piątek, 19 kwietnia 2019

Wesołych Świąt!

Nie wiem jak u Was, ale u mnie święta przebiegną w spokojnej domowej atmosferze, tylko ja, Chłop i Koty :-)
Zakupiłam zgrzewkę białych jajek w polskim sklepie, mieli tylko takie wielkie po 30 sztuk, ale pomyślałam, a co mi tam. Ważne do maja to się zje. Zakupiłam też chemiczne barwniki do jajek. Chłop się na chemii zna to pofarbuje. Uczynił tak w zeszłym roku i tak mu się spodobało, że jak zapowiedziałam wcześniej że nie chce mi się w tym roku nic robić, to tylko smutno napomknął, że może chociaż te jajka... No to niech ma, niech się bawi.

Panowie właśnie kończą zakładać podłogę w domu, a ja zajadam smutki kanapeczką z pasztetem i pomidorkami koktajlowymi. Wiem, dla niektórych herezję uprawiam jedzeniem "mięsa" w Wielki Piątek, nie rusza mnie to jednak. Ziemniaki wegetariańskie jadłam wczoraj.

Jako że post z założenia miał być krótki i treściwy, w zasadzie się pożegnam na dzisiaj życząc Wam Wesołych Świąt i tradycyjnie - smacznego jajca!


A na koniec - nagroda dla cierpliwych, czyli wideło, które nakręciłam jakieś trzy tygodnie temu tylko weny nie miałam na opublikowanie. No i taka to ze mnie jutuberka :-)






poniedziałek, 15 kwietnia 2019

Jeszcze chwilę

W moim domostwie wyczuwa się ciśnienie porównywalne chyba tylko ze zbierającą się w wulkanie lawą. Oboje z Chłopem chodzimy podminowani, wkurza nas byle co, nie możemy spać, więc rano jesteśmy jeszcze bardziej wkurzeni i koło się zamyka.
Chałupa... no cóż. Robi się. Wszystko co ostatnio pisałam już jest nieważne, za to doszło tysiąc małych pierdoletów, które jeśli nie spędzają snu z powiek to po prostu wkurwiają. Na przykład. Dzwonią do mnie żeby przyjechać, bo jest kafelkarz i chce kafelki kłaść, więc lepiej żebym z nim ustaliła jak ma być, żeby było dobrze. Jadę. Kafelkarz fajny gość, wyjaśniam co i jak. Prysznic tak a kuchnia tak. No ale jeszcze toaleta pod schodami. A on że nic o tym nie wiem. Prowadzę go i pokazuję. No OK, jak ma być to zrobi, ale okazuje się, że kafelek nie ma. Obiecuje, że wyjaśni i rzeczywiście, za chwilę dzwoni Stiwen. Czyli kierownik projektu. "A bo... pani B, ale nie wiem jak to się stało, że zapomniałem te kafelki zamówić, a teraz dzwoniłem i już ich nigdzie nie ma."
Lalala...
Mówię że ok, po drodze mam sklep to wstapię i zobaczę czy nie ma czegoś na zamianę. Kłopot jest bowiem że wszystko jest już kolorystycznie zaplanowane, podłoga i dodatki zamówione i tylko taki kolor kafli może być. Niestety w sklepie nie ma nic podobnego. Idę do sprzedawcy i pytam. On, że rzeczywiście, nie ma ich nigdzie, ale niedługo będą. Kiedy? Żeby się upewnieć dzwoni do centrali i potwierdza, że jeśli się zamówi dzisiaj to będą na czwartek. Ha! Dzwonię więc na pniu do Stiwena i mówię, no to on że OK, już zamawia. No ale kurde, to moja robota ma być czy jego??
I tak jest ze wszystkim. Zapomnieli na przykład zamontować specjalną szufladę pod piekarnik, okazuje się że teraz już nie da rady. I wiecie co ja na to? Że fajnie, ale ja zapłaciłam za tę kuchnię ponad siedem tysięcy bez urządzeń i ma być tak jak zamawiałam, a jak oni to zrobią to już ich sprawa. Albo, przy wymienianiu uszkodzonych stopni na schodach nie wymielili tego, który jest najbardziej uszkodzony, bo nie dość, że zalany to jeszcze pęknięty. Albo, panowie malarze (wciąż uznaję, że malarz to jest najgorszy tandeciarz ze wszystkich fachowców) obmalowali mi lustro naokoło w łazience, bez ściągania. Albo wieszak na ubrania, a po co ściągać? Pomaże się dookoła, co nie? Niedoróbki, niedoróbki, niedoróbki...
Dzisiaj panowie montują nam wbudowaną szafę, którą wypierdzielili razem ze ścianami tak, że tylko drzwi zostały. Przemontowują piec ogrzewania centralnego, bo zamontowali go tak, że nie da się żadnej szafki na niego wcisnąć, a miał być zabudowany (na tyle na ile przepisy pozwalają oczywiście). I nie wiem co tam jeszcze. W sumie, zostało już niedużo. Jak poprawią tę kuchnię, to przyjdzie elektryk i wszystko popodłącza, potem hydraulicy zamontują wszystkie kibelki, umywalki i prysznice (a propos prysznica to uszkodzili ramę w drzwiach przy ściąganiu więc będę miałą nowe) i podłączą instalację grzewczą, kafelkarz będzie musiał przyjść dokończyć kafelki i pan od podłóg położyć podłogi. A co do drzwi i uszkodzonych futryn, to zostało ustalone, że oni tylko zamontują drzwi z powrotem, a potem przyjedzie specjalna firma, która nazywa się Plastic Surgeon (jak usłyszałam to padłam!) czyli Chirurg Plastyczny, żeby naprawić kosmetyczne uszkodzenia drzwi i witryn.
I już będziemy się mogli wprowadzać!

czwartek, 4 kwietnia 2019

Co wystarczy zrobić żeby mnie porządnie wkurzyć

Odpowiedź na pytanie zawarte w tytule jest prosta. Remontować mi dom.
W piątek wieczorem dostałam emaila od kierownika projektu, że niestety nie udało mu się zdobyć drzwi na wymianę i co my chcemy z tym zrobić? OK, trochę mną wstrząsnęło, ale że był to piątek, postanowiłam że nie będę się zbytnio przejmować bo w weekend i tak nic nie załatwię, zadzwonię w poniedziałek do ubezpieczalni to się dowiem co i jak. Tymczasem, jak co tydzień, pojechaliśmy w sobotę do domu zobaczyć jak się roboty posuwają. No posuwają się. Tak zaczyna wyglądać moja kuchnia.


Niby ładnie, ale oglądam dokładnie, jedna niedoróbka, druga niedoróbka, drzwiczki się niedokładnie zamykają pod zlewem, ale szczyt szczytów to nowo zamontowana wysuwana szafka, która wyglądała jakby ją dziecko z klocków niedokładnie zbudowało, nic nie jest dopasowane i aż bolało moje oczy jak mna to patrzyłam. A jeszcze lepsze, to że zabudowali podwójny kontakt,  miał być nad meblami i wisiał na kablu gotowy do monażu, ale że - właśnie - wisiał, to go zakryli szafkami. No sorry, ale bez źródła prądu to ta część kuchni się nie nadaje do użytku. I parę jeszcze takich kwiatków. 
No ale przynajmniej żółty pokój przemalowali na zielono i teraz wygląda tak jak ma wyglądać. Czyli mniej więcej tak jak na poniższym zdjęciu, tylko ładniej. 



Wypisałam długiego emaila do wykonawcy, z dokumentacją zdjęciową, wyszczególniając wszystkie zaobserwowane kuchenne buble. Dodatkowo dotknęłam tematu drzwi, że to co uszkodzone to uszkodzone, ale panowie majstrowie zdejmując z futryn całkiem dobre i nieobjęte wymianą drzwi rozp*dolili owe futryny w ilości sztuk trzech. Zarówno drzwi i futryny tzw. custom made, to znaczy na specjalne zamówienie i raczej niemożliwe do naprawy.
W poniedziałek rano zadzwoniłam do ubezpieczyciela z prośbą o potwierdzenie sytuacji z drzwiami, bo nie rozumiem co ja mam zadecydować jak nie dano mi żadnej możliwości wyboru. Moge jedynie nie wymieniać i uważam że tak jest chyba najlepiej, bo uszkodzenia są tak minimalne i słabo widoczne, że szkoda chyba jednak zachodu. Ale uszkodzone futryny - no to wykonawca będzie musiał naprawić co zepsuł. Jak to sobie naprawią, nie za bardzo mnie interesuje. ale ciśnienie taka sytuacja podnieść potrafi, oj potrafi.
A wieczorem wpadłam w szał. Otrzymałam bowiem późny telefon od kierownika projektu, że jest problem z podłogą. Próbowali bowiem zakładać podłogę z litych drewnianych desek, taką jak sobie wybraliśmy, ale okazało się, że część desek jest uszkodzona i oni po prostu tego nie założą. I co oni mają zrobić. A ja się pytam - to ja mam Wam mówić, co macie zrobić? Dostaliście zlecenie, zamówiliście deski, czekaliście dwa tygodnie na rozpakowanie, a teraz pytacie się co macie zrobić? No tak, bo oni to po prostu odeślą, on zadzwoni jeszcze do firmy po szczegóły i da mi znać.
Dwie godziny później dostałam emaila. Pyta, czy nie moglibyśmy jeszcze poszukać tej podłogi gdzie indziej, a może byśmy chcieli deskę warstwową (u nas to się nazywa engineered wood, w Polsce to chyba deska barlinecka, lamelowa), bo jakbyśmy chcieli to ta firma co robiła nam kuchnię ma duży wybór.
No i wpadłam w szał. Nie dość, że zajęło nam trzy pełne weekendy wybieranie materiałów, zjeździliśmy pół Szkocji w poszukiwaniu odpowiedniej podłogi, bo sklepy, jakie sugerował wykonawca litych desek nie mają w ofercie, że jak chciałam inne, ładniejsze umywalki na wymianę w łazienkach to mi powiedzieli, że nie, bo muszą być dokładnie takie same, że wszystko co jest uszkodzone musi być dokładnie takie samo (oprócz kolorów ścian) a teraz co? Jak chodzi o podłogę, to już nie musi być taka sama? Lenie śmierdzące, układać im się nie chce bo o wiele więcej pracy z taką deską jest. Biedny Chłop, ile on musiał się nasłuchać. Ale on jest dokładnie takiego samego zdania, tylko głośno nie marudzi. Ja za to tak. Powiedziałam więc, chcą wojny to  będą mieli wojnę. I poszłam spać.
Rano, jeszcze przed pracą, email. Od kierownka projektu. Że rozmawiał z dostawcą desek i zostaną one odebrane, a pieniądze zwrócone (jakby mnie to interesowało, nie moje pieniądze!). I że kontaktował się z inną firmą i może będą w stanie załatwić taką samą podłogę więc da mi znać. No i że problem z podłogą jest, że musi zostać dostarczona na miejsce i zaaklimatyzować się przed położeniem (całkiem słusznie), więc spowoduje to przestój w robotach.

Nosz Qrva! I wtedy po raz kolejny trafił mnie szlag. Nie dość, że ociągali się w robotach jak mogli przez prawie trzy miesiące, tak że ciągle są w czarnej dupie, nie dość że samo położenie drewnianej podłogi przed wykończeniem ścian i podłączeniem instalacji uważam za poroniony pomysł (ale głośno tego nie mówiłam, tylko do Chłopa) to jeszcze teraz obciąża się mnie odpowiedzialnością za dalsze opóźnienia! Bo to moja podłoga, przeze mnie wybrana!
Działałam krótko. Dwa telefony wystarczyły. Zadzwoniłam do faceta, który będzie montował wykładziny w całym domu oraz specjalne podłogi w kuchni i łazienkach, zapytałam, czy robi też podłogi z litego drewna. No robi. To Okej, bo może będzie robił u mnie wszystko. Drugi telefon do ubezpieczyciela. Ten przeprosił, bo facet był u nich na liście jako wykonawca specjalistycznych podłóg i nie wiedział, że robi także drewniane. I potwierdził, że jasne, gostek może zrobić wszystko jak najbardziej, że zadzwoni zaraz do wszystkich i to zorganizuje.
No i gra i buczy. Podłogi zostaną zrobione na końcu, jak trzeba, nikt mi po pięknych nowiutkich deskach buciorami nie będzie łaził. A panowie remonterzy się w końcu zabiora za instalowanie wszystkiego i naprawianie tego co zepsuli.

A kierownik projektu zamiast jak zwykle do mnie, zadzwonił dziś rano do Chłopa. Chyba mnie już nie lubi.


poniedziałek, 1 kwietnia 2019

Prima Aprilis całkiem na serio

Dzisiaj 1 kwietnia. Oczywiście jak zwykle zapomniałam, dopiero Alexa* przypomniała mi, kiedy powitaliśmy ją codziennym "Good Morning", a ona odpowiedziała "Good morning, ale niestety słyszysz mnie ostatni raz, ponieważ zaakceptowałam nową pracę i od jutra będę pracowała w windach. Będę jednak niezmiernie wdzęczna, jeśli mi pomożesz zdobyć doświadczenie już dzisiaj i powiesz: Alexa, zabierz mnie do windy." No ale coś się chyba u Alexy w systemie popsuło, bo niestety zapomniała, że ma robić w windach. A podobno niektórzy ludzie mieli z tego dziś rano niezły ubaw :-)

*Alexa to taka babka żyjąca w moim głośniku Echo, a także w moim telewizorze i moim telefonie.

No ale. Wyszłam do pracy troszkę spóźniona, starając się nie rozglądać zbytnio ale zachowując czujność, bo nigdy nie wiadomo czym w prima aprilis nas mogą uraczyć. W UK to się nazywa April Fool's Day, czyli po prostu dzień robienia z ludzi głupków.

Odpalam komputer, otwieram pocztę, a tam dwie wiadomości adresowane do wszystkich pracowników firmy. Pierwsza od Naczelnej Sekretarki trzech Wilkich Bossów - Susan, zatytułowana Nowa Zachęta dla Wszystkich Pracowników

"Moi Drodzy.

Na pewno zauważyliście już karty z prostymi ćwiczeniami rozmieszczone na ścianach wzdłuż korytarza. Myślę, że byłoby doskonałym pomysłem, gdybyśmy wszyscy trochę się nad tym zastanowili i i stworzyli mały plan wykonania.

Na początek - w każdy poniedziałek o 9.30 wszyscy spotykamy się w holu pomiędzy salami konferencyjnymi 1, 2 i 4, gdzie będziemy wspólnie wykonywać 10-minutowe ćwiczenia prezentowane na tych kartach.

Startujemy w poniedziałek za tydzień (8 kwietnia), proszę być na miejscu o 9.25 rano. Zalecane jest komfortowe ubranie.

Jeżeli są ochotnicy, którzy chcieliby poprowadzić te ćwiczenia, prosze o kontakt ze mną, w przeciwnym razie cotygodniową rutynę poprowadzę ja.

Susan"

I zaraz potem odpowiedź od Naczelnego Dyrektora, czyli Szefa Wszystkich Szefów, Georga. 

"Moi Drodzy. 

W zupełności popieram ten nowy projekt i osobiście wezmę w nim udział. Proszę odnotować, że będziemy ćwiczyć w rytm muzyki odtwarzanej przez nasz główny system głośników - wszelkie sugestie proszę kierować do Susan. 

Pierwszy zestaw muzyczny postanowiłem wybrać osobiście (tutaj link - ale ja zamieszczę go Wam bezpośrednio, nie trzeba słuchać, wystarczy oglądać) :


George"

Nie ma to jak zgrany zespół ;-)

piątek, 29 marca 2019

A niech się śmieją.

Mam takie hobby. Lubię bawić się słowami. Mój były mąż uważał to za prostactwo, ale cóż, on się nie bardzo znał na języku polskim, w końcu był tylko doktorem mechaniki.
Dzisiaj będzie trochę medycznie, bo na pierwszy rzut postanowiłam wystawić tak bardzo popularne ostatnio schorzenie, rozszerzające się w tempie niemal błyskawicznym, jak tak dalej pójdzie to zaleje cały świat o ile już nie zalało. Nazywa się niechcemisie. Spróbujmy rozłożyć to na czynniki pierwsze.

Nie chce mi się.
Nie chcę. Misie.
Nie. Chcę misie.
Nie? Chcę misie.
Nie. Chce mi się.

Skoro przebrnęliście przez te moje wypierdoły, to teraz mam dla Was dwie nagrody. Nagrody nadesłała czytelniczka EdytaWu, która skutecznie umila mi życie i co jakiś czas powoduje, że jak mi się nic nie chcę to przynajmniej śmiać chcemisie :-) I to bardzo!


Kiedy Bóg stworzył Adama i Ewę, rzekł do nich:
- Mam dla Was jeszcze dwa prezenty. Pierwszym jest sztuka sikania stojąc...
Adam przerwał Biogu i zakrzyknął:
- Dla mnie!!! Dla mnie!!! Dla mnie!!! Proszę, proszę Panie, tak bardzo chcę ten prezent! Proszę! To znacznie ułatywi mi życie! Proszę, mnie go daj!
Ewa kiwnęła głową, dając do zrozumienia, że nie ma to dla niej żadnego znaczenia.
Bóg ofiarował prezent Adamowi, który zaczął krzyczeć z radości. Z dumą sikał na wszystkie drzewa i krzewy, pobiegł na plażę, gdzie rysował w skupieniu rysunki na piasku... Nie przestawał okazywać swojego ogromnego szczęścia.
Bóg i Ewa spojrzeli na człowieka, który szalał z radości. Ewa zapytała:
- Panie, a jaki jest ten drugi dar?
A Bóg odpowiedział:
- Rozum, Ewo! Rozum! I do będzie dla Ciebie!


A na koniec nagroda druga - w klimacie tak jakby wiosenno-przedświątecznym, bo wiosna już niby jest a niedługo także wyjdą się paść wielkanocne baranki  :-)



EdycieWu serdecznie dziękuję, proszę żeby nie przestawała i obiecuję, że wszystkie jej przesyłki zostaną tu opublikowane. Ku pocieszeniu serc :-)

Wesołego weekendu!

środa, 27 marca 2019

Saga jak Forsytów normalnie

Wczoraj Chłop po powrocie do domu drze się od samego progu:
- No to masz już kuchnię, kobieto!
Kuchnię? No super, taki był plan, miała być dostarczona w poniedziałek i zamontowana do końca tygodnia.
- No i jak? - pytam.
No fajnie, wszystkie szafki się otwierają gładko i bezszelestnie, samozamykają i ten specjalny mechanizm z wysuwanymi półkami w narożnej szafce jeździ jak ta lala. No słowem, gra i buczy.
- Tylko - mówi Chłop - chyba nie pomalowali ścian.
- Jak to nie pomalowali? Jesteś pewien? - wskaźnik Geigera drgnął.
- No na 90 procent jestem pewien. A jaki to miał być kolor w kuchni?
Mówię, że taki jasnobeżowy. No to nie, na pewno jest ciemniejszy.
- Ale jesteś pewien? - znając zmysł kolorów mojego Chłopa wyciągam kartę kolorów i pokazuję.
- O, taki ma być. Na pewno nie jest taki?
- Na pewno nie taki.
- Czy może jest taki? - pytam pokazując rdzawo-czerwony kolor na karcie.
- No taki.
- No to nie pomalowali.
Licznik Geigera osiąga czerwony poziom skali. No jak to nie pomalowali, jak mieli pomalować? Jak w ogóle mogą montować kuchnię na niepomalowane ściany? No dobra, może to jakaś nowoczesna metoda ale jak to tak, na niepomalowane ściany? To co, potem będą malować i zasmarują mi całe nowiutkie meble? Nosz kurna mać.
Zjedliśmy, wypilim, ale licznik Geigera nadal wskazuje na czerwono a sejsmograf pokazuje 8.
Zarządziłam, jedziemy. No ale jak to tak? Już dziewiąta.
- No może jednak to głupi pomysł - reflektuję się.
- Nie, pojedźmy, widzę że Ci to żyć nie daje, lepiej żebyś miała spokojną noc - mówi Chłop. Jak on mnie zna. No to pojechalim.
Wchodzimy, oglądamy. Z latarkami oczywiście bo prądu jeszcze nie dowieziono. Meble rzeczywiście w większości stoją. Szafki wiszą. Na ścianach porysowane profesjonalnie kreski w miejscach gdzie ma być okap, kafelki i takie tam. Miejsce na lodówkę wydaje się trochę za małe. Ale mierzymy, w porządku. Takie wrażenie tylko. Otwieram każdą szafkę, każdą szufladę.
- A co to takie porysowane? - pyta Chłop wskazując jedną z wiszących szafek. W mgnieniu oka sejsmograf wskoczył na 11, ale zreflektowałam się coś sobie przypominając. Przyglądam się dokładniej, skrobię pazurem - no tak. Folia ochronna. Chłop odetchnął, wskaźnik obniżył się do 3.
No ale ściany rzeczywiście niepomalowane. Owszem, zaciągnięte impregnatem ale normalnie farba nawet nie otwarta. Cóż, myślę, nic dziś nie wymyślę, zaraz nasmaruję emaila do wykonawcy. Znowu...
Idziemy dalej. W salonie pełno pudeł i pudełek różnej wielkości i kształtu. To pozostała część kuchni, Dzwiczki, półki, jakieś drobne elementy wykończenia, blat. Ale ale, co widzę? Zlewozmywak ze stali. I bateria do niego w pudełku. Aha - mamy Cię! Przecież ustaliliśmy, że zlewozmywak i baterię kupujemy sami, bo te proponowane nam się nie podobały. I tak było w wycenie. Nasz własny piękny nierysujący zlewozmywak ze wspaniałą baterią vorsprung durch technik germańskiej firmy Grohe stoją sobie razem w sypialni na górze. Wkurzenie już mi przeszło, zostało zastąpione wszechmocnym wszystko-mi-jedno, ale przezornie obejrzałam jeszcze wszystkie inne pudełka, wraziejakbyco.
Światła podszafkowe są, wkłady do szuflad są, pojemniki na śmieci są, drzwi, drzwi, drzwi, coś płaskiego, coś płaskiego, jakieś długie, kawałek szafki, drzwi, stalowy splashback jest (splashback to nie wiem jak jest po polsku, taka płyta na ścianie za kuchenką). Czyli wszystko jest. Ale widzę nowe puszki z farbą. Nauczona doświadczeniem sprawdzam, zgadza się. Uff..
Idę na górę, patrzę, a tam żółty pokój pięknie przemalowany na zielono! Dokładnie tak jak chciałam a nawet i lepiej. Więc istnieje jeszcze jakaś nadzieja...

Email do wykonawcy oczywiście wysmarowałam, a rano zmobilizowałam z pół firmy, żeby przypadkiem mi złego zlewu nie zamontowali. Nie zamontują. Ale to się dopiero okaże. Ręka na pulsie cały czas jest. A z malowaniem kuchni to się okazało, że taką decyzję podjął kierownik projektu, bo impregnat nie zdążył wyschnąć na czas, a monterów mieli zamówionych od poniedziałku. Ale zapewniał mnie z pięć minut że wszystko będzie OK. No to lepiej żeby było.

poniedziałek, 25 marca 2019

Tajemnica wyjaśniona

Otóż w sobotę pojechałam do domu na zwiady. Bo wtedy co wcześniej to było ciemno, może mi się zwidziało, może w ogóle jest OK z tym żółtym, no po prostu w sobotę było jasno i słonecznie, a wiadomo że lepiej oglądać sytuacje w świetle dziennym. Weszłam na górę. Aż mnie oślepiło. Ukazał się moim oczom taki bowiem widok:


No żółte, żółte jak... ciśnie się niecenzuralne słowo na język ale to na ch* żółte przecież nie jest. A więc jednak się nie pomyliłam. Tak w sumie, to nawet nie wygląda źle ten żółty pokój, ale ja tak nie chciałam żółtego! 
W kącie stała pucha z farbą. Pomazana na żółto, więc nie musiałam otwierać, ale otworzyłam żeby się upewnić. Znaczy najpierw pobiegłam do garażu, wyjęłam skrzynkę z narzędziami Chłopa, a z niej wielki płaski śrubokręt. No bo pazurami przeciez nie da się otworzyć puszki z farbą. Przynajmniej nie moimi.
Otwieram więc tę puszkę, a w niej słoneczko. Spoglądam na etykietkę - bo to specjalna farba jest z mieszalnika - a tam stoi jak byk MOONSHINE. 



No kurde, ale Moonshine to pastelowy zielony. Sprawdzam jeszcze raz email do wykonawcy, czy może ja się pomyliłam w opisie, czy kolory pomieszałam czy co. Nie, wszystko się zgadza. W tym pokoju ma być odcień Moonshine. Patrzę na kartę kolorów. No tak:


OK, na monitorze nie widzicie pewnie barwy właściwej, ale chyba tylko ślepy by nazwał te kolory żółtymi. Zresztą napisane na górze jak byk. 

I tak to tajemnica zielonej pomyłki została odkryta. 
To nie panowie malarze się pomylili. 
To nie ja się pomyliłam.
To te osły w mieszalni farb się pomylili i nalali zły kolor do puszki. Nie poprawiać z tymi osłami :-)

I znowu email do kierownika projektu. Przy okazji wyłuszczyłam kilka innych usterek, które odkryłam przypadkiem i zdokumentowałam telefonem żeby był dowód jakby co. Na przykład dwie dziury wentylacyjne podczas gdy wentylacja jest tylko jedna. Albo odkryte miejsce czekające prawdopodobnie na parapet w kuchni, podczas gdy parapetu tam nigdy nie było, bo był zrobiony z kafelek. A w ogóle, zostało im w sumie tylko dwa tygodnie jeśli mielibyśmy sie wprowadzać do 15-go, bo 14 jest w niedzielę, więc wszystko musiałoby być zamknięte w piątek 12-go. Więc prace budowlane musiałyby zostać zakończone 5 kwietnia, żeby 8 kwietnia panowie mogli wszystko posprawdzać i popodłączać, żeby panowie od podłóg mogli wejść i te podłogi zamontować 9 i 10-go, żeby 11-go firma przywiozła wszystko z przechowalni i żeby 12-go inni panowie mogli nam wszystko poskręcać, powkręcać, podoczepiać i jeszcze raz sprawdzić czy działa. 

A tymczasem na dzień wczorajszy to były tam tylko ściany o sufity i pomalowane dwa pokoje. Zostało jeszcze tylko:
- pomalowanie wszystkich ścian i sufitów
- pomalowanie wszystkich listw przypodłogowych, parapetów, poręczy schodowych i innych elementów drewnianych
- wymienienie schodów
- założenie kafelek w dwóch łazienkach i kuchni, w tym w jednej łazience wciąż są resztki starych kafelek na ścianie
- wymienienie niektórych drzwi i doprowadzenie do stanu poprzedniego pozostałych
- założenie podłogi z litego drewna na dole domu
- założenie wykładzin i specjalnych podłóg w łazienkach
- zamontowanie kuchni i wszystkich w niej sprzętów
- zamontowanie wszystkich lamp i źródeł światła
- zamontowanie wszystkiego innego, czyli gniazdek elektrycznych, włączników światła, alarmu, przeciwwłamaniowego, czujników dymu i CO2, kratek wentylacyjnych, pieca gazowego, kaloryferów, kabiny prysznicowej, kibli, umywalek i sraczyków i  wszystkiego tego co się w domu podłącza,

a potem jeszcze poskręcać nam wszystkie szafki, łóżka i inne meble, które nam porozkręcano w celu wywiezienia i ponawieszać na ścianach te wszystkie obrazki i lustra i telewizory.

Osobiście - ja tego nie widzę. Będziemy się chyba w tym cholernym Edynburgu tentelempać do samiuśkiego maja. 


piątek, 22 marca 2019

Ja nie jestem wiedźmą, ja tylko jestem czarownicą

Wiedziałam, że tak będzie. Wiedziałam. Ale cóż, nie pierwszy raz i pewnie nie ostatni.
Obudziłam się rano w humorze takim, wiecie, nie za bardzo do zycia. A wszystko przez ten sen.
Śnił mi się mój dom. Wchodzę, a tam na podłodze duże reklamówki a w nich puszki z farbami. Zaglądam, sprawdzam czy się nie pomylili, ale nie, wszystko jest tak jak zostało ustalone. Robię obchód domu (kurde, jak na jawie normalnie), patrzę, to nie zrobione, to nie zrobione, ale kilka pokoi już pomalowanych. Hmmm... Ten lekko różowy w salonie to jakiś taki mocniejszy niż mi się wydawało, ten żółtawy co miał być to aż po oczach bije. Niebieski - no jak niebieski, ładny, ale też jakiś za mocny. Ja nie wybierałam oczojebnych kolorów przecież! Jak mi jeszcze korytarz z klatką schodową pomalują mocnym różem, to chyba mnie szlag trafi na miejscu. Co to za farby cholerne, wcale nie taki ejak na próbniku?!
Obudziłam się lekko wstrząśnięta, ale mówię, to tylko sen przecież. Przecież wiem co wybierałam, a fachowcy wiedzą co robią.
Wieczór. Odbieram telefon, dzwoni Chłop, że właśnie wraca do domu i że był w chałupie, odebrał listy i popatrzył ogólnie na postęp robót. Który JEST. I że nawet zaczęli malować, gabinet pomalowany na niebiesko, tylko jest jaśniejszy niż był. No właśnie taki miał być, mówię, jaśniejszy. No i pokój "żółty" pomalowali. Na żółto.
- Eeeeeee???? - pytam - na żółto??
- No na żółto.
- Ale miała być delikatna zieleń.
- No ale jest żółty. Nie do końca jestem pewien, ciemno było. Ale moje oczy widziały żółty.
- Kurde, żółty to miał być pokój gościnny, a ten miał być zielony.
Sprawdzam papiery, czy aby pokojów nie pomyliłam przy zamawianiu, ale nie. Wszystko dobrze. Gościnny ma byc żółty a żółty zielony. Fak.
Pojechaliśmy na badminton, po badmintonie do chałupy bo nie mogłam wytrzymać i musiałam sprawdzić na własne oczy. Świecimy latarkami, bo prądu wciąż nie ma. Kurde, żółty. Na szczęście w każdym pokoju panowie poukładali sobie odpowiednie puszki z farbami, więc dowód mam, że ta puszka nazywa się Heavenly Glow a nie Moonshine, jak miało być. Panowie pomylili pokoje!
Na całe szczęście wszystkie inne pokoje mają dobre kolory, ale zielonego nie było wcale.
No dobra, pochwaliłam Chłopa za obserwację koloru (ostatnio nie zauważył, że zamontowali zielone wodoodporne płyty w łazienkach, bo wydawały mu się szare, też jeździłam jak szaleniec sprawdzać) i zaczęłam intensywnie myśleć. No od biedy może być, bo ładnie wygląda. Ale ja chciałam zmiany, a nie żółty zamienić na inny żółty. No ale trudno, może damy radę się przyzwyczaić, że pokój gościnny będzie zielony. Mówię do Chłopa:
- No dobra, nie będziemy panikować, najwyżej zasłony zawieszę "na odwrót" czyli te z żółtego do zielonego i odwrotnie.
Ale przyszedł dzień, a ja nie przestałam myśleć o tych kolorach. No nijak, ale to nijak moja wyobraźnia nie może się przyzwyczaić do niezaplanowanych zmian kolorystycznych. Owszem, szafa w kocim pokoju pasuje do obu kolorów, ale szafa w pokoju gościnnym za cholerę nie będzie pasować do zielonego. Taki kolor drewna, że do zielonego nie pasuje i już!
Podjęłam decyzję. Zadzwoniłam z samego rana do kierownika projektu. Nie, nie krytykowałam, nie żądałam zmian, nie kazałam przemalowywać. Tylko powiedziałam, że panowie pomali ten i ten pokój złym kolorem. Kierownik projektu posprawdzał w papierach, potwierdził co miało być a co nie jest i powiedział że zajmie się tym. No mam nadzieję.
Nie wiem co widzicie na ekranach, bo każdy jest innym, ale różnicę chyba widać gołym okiem, co nie?

 

Tak że, tego... czarownicą jestę. Przepowiadaczką katastrof i innych wzniosłych wydarzeń. I jak tu żyć, moi mili, jak tu żyć... 



wtorek, 19 marca 2019

Strachy na lachy

Marazm i ociężałość. Przygnębienie i niemożność robienia tego co by się chciało. Ciągłe poddenerwowanie, chwilami na granicy zapaści. Oto co mi jest. Nie sądzę żeby to była depresja. To po prostu tęsknota za domem, za ogrodem, za swobodą. W wynajętym domu, z którego nie możemy wypuszczać kotów, w którym w dodatku straszy!
Obudziłam się pewnej nocy słysząc jakieś stukanie, przez sen miałam wrażenie że to deszcz bije o szybę, nie deszcz, co ja mówię, grad jakiś! Otwieram oczy, wstaję, podchodże do okna, a tam nic. Sucho, noc dość ładna i bezchmurna. A grad dalej zapierdziela. Próbując zlokalizować hałas, odkryłam że dochodzi z góry, z rogu, po tej stronie gdzie śpi Chłop. Gdzieś na strychu coś robiło niezłe zamieszanie. Chłop się obudził, nasłuchuje. "Szczur" mówi. Jaki szczur, mówię, toż to zdaje się większe od kota. To może lis, wiadomo, lisy po mieście ganiają, nawet jednego widziałam zabitego kilkadziesiąt metrów za domem. No ale gdzie lis na strychu. Idź, mówię, sprawdź czy właz na strych dobrze zamknięty - oczyma wyobraźni już widziałam otwartą klapę, a z niej wypełzające wielkie węże i inne potwory. Klapa zamknięta, klucza nie mamy, a zresztą i tak byśmy nie poszli sprawdzić. Jeszcze by nam te węże i dzikie bestie na głowy pospadały. I koty by nam zeżarły, te bestie, jak nic!
Trochę uspokojeni namierzeniem źródła hałasu, to znaczy uspokojeni że to nie trzęsienie ziemi ani bombardowanie, pogadaliśmy sobie jeszcze chwilę i udało się pozasypiać.
Nie powiem, ciężko było, jako że właśnie jestem w trakcie lektury zbioru opowiadań "Pierwsze słowo" Marty Kisiel i właśnie było o Strasznych Rzeczach Nie Z Tej Ziemi, dlatego wyobraźnia podsuwała coraz to bardziej makabryczne obrazy. Tym bardziej, że czytałam, zby zasnąć. Dla mnie, jak widać horror.
No dobra. Rano uznaliśmy, że to nie mógł być szczur, bo za ciężkie to było, szczura słyszeliśmy innej nocy jak sobie tuptał po strychu to mniej więcej wiemy jaka jest skala. A może to nie był nawet szczur tylko myszka. Albo cholera wie co. W każdym razie, tej nocy to nie było na pewno to samo stworzenie. Ptak - mówię. To na pewno był ptak. Pewnie wleciał i nie mógł się wydostać. Chłop uznał, że pewnie tak, pewnie sowa. Albo chociaż puszczyk, bo podobno one tak w nocy robią, włażą na strychy i tupczą. Tuptają. No szamoczą się.

Nie ma się co dziwić, że mieszkam w domu, w którym straszy. Przecież dzielę łoże z męską czarownicą...


piątek, 8 marca 2019

Marvel czyli wieści z kina

Wczoraj miałam ciężki dzień. Wieczorem mecz badmintona, drugi pod rząd, więc byłam podwójnie po nim zmęczona. A po meczu prysznic, chwila oddechu i... do kina na północną premierę nowego filmu grupy Marvel, czyli Captain Marvel. Obleczona w odzienie wierzchnie przygotowane do szybkiego zrzucenia, bez bielizny (żeby było szybciej się rozebrać po powrocie), poczyniłam obowiązkową sesję zdjęciową z premiery. Oglądaliśmy na Imaxie, który był całą zimę w remoncie, otworzyli go dopiero na premierę tego filmu. Nie wiem co oni tam remontowali, bo nie wygląda inaczej niż zwykle wyglądał, może kolor siedzeń zmienili? Nie za bardzo pamiętam, jakie były wcześniej, ale na pewno też skórzane. Szkoda że nie zrobili rozkładanych jak w kinie Vue, to dopiero byłby komfort, no i drzemka wygodniejsza :-)


Na wejściu dostaliśmy pamiątkowe monety na okoliczność. 




Szkoda, że nie magnesy bo przyczepiłabym na lodówkę. Nie wiem, może sprzedam na Ebayu na czterdzieści lat, jak Marvel będzie historią. 
Tak więc weszliśmy na salę, miałam nadzieję na spokojne oglądanie o północy, ale gdzie tam, oni ciągle sprzedawali te popcorny i coca cole, dobrze że chociaż z powodu późnej pory nie serwowali normalnego śmierdzącego żarcia typu hot dogi czy inne nachos. Otaczały nas prawie same niepomarszczone twarze, średnia wieku może dwadzieścia lat, jeśli dołożyć nasz dinozaurzy wiek. Chłopak koło nas przyniósł ogromną torbę popcornu, nie wiem, może to była mała porcja, nie znam się na tych kinowych wielkościach. W każdym razie, wyglądał tak jakby prowadził życie wyłącznie nocne i nic innego nie jadł poza popcornem. Zaczęło się. Przysypiałam trochę na reklamach i zapowiedziach, za to później nie zmrużyłam oka ani na sekundę, co jest wielkim wyczynem, bo nawet na Star Wars zdarzyło mi się przyciąć komara przez maleńką chwilkę, a Rogue One przespałam w połowie, chociaż na to mam usprawiedliwienie bo zaczynała mi się grypa. Tak w ogóle to ja naprawdę nie wiem po co oni ludzi do kina na dwunastą spraszają, a potem puszczają te durne reklamy i zapowiedzi filmów przez pół godziny, jakby sobie człowiek nie mógł na youtubie w domu obejrzeć. Powiedzieliby: dobra, jak ktoś chce to niech przyjdzie o dwunastej, ale film tak naprawdę zacznie się o 0:35, to trochę bym się w chałupie zdrzemnęła. A tak, zmuszona byłam zrobić to w niewygodnej pozycji półsiedzącej. O północy to dla mnie o północy, mogliby sobie te trailery chociaż na premierze darować. 
No ale do rzeczy. Co to ja chciałam...
Aha. Nie zmrużyłam więc oka w czasie filmu a obraz w formacie IMAX 3D był naprawdę imponujący. Więcej spojlerów nie będzie, bo film dopiero wszedł do kin. Kto lubi takie klimaty ten z pewnością będzie zadowolony, mnie się film bardzo podobał, szczególnie że, jak to się mówi, uzupełnia niektóre luki w świecie Marvel. Oczywiście że każdy może się do wszystkiego przyczepić, ale rozrywka była przednia, nie wiem tylko dlaczego młodzież rechotała w momentach, które dla takiej dinozaurzycy jak ja wywołać mogą tylko nostalgię. Na przykład odczytywanie czarnej skrzynki samolotu przy pomocy Windowsa 3.11. Czy telefon z pokrętłem :-)
Jak jeszcze Was mogę zachęcić? W filmie jest KOT!


No to tyle sprawozdania, premiera "Avengers Endgame" już za miesiąc i pójdę nawet jak będę musiała zrobić "double bill", czyli dwa filmy pod rząd, choćby mi serce miało po raz kolejny pęknąć. Bo powiem Wam w tajemnicy, że wciąż nie mogę się pogodzić z odejściem Baby Groota w "Infinity War"...

Serdecznie pozdrawiam!