piątek, 18 sierpnia 2017

Humor na weekend

Jak ja się ciesze że już nareszcie prawie łykend. 
Podtrzymując tradycję, dzisiaj coś na uśmiech. A przynajmniej ja się pośmiałam, wyszukując to wszystko dla Was.











I kilka obleśnych dowcipów, żeby tradycji stało się zadość.


*****
Na leżakowaniu w przedszkolu lezą dzieci w łóżeczkach. W pewnej chwili chłopczyk pyta cicho dziewczynkę:
- Jesteś chłopcem czy dziewczynką?
- Nie wiem.
- To sprawdź...
- Ale nie wiem jak, to mi pomóż.
- No to musisz podnieść kołderkę.
Dziewczynka podnosi kołderkę, a chłopczyk:
- Jesteś dziewczynką, bo masz różową piżamkę.


*****
- Mamo! Mamo!!!
- Czemu tak krzyczysz, Krzysiu?
- Ja już wiem, dlaczego dziewczynki nie mają siusiaków!
- No dlaczego, mądralo? - pyta rozbawiona mama.
- Bo im odpadają.
- Odpadają??
- Tak! Właśnie znalazłem twojego pod łóżkiem!


*****
Jasio, pisząc wypracowanie, pyta tatę:
- Tato, jak się powinno pisać: Królowa Lodu czy Królowa Loda?
- A to zależy synu, czy chcesz żeby bohaterka była postacią negatywną czy pozytywną...




Miłego weekendu!


środa, 16 sierpnia 2017

Berlin czyli jak długi mógłby być ten tytuł gdyby mnie poniosło

Wakacje dawno się skończyły, a ja nic właściwie Wam nie pokazałam. Jako że "ładne" zdjęcia nadal siedzą nie w tym miejscu co trzeba, zdecydowałam że zacznę nieco od doopy strony, czyli od przedostatniej wycieczki, tylko i wyłącznie dlatego, że WSZYSTKIE fotografie zostały zrobione telefonem komórkowym.  A to tylko i wyłącznie dlatego, że niestety akurat wtedy właśnie, jedyny raz w czasie całych wakacji, cały dzień padał deszcz i nie chciałam moczyć aparatu.
Zacumowaliśmy w Warnemunde koło Rostocka, stamtąd do Berlina jest trzy godziny jazdy. W Berlinie spędziliśmy siedem godzin. To był bardzo długi i wyczerpujący dzień, bo wycieczka odbywała się w charakterze błyskawicznym, pobiliśmy chyba nawet Japońców. No ale przewodniczka chciała nam jak najwięcej pokazać, a że niestety padało, to wszystko trwało dłużej niż zwykle. Postaram się Wam więc pokazać co widziałam, z krótkim komentarzem. Kto spodziewa się opisów historycznych ten się zawiedzie, bo nie mam takiego zamiaru, można sobie wszystko wyszukać w internecie. To jest Berlin taki jakim ja go wtedy widziałam. A na końcu będzie puenta.

Charlottenburg. Nie wchodziliśmy do pałacu, prawdopodobnie w słoneczny dzień wygląda on imponująco, dla nas był taki sobie. Przewodniczka opowiadała nam o historii Berlina, o różnych księciach i księżniczkach. Nie miałam pojęcia, że to takie młode miasto.



A tak to wyglądało z okna autobusu. 


Co mijaliśmy, nie pamiętam. Komórka mi podpowiada, że to poniżej to Schoneberg.  


Tiergarten i ambasada chyba Arabii Saudyjskiej.


A to Muzeum Historyczne Niemiec, w miejscu jakby właśnie do tego przeznaczonym.


Bo Muzeum to jest zaraz koło miejsca, które stanowi wielką i niezaprzeczalnie tragiczną część historii miasta. Pozostałości Muru Berlińskiego. 



A pod resztkami muru bardzo fajne miejsce upamiętniające. 
Jedyne miejsce upamiętniające historię III Rzeszy, jakie spotkałam.  


Bardzo dużo ciekawych informacji, między innymi na ścianie taka modlitwa do Furhera. Może ktoś przetłumaczy?




A potem pani przewodniczka pokazała nam, jak wyglądała granica między wschodem a zachodem, Tak wygląda strona wschodnia. 


Prawa noga na wschodzie, lewa na zachodzie. 


A jak na wschodzie, to oczywiście muzeum Trabanta.



A nawet właśnie jakiś zjazd Trabantów był, się okazało. 


Takie kolorowe rury biegną w niektórych miejscach przez Berlin. Pani przewodniczka żartowała, że płynie w nich piwo. W rzeczywistości są to rury melioracyjne, osuszające miasto, ponieważ wody gruntowe są tu bardzo blisko powierzchni. 



A to tak zwany Checkpoint Charlie, czyli słynne przejście graniczne między wschodem a zachodem. Słynne, bo grało w wielu filmach, między innymi Bridge of spies z Tomem Hanksem (Most Szpiegów) czy bardzo świeżo - Atomic Blonde z Charlize Theron. No i wciąż niektórzy pamiętają, jak z niego musieli korzystać. 


Można sobie popozować do zdjęcia z aktorami udającymi Niemców i przybić nawet pieczątkę do paszportu. Nie wiem czy do prawdziwego, nie sprawdzałam :-)


Minęliśmy Muzeum DDR. 


Bardzo ładne charakterystyczne budynki. Jak wiadomo, Berlin został niemal doszczętnie zniszczony pod koniec wojny, wielu budynków nie odbudowano w pierwotnej postaci, niektóre pozostawiono uszczerbione dla potomności. W ogóle, odniosłam wrażenie jakby miasto wciąż było miejscem wielkiej budowy, 


Na luncz poszliśmy sobie do takiej oto fajnej restauracji. 


Gdzie obsługiwali tacy fajni kelnerzy. 


I obrazek z drugiego końca stołu. My też mieliśmy braci bliźniaków, kogoś mi jakby przypominali ;-)


A oto obiadek. Podobno typowy, niemiecki. Nnno ja myślę! Pierwszy raz w życiu jadłam golonkę.


Jeszcze trochę architektury na Friedrichstrasse.


A tu już Katedra Niemiecka na Gendarmenmarkt. Od doopy strony.  


A obok taki fajny sklepik. 


Gendarmenmarkt i gmach opery.


A to Katedra Francuska. Taka sama jak Niemiecka tylko z innej strony placu. 


A niedaleko (podobno) najsłynniejszy na świecie sklep z czekoladą. Rausch. 


Napisane było żeby nie dotykać, to nie dotykaliśmy.


To są czekoladowe rzeźby. Bardzo duże czekoladowe rzeźby. Taką iglicę widziałam później przez szybę w Berlinie zachodnim.



A w tym hotelu był najlepszy kibelek jaki widziałam, ale mi komórka padła akurat wtedy właśnie, dobrze że się zreanimowała po dwudziestu minutach, bo chyba bym płakała.


A tu - słynny pocałunek braterski na pozostałościach muru na Muhlenstrasse. 


W ogóle, bardzo fajny pokaz sztuki muralnej na tej ścianie. 


A poniżej Altes Museum, czyli Stare Muzeum na placu Lustgarten. 


I Katedra Berlińska. 


I fontanna.


A potem pojechaliśmy zobaczyć miejsce, które Amerykanie nazywają Holocaust Memorial (Pomnik Holocaustu), ale oficjalna nazwa to Memorial to the Murdered Jews of Europe (czyli Pomnik Pomordowanych Żydów Europy), niezwykłe miejsce. Na blisko dwóch hektarach poustawiano takie oto, różnej wielkości bloki. 


Niezwykły labirynt, w którym nie da się pobłądzić. 


Chłop. Dla niego miejsce to nie miało większego znaczenia, ale dla mnie było niesamowite. Przytłaczające. 


A potem zostały nam do zaliczenia jeszcze tylko dwa miejsca. Słynna Brama Brandenburska. 


Selfie. Co nastąpiło potem, nie nadaje się do upubliczniania :-)


A to słynny hotel Adlon. Z czego słynny? Ano, w oknie tego hotelu stał oniegdyś świętej pamięci Michael Jackson i telepał swym najmłodszym dziecięcem w kocyku. Wskutek czego dziecię otrzymało przydomek Blanket. Czyli Kocyk.


Brama Brandenburska od tyłu.


A tu kawałek Reichstagu. 


I Reichstag, czyli Bundestag, jak kto woli. Z okna autobusu. Pani wytłumaczyła, że aby można było zwiedzić budynek, należy zarejestrować się na cztery dni przedtem. Po przybyciu w danym dniu należy zarejestrować się przy bramie, odstać swoje w kolejce, potem stać w następnej kolejce do budynku, gdzie należy potwierdzić rejestrację, a potem stać w następnej kolejce w celu kontroli osobistej i potwierdzenia rejestracji. Ja i tak uważam, że warto, bo budynek ogromny i na pewno wart odwiedzenia. 


I taka to była moja wycieczka. W tym miejscu przypomnę, że wakacje moje to była podróż statkiem, trochę tylko mniejszym od Titanica. Każdego niemal dnia byliśmy w innym porcie i z każdego miejsca próbowaliśmy zaczerpnąć najwięcej ile się dało. Taka metoda oczywiście gwarantuje zwiedzenie zaledwie po łebkach, ale daje możliwość zaczerpnięcia klimatu i późniejszej decyzji, czy warto byłoby zwiedzić dane miejsce dokładniej, czy wystarczy nam to co zobaczyliśmy. 
Uważam, że Berlin jest wart dokładniejszego zwiedzenia. Jest to wielkie, piękne, dość zaniedbane miasto, które wciąż nabiera świetności. Jego historia jest niezbyt długa, ale ściśle powiązana z tragicznymi wydarzeniami przeszłości. 
Powiem szczerze, że pomimo tego, co napisałam powyżej, moje uczucia w trakcie zwiedzania były bardzo ambiwalentne. Zdumiało mnie coś co określiłabym mianem "dziury historycznej". Pokazano nam pobieżnie Berlin "przedwojenny", a potem natychmiast przeskoczono do sławetnego muru i podziału miasta przez aliantów. I jaka to straszna tragedia była. I jak oni do dzisiaj nie moga się z niej otrząsnąć. Nie, to nie Niemcy wywołali Drugą Wojnę Światową. To nie Niemcy grabili i mordowali. To ci wstrętni Naziści. Rozumiem doskonale taką postawę, wojna skończyła się już bardzo dawno, nie ma się czym chwalić przecież. Ale dla mnie to jak umywanie się od odpowiedzialności. Szczególnie przykre, że jako Polka mam świadomość, co Niemcy zrobili z moim krajem i co by mogło być gdyby tego nie zrobili. Dlatego tytuł tego posta powinien brzmieć:
"Jak Brytyjska turystka polskiego pochodzenia zwiedzała Berlin i dlatego wciąż nie może się pogodzić z tym, że najeźdźcy, którzy przegrali wojnę mają lepiej niż Ci, którzy tę wojnę wygrali, bo historia niestety jednym daje a drugim zabiera tylko dlaczego tak niesprawiedliwie".
Ament.