś...

Kto chce niech wierzy, pewnie i tak znajdą się tacy, którzy to podważa - trudno. Ich wolna wola. Mam nadzieję, że niektórym to może jednak pomóc."


Pozwólcie, że tego ostatniego jednak nie skomentuję.
Ciekawe, że takie rzeczy nie przydarzają się ateistom...

CDN...




środa, 19 września 2018

Jak nie sraczka to złośliwość natury

Od dwóch dni chodzę jak chmura gradowa, w niedzielę zaczęłam się trochę źle czuć, ale to nic nowego, raz-dwa razy do roku żołądek daje o sobie znać. Chłop mi nie wierzy, ale dzieje się to zawsze w czasie sezonowej zmiany pogody, wtedy gdy nadchodzą wiatry. Kazałam mu zapamiętać ten dzień i przypomnieć sobie jak zdarzy się to następnym razem.

W poniedziałek rano, jeszcze w domu, wdałam się w dyskusję emailową z pewnym członkiem mojej firmy, tak że spóźniłam się przez niego do pracy. Na szczęście dostałam darmową kawę w pracowej kawiarence. Przydybałam faceta w jego biurze, weszłam i mówię, że musimy pogadać. A on do mnie:
- To słucham.
A ja:
- Nie tu, proszę do sali konferencyjnej.
Szczena mu spadła do poziomu kolan, ale ujrzawszy (prawdopodobnie) błyskawice w moim oku wymamrotał tylko: "O, to aż tak osobiście?..." No cóż, osobiście nie osobiście, nie chciałam, żeby kobieta siedząca z nim w biurze była świadkiem jak go opierdalam.
Opierdoliłam go łagodnie, z uśmiechem na twarzy tłumacząc, że to nie ja z nim pracuję, ale on ze mną i że chyba pomyliły mu się priorytety i niech robi to co ma robić, bo ja za niego tego robić nie będę. No cóż, chyba nieco zrozumiał, bo pozbierał szczękę z kolan i trochę zmienił stanowisko.

Przez cały dzień chodziłam nabuzowana jak szampan przed otwarciem. Hormony szalały, a żołądek im wtórował do wiwatu. Dobrze, że Chłop wieczorem wyszedł na jakieś tam swoje zajęcia, bo by mu się oberwało jeszcze gorzej, a tak to zdążyłam się położyć do łóżka zanim wrócił, a jak już człowiek w łóżku pod ciepłą kołderką leży to raczej ciężko go jeszcze bardziej zdenerwować.
W nocy zerwał się wiatr. Duło i wyło, ale Chłop wstał i zamknął okno więc trochę się uciszyło w domu, ale potem zaczął padać deszcz i walić tymi cholernymi kroplami w okna, więc nie mogłam usnąć, i tak do rana.

Obudziłam się (czy ja w ogóle spałam?) wykończona i jeszcze bardziej wkurzona niż dzień wcześniej, Chłop dostał opiernicz z samego rana, bo sobie zrobił owsiankę, a mi durne musli z owocami. Pytam:
- A dlaczego mi nie zrobiłeś owsianki?
A on (zgodnie z prawdą):
- No bo ostatnio mówiłaś, że nie lubisz owsianki i mam Ci nigdy nie robić.
A ja:
- No ale dzisiaj chciałam i co, teraz muszę te wstrętne płatki z zimnym mlekiem jeść...
A Chłop:
- No to masz moją owsiankę, a ja zjem Twoje płatki.
A ja:
- A ja już nie chcę!
Na wychodnym jeszcze miałam na tyle roszsądku, że przyznałam, że od dwóch dni jestem wkurzona i będę taka wstrętna aż mi nie przejdzie a on ma być cierpliwy i z godnością mnie znosić.

W pracy prawie wszystkich rozszarpałam, przynajmniej wzrokiem. Chciałam żeby mnie zostawili w spokoju na cały dzień, a tu jak na złość, telefony, emaile, sprawy do załatwienia. Na dodatek sprawdziłam (nie wiem po co) stronę z naszymi wakacjami i się okazało, że maja jeszcze jedną kabinę dostępną w trochę niższej cenie. No cholera jasna. Jak mi się udało przeżyć ten dzień to sama nie wiem. Toczyłam pianę z pyska i para buchała mi z uszu. Ale to jeszcze nic. Kiedy weszłam na parking i zobaczyłam mój samochód, ziemia zatrzęsła się w posadach. Przynajmniej takie miałam wrażenie. Gdybym miała moc, toby w tamtej chwili cała okolica spłonęła żywcem i spłynęła lawą. Mój piękny czarny samochód, stojący samotnie na pustym parkingu, cały uwalony ptasimi odchodami. Ja nie wiem, co te ptaszyska żrą, połowa placków wyglądała jak nie do końca zastygły beton, a druga połowa jak zaschnięty dżem porzeczkowy. Zaklęłam siarczyście, wsiadłam do samochodu i nie włączając wycieraczek pojechałam tak,  z przednią szybą obsraną tak, że musiałam głowę przekrzywiać żeby coś zobaczyć. Przez całą drogę czarowałam, żeby mnie nie minął żaden patrol policji i żeby mi żaden kot na drogę nie wyskoczył i żąden durny kierowca. Na szczęście zajechałam do domu bez przygód, po drodze dzwoniąc do Chłopa z żądaniem instrukcji, gdzie mogę w naszym garażu znaleźć przyrządy do mycia samochodu (bo myjnia w mojej pipidówie już była niestety zamknięta).

W domu rzuciłam wszystko, nakarmiłam szybko koty, założyłam wodoodporną kurtkę i poszłam myć samochód. Wiało jak cholera, a ja tak szorowałam te gówna i szorowałam, a potem długo płukałam i płukałam tym wężem, a jak skończyłam to jeszcze zdążyłam pochować te wszystkie wiadra i gąbki do garażu. Po czym niebiosa się otworzyły i zaczęła się prawdziwa ulewa...

Wiecie jak wygląda wstrząśnięty szampan tuż przed otwarciem? Tak właśnie wyglądałam ja.


poniedziałek, 17 września 2018

Co nowego w internecie

Stefka czasami się w weekendy nudzi i ogląda internety. Czasami po weekendzie podsyła mi filmiki do pośmiania. Dzisiaj podesłała mi taki. Króciutki. Ale oglądajcie koniecznie z głosem. Koniecznie. 


Do następnego razu :-)

piątek, 14 września 2018

A na pewnym forum...

Nie wiem, czy zacząć nowy cykl humorystyczny, w każdym razie poszukując informacji w internecie (jak zwykle) natknęłam się na pewne forum. Zaciekawiły mnie niektóre tematy, a dwa zwaliły mnie z nóg. Czy my już mamy dwudziesty pierwszy wiek? Poprawiłam interpunkcję, bo niekiedy ciężko się czyta, ale pisownię zachowałam oryginalną.
Zapraszam. 


*****
Pisze zaniepokojona mama:

"Witam, od paru nocy moj Maluszek strasznie płacze, robiłam wszystko, dawałam krople na kolki, syropek przeciwbólowy, nic nie pomagało.
Wczoraj wieczorem byłam z małym sama, mam 7 miesięcznego dużego psa, leżał z nami na lozku, nagle wstał, stanął koło drzwi patrząc w stronę korytarza i salonu, strasznie się najerzyl, zaczął szczekać i podbiegł szybko do małego. Myślałam, ze leżało coś na podłodze i się przestraszył, ale zaczął znowu tam podchodzić i szczekać, piszczał i ciagle siedział przy małym, najchętniej to by na niego wszedł.
Rozmawiałam z mama  babcia i opowiadały mi ze do zauroczonego dziecka przychodzi zmora, wiem ze to może śmiesznie brzmieć, ale może jakas mama tez miała podobna sytuacje?"

Następuje kilka podbudowujących zmartwioną matkę odpowiedzi, w tym takie:

"A ja ci powiem szczerze, że najlepiej rozważyć wszystkie opcje wliczając w to zmorę bądź jakiś dręczący dziecko byt.
Skoro pies warczał stał blisko małego to pewnie coś widział, tak samo jak mały bo małe dzieci podobno też byty i zmarłych widzą."



"Ja uważam, że psy widzą więcej niż ludzie! Nie lekceważyłabym tego!"


"Dokładnie, bo dziecku może się coś jeszcze stać co gorsza nie wiadomo z czym maja odczynienia później może być gorzej. Lepiej zacząć działać za wczasu."


I nareszcie to, na co czekałam:

"A ja myślałem, że to będzie jakiś problem z nastolatkiem. Że nieodpowiednie towarzystwo, dla syna/córki. LOL
Do spowiedzi idź autorko, bo będziesz się smażyć w kotle."




*****
"Odkąd pamietam zawsze miałam dużo kelgów, ale żaden z nich nie nadawał się na jakiegoś porządnego chłopaka. Miałam iśc z kim do kina i na imprezy, nie brakowało mi tez propozycji łóżkowych , ale żadna z tych znajomości nie była tą właściwą znajomością, wiecie taką, która poderwie serce, dusze i wszytskie wnętrzności. Zaczaruje mi świat i sprawi, że będę umierać po nocach z miłości do kogoś. Nie, nie było czego takiego. Zero iskry Bożej, zero romantycznych uniesień, ciągle tylko nudna, cenna oczywisćie ale nudna, w tym sensie ze ciagle tylko przyjaźń. Koleżanki powychodziły za mąż, poznajdowały swoej drugie połówki jabłek i pomarańczy a ja nic. Niby nie samotna bo otoczona wianuszkiem adoratorów, ale jednak w głębi serca sama. Miałam 29 lat i już straciłam nadzieje. Wtedy moja babcia podsunęła mi pewną modlitwę do Św Józefa i obrazek i kazała się modlić. Na poczatku wydało mi się to oczywiście śmieszne, całe życie szukam tego Jedynego a tu nagle jakiś świety z obrazka miałby mi nagle pomagać. Niemniej postanowiłam spróbować, choćby po to żeby udowodnić babci, ze nie ma już żandej nadziei i że w mojej sytuacji i święty Boże nie pomoże Odmawiałam tą modlitwę dzień w dzień rano i wieczorem, przez pół roku. I oto - stało się. Byłam na wakacjach z koleżanka w Chorwacji i poznałam Rafała. I rzeczywiście było w końcu trzęsienie ziemi w moim sercu i miłość od pierwszego spojrzenia. Cztery miesiące po spotkaniu już wychodziłam za mąż. Dzisiaj po dwóch latach jestem nadal bardzo szczęśliwa i mamy już nawet owoc naszej miłości, roczną córeczkę. Możecie się ze mnie śmiac, ale ja jestem przekonana, ze dzięki modlitwie do Świętego Jóżefa jestem dziś tak szczęśliwa jak jestem. Wszystkim poszukującym polecam tą modlitwę, warto jej zaufać...

Święty Józefie przeczysty Stróżu Dziewicy
Dziękuje Ci że jeszcze nie wyszłam za mąż,
Święty Józefie ty wiesz kto ma zostać moim mężem,
pozwól mi spotkać tego człowieka,
spraw aby był to człowiek dobry,
który będzie mnie kochał i szanował
tak jak ty kochałeś i szanowałeś Najświętszą Maryję,
Święty Józefie doprowadź do zerwania każdej znajomości,
która nie podoba się panu Bogu,
Obiecuję Ci dochować czystości przedmałżeńskiej,
Nadać pierwszemu dziecku na imię Józef,
oraz mówić wszystkim, że takiego dobrego męża mam dzięki Bogu i Tobie."



Oczywiście pojawia się kilka odpowiedzi od osób wierzących, że modlitwa pomaga i takie tam, pochwały na rzecz świętych. Pół strony dalej znajduję to, na co czekałam, czyli wiaderko chłodnej wody na głowę:

"Daj spokój dziewczyno. Modlitwa modlitwą, ale ty wskoczyłaś facetowi do łóżka po króciutkiej znajomości i po równie krótkiej wyszłaś za niego za mąż.
W zasadzie teraz nie pozostaje ci nic innego jak modlić się oby to uczucie szybko nie wygasło ponieważ twój wzorzec wychodzenia za mąż powiela większość kobiet ( krótka znajomość, do łóżeczka,dziecko w drodze), po czym po kilku latach stają sie nieszczęśliwe i nie kochane. Oby w twoim przypadku było inaczej."



Ale nagrodę główną otrzymuje ode mnie autorka tej wypowiedzi:

"Ogromną moc ma wytrwała modlitwa. Dzisiaj bardzo żałuję, że nie znałam tej modlitwy wcześniej. Ja swojego męża niestety wybrałam sama, niestety nie był to dobry wybór."




Widać, że wiara w dzisiejszych czasach bardzo podupadła, nieczęsto bowiem na ulicy spotkać możemy małego Józefka :-)



czwartek, 13 września 2018

No i się wydało!

Poszłam wczoraj do lekarki, bo się umówiłam jak kazali, chociaż wiedziałam, że usg nie wykazało żadnych niepokojących zmian, ani żadnych zmian w ogóle, wszystko ładne i zdrowa jestem jak ten przysłowiowy koń.
Usiadłam na krześle, pani przekazała mi informacje jak powyżej, po czym patrzy na mnie i pyta: "No i co o tym wszystkim sądzisz?". No co ja sądzę. Mówię, że nie wiem. Że cieszę się, że jestem zdrowa, ale coś mi na pewno dolegąło i to porządnie, na szczęście już nie dolega. I że na razie to ja chcę się doprowadzić do porządku, bo mam już dość. Ale - mówię - coś mi nie daje spokoju. Bo byłam skierowana do gastroenterologa, po cholernie długim oczekiwaniu wreszcie mnie przyjęto w zeszłym roku, poszłam, zrobiłam wszystkie badania i słuch o nich zaginął. Napisałam do lekarza, ale bez rezultatu. No ale daję sobie sprawę - mówię - że jakby coś było nie tak toby się ze mną skontaktowali, niemniej jednak nieładnie że nic nie wiem, bo chyba powinnam.
"Czekaj - mówi pani - bo coś mi tu świta" i szuka coś po komputerze. I znalazła. Bo oni tu wszystko mają przecież zapisane w systemie. Otóż list do mnie był, ale wysłali go na mój stary adres, pod kórym nie mieszkam już od półtora roku.
No cóż, nie będę teraz roztrząsać dlaczego mi go tam wysłali w listopadzie 2017, a nie tam gdzie mieszkam, ważne że coś jest i jednak odpowiedź była.

"Szanowna Pani Taka i Taka, w związku z Pani wizytą tu i tu miło mi potwierdzić, że z Pani flakami nic jednak nie jest, nie ma pani żadnych alergii pokarmowych ani nic, więc wszystko fajnie, poza tym, że mogę potwierdzić że masz Pani jelito wrażliwe i zalecam udanie się do dietetyka w celu pogadania se o tym co jesz nie tak, a najlepiej jakbyś już zaczęła se stosować ten FODMAP". 

W tym mniej więcej sensie. Więc - jednak jestem zdrowa jak koń, huraaaa!
Minę miałam chyba trochę tępą, bo pani się zapytała, czy chcę spróbować tego dietetyka. A ja na to, że chyba tak, ale co to ten FODMAP? Wyszukała mi pani w internetach, linka zapisała, opowiedziała mniej więcej na czym to polega i czy chcę spróbować. No ba!

Co to jest dieta FODMAP, a raczej po angielsku low FODMAP diet?

FODMAP to skrót, którego nazwę tworzą pierwsze litery poszczególnych elementów:

- Fermentujące
- Oligosacharydy
- Disacharydy
- Monosacharydy
- And (i)
- Poliole

Naukowcy australijscy odkryli, że pewne rodzaje węglowodanów są odpowiedzialne za pojawienie się objawów IBS (Irritated Bowel Syndrome), czyli Zespołu Jelita Drażliwego po polsku.
Produkty FODMAP, mające wybitne skłonności do fermentowania, bardzo słabo się absorbują w jelicie cienkim osoby cierpiącej na IBS, trafiają więc do jelita grubego, wiążąc wodę i wchodząc w żywiołową reakcję z bakteriami jelitowymi. Choć jelita wyglądają na zdrowe, to jednak chorzy odczuwają ostry ból powodowany zwiększoną ilością płynów podrażniających komórki nerwowe. Niestrawiony FODMAP bawi się entuzjastycznie z bakteriami jelitowymi, wywołując gazy i wzdęcia, które naciskają na wyściółkę jelita i powodują ostry ból.

Choroba jest ciężka do zdiagnozowania i przebiega różnie u różnych osób, tak samo jak różnie chorzy reagują na FODMAP. Jedni na przykład tolerują laktozę, inni nie. Z tego względu bardzo ważne jest ustalenie, które grupy produków szkodzą konkretnej osobie, a najprostszym i najbardziej efektywnym sposobem jest dieta eliminacyjna.
Dieta składa się z dwóch faz:
1. Eliminacja trwająca 4-6 tygodni, polegająca na wyeliminowaniu wszystkich FODMAP z jadłospisu
2. Etap ponownego powolnego wprowadzania wyeliminowanych pokarmów. Niestety, nie wszystkie pokarmy udaje się przywrócić, to zależy od wrażliwości konkretnej osoby.

Lista produktów dozwolonych i niedozwolonych jest długa i nie będę jej tutaj przytaczać, można sobie znaleźć w internecie.

Porozmawiałyśmy sobie jeszcze chwilę z panią doktor, wydrukowała mi list od gatrologa, wysłała moje skierowanie do dietetyka, umówiłam się na badanie krwi na tarczycę w listopadzie i poszłam.

Czego ja pani nie powiedziałam, to tego, że ja dokładnie taką dietę eliminacyjną przeprowadziłam już kilka lat temu, nie zdając sobie sprawy z istnienia jakiegoś FODMAP. Doskonale wiem, co mi szkodzi. Miałam tylko nadzieję, że powoli będę mogła zacząć jeść wszystkie owoce i warzywa i może nawet pumpernikiel. Przynajmniej teraz wiem, dlaczego mam niedobory witamin. Nie wchłaniam.

Wizyta u dietetyka się przyda, choćby ze względu, że nigdy nie byłam :-)