czwartek, 14 czerwca 2018

Domek pod Bocianem

O Malediwach jeszcze Wam napiszę, ale dzisiaj chcę Wam pokazać coś zupełnie innego.
Moja mama słynie w rodzinie z tego, że ma dobrą rękę do kwiatów. Mówią, że nawet jak na kamieniu zasadzi to i tak będzie rosło. Mam się z tego śmieje, bo sama wie, ile trudu i czasu zajmuje jej to roślinkowe hobby, a także ile prób i ile błędów ją to kosztuje. Tato tylko chodzi i powtarza: "Bo Ty tylko chodzisz i patrzysz na te kwiatuszki, a warzywami byś się od czasu do czasu zajęła, przynajmniej pożytek z tego jakiś by był". Zaś mama tylko chodzi i powtarza: "Ty brudasie jeden, znowu mi błota do altany naniosłeś, kto to będzie za Ciebie sprzątał, zobacz jaki syf dokoła". Mama lubi sprzątać a tato lubi bałaganić, no tak się dobrali jakoś. I tak, mama narzeka, że tato niczym się zajmuje na działce, a tato narzeka, że mama nic nie robi na działce. I tak sobie narzekają wspólnie i całkiem nieźle im to wychodzi, bo dzięki tacie co roku mają wspaniałe świeże owoce i warzywa, nie tylko w lecie ale przez cały rok, w zasadzie poza ziemniakami żadnych warzyw nie kupują. No chyba że pomidory w zimie.  I pomimo tego narzekania na kwiatki tato dumnie oprowadza znajomych pod działce, chwaląc mamę za jej coraz to nowe pomysły. Najnowszym pomysłem mamy był nowy grill. Który oczywiście wykonać musiał tato, bo on zawsze wszystko robi najlepiej. Grill stanął na działce w ubiegłym miesiącu, a wygląda tak:


Jak widać, z tradycyjnym grillem mało ma wspólnego, ale podobno kiełbaski piecze. No a poniżej dalsze cuda. Zdjęcia są świeże, robione mamy telefonem, tak że jakość może i nie najlepsza. Ale co tam, jest bajecznie i jest kolorowo. Zobaczcie sami:

























Jak widzicie, zwierząt i ptaków u mojej mamuy nie brakuje. To co poniżej uznałam za niedźwiedzia. A może się mylę. 



Krasnal ogrodowy obowiązkowo musi być. 


I nawet Zamyślony Drzewny Człowiek


Ale to co zobaczyłam na końcu, przeszło moje najśmielsze oczekiwania!



Moja mama ma swój własny Domek Pod Bocianem :-)

 (powyższe zdjęcie sprzed dwóch lat, wtedy jeszcze bociana nie było)

środa, 13 czerwca 2018

Malediwy - transport

No dobra, nie jest to post o komunikacji międzywyspiarskiej ani o rodzajach pojazdów, ani nawet normalny post ale jakoś trzeba bylo nazwać, a tytuł musi być chwytliwy (jak mówi Klarka)
UWAGA - UWAGA!!!
przerywnik 
bez napisów
same obrazki
SPECJALNIE DLA FRAU BE
która postanowiła pozostać na moim blogu jakieś skromne 1987462265898235961593578524567413213697895558424628687424444111111666222846296487416812481878482487961496742898893333422222222222200950059545414580265830674 godzin!











I na deser - koniecznie z dźwiękiem!



poniedziałek, 11 czerwca 2018

Malediwy - co tam rośnie, co tam żyje

I znowu dużo zdjęć i kilka nudnych filmików, wybaczcie ;-)

Pomimo klimatu równikowego i występowania dżungli, zarówno flora jak i fauna naziemna na Malediwach jest bardzo uboga. No bo jak ma cokolwiek rosnąć na ziemi wymieszanej z piaskiem? Oczywiście mogę opierać się tylko na własnych obserwacjach z wyspy, którą odwiedziłam, ale po rozmowach w tubylcami wiem, że tak samo mniej więcej jest na każdej malediwskiej wyspie, z małą różnicą, że na zamieszkałych wyspach można spotkać banany, cytrusy i papaję, które są uprawiane w ogrodach (próbowały rosnąć w "ogrodzie" na naszej wyspie), a także dziko żyjące drzewa chlebowe i palmy kokosowe. Na wyspach niezamieszkałych rosną dziko palmy kososowe i różne rodzaje krzaków i namorzynów. W naszym "ogrodzie" próbowano uprawiać różne egzotyczne warzywa, jak ogórki czy pomidory, ale z bardzo mizernym skutkiem. Jedyne co tak naprawdę rosło, to coś co nazywali curry plant, ale zupełnie nie wyglądało na znane nam curry plant. I dwa duże aloesy. Z których zerwałam sobie duży liść, żeby smarować ukąszenia komarów. Bo, choć niewidzialne to jednak zdążyły nas pokąsać już w pierwszym dniu, pomimo tego, że wyspa jest odkomarzana dymem co drugi dzień. No to teraz kilka obrazków flory z malediwskiej wyspy.

Uschnięte drzewo


Palmy kokosowe


Palmy kokosowe wszędzie, za $100 amerykańskich można sobie zasadzić własną palmę i postawić pamiątkową tabliczkę. Takich tabliczek jest zatrzęsienie na wyspie.


A to nie wiem co, ale dużo było tego, te owoce opadały i sobie leżały na ziemi aż je coś zjadło.


Do dziś nie wiem, czy to plątanina krzaków czy zaplątane w krzaci sieci rybackie. 


Grzyby



Takie białe kwiatki


Tę roślinę nazwaliśmy "camouflage plant", czyli roślinka zakamuflowana


Mangroves czyli namorzyny



I inne krzaki...




A to wygląda jak chlebowiec.


Jedyne kolorowe kwiatki na wyspie (poza doniczkowymi)


I stara palma :-)
Ten liść wyłowiłam z wody, bo wystawało i wystawało i nie wiadomo było co to, ale mnie strasznie denerwowało bo zakłócało moją wizję niezakłóconej niczym wody. To weszłam i wyciągnęłam toto na brzeg.


A teraz o malediwskiej faunie. Ta naziemna jest naprawdę bardzo uboga. Z wyjątkiem owadów, których i tak było jak lekarstwo, jednego zwierzątka, które wyglądało jak połączenie myszy, kreta i ryjówki, szare i śmieszne (nazywa się shrew czyli ryjówka właśnie), oraz czarnych ptaków, które wyglądały jak połączenie wrony i gawrona, udało mi się sfotografować wszystkich przedstawicieli gatunków, które zamieszkiwały wyspę. Najliczniejszą grupą ptaków była water hen, czyli kurka wodna. Tak, moi mili, tak wygląda kurka wodna! Bywało, że idziesz sobie przez dżunglę, słyszysz wrzaski jakby (w Twojej wyobraźni) małpy się darły albo jakieś inne dzikie stwory, słyszysz szelest w krzakach i już czekasz aż Cię naparnie i zeżre, i oto wyłazi z krzaków kurka wodna! Albo dwie, czasami z dziećmi. Pełno ich było, lubiły przychodzić pod restaurację a nawet i do. 


Jaszczurki. Śmiesznie zasuwają na tych swoich czterech łapkach.



I naturalna bariera biologiczna w każdej chatce, na zewnątrz i czasami wewnątrz, jak mała i uda się przecisnąć przez jakąś szparę. Gekony. 


Fascynujące, po raz pierwszy widziane przeze mnie na żywo flying foxes albo fruit bats czyli po polsku nietoperze rudawki. Prawdziwe duże nietoperze, największe na świecie, nie te malutkie, które żyją w mojej okolicy. 



Mieliśmy też zaprzyjaźnioną czaplę, odwiedzaliśmy ją codziennie




I najliczniejsza grupa zwierzątek naziemnych - kraby. Na przykład taki ghost crab (duch). Jak są małe to są prawie przezroczyste, strasznie szybkie i ciążko je złapać. Ale Chłop potrafi. Całymi dniami uganiał się tymi krabami, aż któregoś złapał. 


Kolorem upodabniają się do piasku. Wykopują sobie dziurkę, do której później uciekają w razie niebezpieczeństwa (na przykład na widok Chłopa). Każdy krab ma swoją dziurkę i tylko do swojej ucieka. 


Filmik z wykopywaniem dziurki :-)


Jak dorosną, robią się duże i ciężkie oraz potrafią zmieniać kolor, żeby upodobnić się do otoczenia. Sprawdziliśmy na własne oczy. Na plaży mają kolor jaśniejszy, kiedy wchodzą do dżungli robią się ciemniejsze, ale tylko na odwłoku, szczypce pozostają takiego samego koloru. 




Te duże kraby też wykopują ale to są jamy wielkości pięści. Codziennie rano można zobaczyć na plaży dziury a obok nich górki piasku, jak kopce kreta. 


Nie wiem czy najliczniejszy, ale najśmieszniejszy rodzaj to według mnie krab pustelnik. Wyobraź sobie, idziesz plażą, widzisz śliczną muszelkę, podnosisz, a tam krab. Podnosisz drugą, krab. Trzecią, piątą dwudziestą. Krab, krab, krab. I ciągnie tak za sobą tę muszelkę i idzie nie wiadomo gdzie, zaznaczając ślad na piasku. Czasami widzisz pustą muszelkę, a koło niej zgromadzenie osobników, które walczą o nowy domek. Gdy tylko zbliżysz się, całe towarzystwo zamiera a Ty widzisz tylko muszelki. Nie ruszasz się, po kilku sekundach towarzystwo uznaje, że niebezpieczeństwo minęło i zaczyna się pochód. Robisz krok a one wszystkie hyc do środka. I znowu sama muszelka na widoku. Kupa śmiechu z nimi. I tylko wnerwiasz się czasami, bo ta piękna muszelka, którą sobie obiecałaś zabrać do kolekcji, okazuje się już zamieszkana. Bo one, moi mili, są cholernie wybredne. Wybierają tylko najładniejsze muszelki. Jak jakaś rewia mody na plaży normalnie :-)







I to by było na tyle o zwierzątkach naziemnych na Malediwach. Za to flora wodna... Po prostu ciężko opisać. Zacznijmy od rozgwiazd wyrzuconych na brzeg po burzy. Zdarzały się takie cudaki:


Do obrońców przyrody - one żyją, jak tylko wrzuciliśmy je z powrotem do wody, "poszły" sobie w bezpieczne miejsce. 


W drodze z baru do willi, albo z willi do baru jak się szło w drugą stronę, plaża nie wygląda najcudowniej na świecie. W czasie przypływu przejście jest utrudnione z powodu nisko schylających się drzew. Ale woda ciepła, więc nie ma problemu z zamoczeniem, nawet jak się ma na sobie coś więcej niż same majtki. W czasie odpływu natomiast można przejść suchą stopą po skałach, które są pozostałością rafy koralowej. Porośnięte są takim jakby aksamitnym meszkiem, dzięki czemu stopa sie nie ślizga, jedynie trzeba uważać na nadchodzące fale, mogą bowiem spowodować lekkie zachwianie równowagi.


I te oto skały upodobała sobie rodzina rekinów rafowych. 


Było ich pięć, może sześć, wielkości około pół metra ale może większe, może mniejsze, nie wiem, bo woda zmienia proporcje.  


Jak Chłopa ulubioną rozrywką było łapanie krabów, tak moją było śledzenie rekinów. Codziennie musiałam chociaż raz odwiedzić rodzinkę. Bywało, że przepływały dosłownie o dziesięć centymetrów ode mnie. Fascynujące, cudowne, majestatyczne. Pływały sobie tak i z powrotem wzdłuż zagłębienia pomiędzy skałami. A ja łaziłam za nimi.



I to by było tyle o faunie wodnej, niestety. Bo zdjęć w wodzie nie robiłam. Ale, o matko-z-curkom, co widziałam to moje. W hotelu można było wypożyczyć za darmo sprzęt do snorkowania (nie wiem jak to jest po polsku więc niech będzie snorkowanie od snorkelling) i w ten właśnie sposób spędzaliśmy kilka godzin każdego dnia. Wystarczyło wejść do wody i już przy brzegu można było zobaczyć rybki. Najśmieszniejsze były białe, prawie przezroczyste, dość spore bo wielkości stopy a może trochę większe, najpierw przypływała jedna, badała teren, za chwilę były dwie, potem trzy, cztery i całe małe stadko po chwili już pływało przy Tobie, co któraś próbując podskubać Cię w stopę. Chłop miał wiele radości z tego powodu, bo zawsze chciał spróbował tego akwarium z naturalnym peelingiem rybnym :-) Ale - popatrzcie na zdjęcie pod spodem. Te ciemniejsze plamy to już koral. Dosłownie, kilka metrów od brzegu. Widzicie granicę pomiędzy jaśniejszym a ciemnym? Tam kończy się rafa koralowa. Do głębi jest jakieś pięćdziesiąt metrów. Pięćdziesiąt metrów cieplutkiej wody o głębokości może dwóch metrów. Pięćdziesiąt metrów rafy koralowej,  a w niej cudowne kolorowe, małe i duże, czasami dość wielkie, białe, niebieskie, żółte, czerwone, zielone, czarne, w paski, w kropki, w szlaczki, marmurek i w tęczę i w co tylko sobie możesz wymarzyć, śliczne różnorodne rybki. Niestety, rafa koralowa jest w tej chwili na Malediwach w większości  szara. W roku 2010, po ataku huraganu El Nino, większość koralowców na całym świecie wyblakła. Stało się tak poprzez znaczne nagłe ocieplenie wody. Koral blaknie, gdy woda utrzymuje zbyt wysoką temperaturę przez zbyt długi czas. Polipy koralowca w wyniku stresu (szoku termicznego) wypluwają kolorowe algi żyjące w ich wnętrzu i stają się białe. Ponieważ algi dostarczają koralowcom 90 procent energii, kiedy ich zabraknie koral po prostu głoduje i jeżeli temperatura szybko nie wróci do właściwej, umiera. Ten przerażający efekt El Nino powtórzył się w 2014 roku. Naukowcy szacują, że około 90 procent Wielkiej Rafy Koralowej jest w tej chwili wyblakła. I ja taką wyblakła rafę koralową, niestety, widziałam. Miałam przyjemność podziwiać cudowne kolorowe korale jakieś dziesięć lat temu w Egipcie, więc było mi tym bardziej smutno, bo mogłam sobie wyobrazić, jak to wyglądało te kilka lat temu na Malediwach. Ale tubylcy są dobrej myśli. Robią wszystko co mogą, aby przywrócić rafę do życia, próbują "zaszczepiać" koralowce na nowo. I sama widziałam, koral już miejscami odrasta, widziałam żółte, zielone, czerwone płachty na podwodnych skałach. Mam nadzieję, że mu się ida, bo naprawdę, to byłaby niewyobrażalna strata, gdybyśmy nagle zostali pozbawieni tego przepięknego cudu natury. 
W każdym razie, snorkowałam sobie na tych Malediwach każdego dnia, podziwiając różnorodność fauny wodnej, dopływałam do samej granicy z głębią, gdzie widoki były zdecydowanie bardziej fascynujące i straszne zarazem. Szkoda że nie widziałam żadnego żółwia, bo żyje ich tam wiele. Szkoda, że nie nurkuję, bo mogłabym zobaczyć znacznie więcej. Ale to co widziałam, będzie musiało mi wystarczyć być może na resztę życia. Mam nadzieję kiedyś jeszcze powtórzyć to doświadczenie, bo zaprawdę, mało jest rzeczy bardziej fascynujących od patrzenia na dno oceanu. 
A tymczasem, na Malediwach wcale nie trzeba wypływać daleko. Na zdjęciu poniżej Chłop jakieś dwa metry od brzegu, zafascynowany tym co tam zobaczył (pewnie te jego skubiące stopy białe rybki :-)). A to co widziałam ja, możecie sobie zobaczyć klikając w ten link. Ja je wszystkie naprawdę widziałam. I jeszcze więcej.