poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Z wizytą u teściowej

Od końca maja moja teściowa jest w, jak my tu mówimy, home. A właściwie Nursing Home, po polsku dom opieki. To jest już druga placówka tego typu, z poprzedniej ją, powiedzmy szczerze, wyrzulili (uznali że placówka jest dla niej nieodpowiednia), po tym jak podnosiła unieruchomionych staruszków z ich foteli żeby sobie szli, bo to nie jest ich dom, tylko jej. W sumie, bardzo dobrze, bo poprzedni dom, poza tym, że ona jedyna z rezydentów była osobą chodzącą, pozostawiał wiele do życzenia. Mnie się nie podobał, Chłopu też nie, mały, ciemny, przytłaczający i po prostu niebyt przyjemnie pachniał, chyba stęchlizną. W lipcu przenieśli ją do aktualnego domu, który jest bardziej przystosowany do pacjentów z demencją i innymi chorobami mózgu. W ubiegły weekend byliśmy ją odwiedzić. "Odwiedzić" to raczej słowo na wyrost, chyba bardziej adekwatne byłoby "zobaczyć".
Zaparkowaliśmy pod dużym starym domem z wielkimi oknami i zadbanym ogrodem. Wpuszczono nas po zadzwonieniu domofonem, z małego holu weszliśmy do obszernego salonu, który był jednym z dwóch pomieszczeń komunalnych. Stół jadalny, krzesła, fotele, sofy, duży telewizor, urządzone w stylu pierwszych klas podstawówki. Gry planszowe na półkach, układanki, kredki. W fotelach i sofach pół-drzemiący rezydenci. Jeden z nich (jedyny, z którym da się przeprowadzić składną rozmowę) wita się serdecznie z teściem, widać że wszyscy się tam znają. Teść anonsuje "syn i synowa". Teściowa siedzi z założonymi rękami i patrzy na nas bez żadnej ciekawości. Mówię po cichu do Chłopa, że może by przytulił mamę, przywitał się. Robi to, ale nie widać żadnego zainteresowania, ona nie wiem kim jesteśmy. Opiekunka proponuje, żebyśmy przeszli do conservatory (nie wiem jak to jest po polsku, oranżeria? przeszklona weranda?), tam jest więcej miejsca. Teść próbuje ostrożnie:
"Chodź, pójdziemy na werandę". Ona:
"Nie idę".
On nie ustępuje. Bierze ją delikatnie za rekę i powtarza:
"Chodź, teraz idziemy na werandę".
Ona patrzy, czy nikt nie protestuje, wstaje i idzie z nami. Po drodze mijamy kuchnię, gdzie widać przygotowania do lunchu, jakieś pomieszczenia gospodarcze. Zaczynają się pokoje rezydentów.
"Pokażesz im swój pokój, Kwiatuszku?" - pyta teść, gdy mijamy jej pokój. Ona bez słowa wchodzi z nami. Pokój jest dość mały, ale wystarczający. Niewielka szafa, szafka nocna, umywalka z lustrem (niestety nie ma osobnej łazienki), łóżko z kolorową pościelą. Dość surowo w porównaniu do innych pokoi, żadnych zdjęć, żadnych obrazków, żadnych dupereli. No ale dom teściów też jest raczej oszczędny w dekoracje i nie ma w nim żadnych zbędnych rzeczy, więc odzwierciedla to tylko osobowość mieszkańca, a raczej opiekuna. U teścia wszystko jest poukładane, pozamykane, żadnych naczyń w zlewie, żadnej pasty do zębów na widoku, żadnych walających się kluczy. Dekoracyjna szafka jest do dekoracji, a nie żeby w szufladkę coś włożyć, wszystko odkłada od razu na miejsce,  och, jak mnie to denerwuje. Pisałam już o tym, jak przy okazji wizyt w naszym domu stara się wprowadzić swoje porządki. Dla mnie dom to jest dom a nie cztery ściany. No ale.
Tak więc pokój teściowej, pusty i surowy. Pojedyncze łóżko z kolorową pościelą. Na poduszce, przykryte kołdrą, dwie lalki. Popatrzyliśmy na siebie z Chłopem porozumiewawczo, o tym już słyszeliśmy, ale dopiero jak się zobaczy to się widzi. Teść mówi:
"O, i lalki są w łóżku".
Teściowa:
"To są dzieci".
"Jakie ładne dzieci" - mówię. "Dziewczynka i chłopczyk?" Większa lalka jest łysa w niebieskim ubranku, mniejsza w czapeczce, w różowych śpioszkach ze słonikiem.
"Tak, dziewczynka i chłopczyk" - odpowiada teściowa. Dotyka chłopczyka w łysą główkę. "On jest popsuty" (broken po polsku popsuty, ale też złamany), "nie czuje się dobrze, musi iść do lekarza".
"A jak te dzieci mają na imię?" - pyta Chłop.
"Nie wiem, one dopiero tu przyszły, muszę się nimi opiekować" - mówi mama Chłopa.
Dotykamm łysą lalkę w czoło.
"Nie ma gorączki" - mówię. "Ale lepiej je mocniej przykryjmy, żeby im było cieplej". Przykrywamy więc lalki razem i wychodzimy z pokoju.
Po drodze widzę otwarte drzwi do pokojów innych rezydentów. Widzę zdjęcia, jakieś puzdereczka, szkatułki, kocyki, maskotki. To z czym każdy się identyfikuje, z czym czuje się najlepiej. Mijamy pochyloną kobietę w rozpuszczonych siwych włosach, w szlafroku.
"O, Inga" - mówi radośnie teść. Kobieta odpowiada coś w języku, którego nie rozumie nikt. "Inga to moja dziewczyna" - śmieje się teść. "Mam jeszcze jedną, ale jakoś jej dzisiaj nie widzę". Inga to Ingrid, jest Niemką. Od kiedy choroba zaczęła postępować, mózg przestał sobie radzić z dwujęzycznością i Inga mówi mieszanym niemiecko-angielskim językiem, a trudności z wymową w ogóle powodują, że jej mowa jest bardzo słabo rozumianym bełkotem. Teść tłumaczy, że Inga "nosi" przy sobie listę zakupów (pokazuje coś co trzyma w pustej ręce) i przychodzi do niego z tą listą wysyłając go do sklepu.
Weranda jest imponująca. Wielka, jasna, oszklona, prowadząca do ogrodu. Telewizor, jakieś sprzęty grające, pojedyncze skóropodobne rozkładane fotele, stół z krzesłami. Na parapecie zabawki i pluszowe misie. Teściowa przygarnia trzy misie i siada z nimi w fotelu. Mąż ogląda jej ręce, na których zauważa ślady brudu. Zabiera ją do łazienki, po drodze pokazując nam na migi, że to wcale nie jest brud...
Wracają po chwili, teściowa ponownie zapada w fotelu tuląc trzy miśki, Ingrid przychodzi w samej koszuli nocnej z listą zakupów. Pojawia się pracownik proponując nam coś do picia. Odmawiamy grzecznie. Zbliża się pora obiadu, nie chcemy przeszkadzać, zresztą niedługo idziemy. Rozmawiamy trochę, teść stara się nam przekazać informacje na temat opieki i działania systemu, teściowa siedzi i patrzy nie wiadomo gdzie. Słychać już stukanie talerzy. Teść doradza nam, żebyśmy wyszli pierwsi, a on wyśliźnie się po nas, czasami musi stosować fortel bo żona po prostu idzie za nim. Ona chodzi tak za każdym innym gościem, ale on w dalszym ciągu nie może się przyzwyczaić, że ukochana kobieta już go niestety nie rozpoznaje. Tym razem fortel nie był konieczny. Po prostu została w fotelu.



piątek, 10 sierpnia 2018

Wpadłam

No i tyle jej było.
Książkę se kupiłam - mówi.
I tak siedzi od dwóch tygodni i przewraca te kartki i przewraca, a książki jak nie ubyło tak i nie ubywa. Czary jakieś czy co....


To tak tylko, abyście o mnie całkiem już nie zapomnieli.
Na razie wciąż siedzę w osiemnastym wieku, ale wrócę do Was, powiadam Wam, wrócę...


wtorek, 31 lipca 2018

O komentarzach

Tak sobie na różnych blogach dyskutujemy, przekomarzamy, wymieniamy poglądy, czasami kłócimy, czasami zawita do nas jakiś troll, więc się go odpowiednio traktuje. Ja bardzo szanuję Wasze komentarze i nie oczekuję, że zawsze się każdy ze mną będzie zgadzał. Nie ma tu żadnego regulaminu, poza tym po prawej stronie, który traktuje o prawach autorskich i anonimach. Nie usuwam Waszych komentarzy, nawet jak mi się nie podobają. Każdy może mieć swoje zdanie i je wygłaszać, dopóki ktoś kogoś wyraźnie nie obraża i dyskredytuje.

Zdarzyło się, że dostałam bana na czyimś fejzbuku za to, że śmiałam wyrazić poglądy niezgodne z wolą autora, chociaż moje wpisy nie były ani obraźliwe, ani wulgarne, ot po prostu nie zgadzałam się z tym co autor pisze, choć pisze fajnie. Bo nie podoba mi się zakamuflowane wylewanie pomyj i udawanie że to wyprysk perfum. 

Zdarzyło się także, że sama się wypisałam z czyjeś strony po tym, jak ktoś usiłował mi wmówić że czarne jest białe. Ja jestem osobą, która potrafi zmienić poglądy pod wpływem dowodów naukowych, ale jak ktoś mi wmawia, że to co mówię jest nieprawdą, obalając mą tezę istnieniem wierzeń ludowych lub wiedzą Goździkowej, to ja z takimi poglądami kłócić się nie będę. Po prostu wychodzę z takiego układu. 

Zdarzyło się także, że mój komentarz zniknął z cudzego bloga. Chyba też się autorowi z jakiegoś powodu nie spodobał, choć nie wiem zupełnie dlaczego, szczególnie, że blog nie bardzo poczytny i komentarzy jak na lekarstwo. Ja bym się cieszyła. Ale jak ktoś nie chce to nie muszę. Czytać też nie muszę, jak mnie się lekceważy. Proste. 

Sama staram się odpowiadać na komentarze, ale czasami po prostu zauważam, że dyskusja prowadzi donikąd, a przybiera formę wirtualnej sprzeczki. Są takie osoby, po prostu uwielbiają mieć ostatnie słowo. Wtedy mówię stop. Niech sobie mają, życie mnie nauczyło, że nie ma sensu się z koniem kopać. 

Jakoś tak się dzieje, że Blogger bardzo ładnie mi filtruje wszystkie komentarze, anonimowe wrzucając do folderu ze spamem. Normalnie do tego nie zaglądam, ale raz na jakiś czas owszem, usuwam cały spam, a tyle tego tam jest, że głowa mała. Po polsku i po angielsku. Te po angielsku to jeszcze nawet mają jakiś sens, ale polska wersja to marne tłumaczenie komputerowe, bez ładu i składu, a przez to tak głupie że aż śmieszne. Zobaczcie sami, kilka wybranych komentarzy oczekujących na moderację, czy też może ogłoszęń z dziedzin wszelakich - pisownia i interpunkcja oryginalna. 

Kulinarne:

tworzę bigos z papryką w makutry cierpi pand 4 miechy uprzednio ściskał podda 10 pąków oraz pełne zmalały nie jakie prędko zwiędły oraz naszły i nie które więcej nie zniszczony natomiast przejęły Co egzystuje ostatniego motorem że pąki pochodzą nieznaną bolączka czyżby co niesłychanie namawiam o ulgę

Ogrodniczo-ekologiczne:

Zebrane niedojrzałe, niekwitnące rośliny (niejednokrotny pokrzywy) wykonujemy rzadko w bece zimnej, plastikowej akceptuj wiadrze i dopełniamy wodą (swojsko deszczówką My blog post; środki chwastobójcze w uprawach warzywniczych

Istniejemy formacją włożoną w łagodnej spacje z Przeżycia zaś posiadamy się zwykle armaturą bagien nieszkodliwych, swoje oczyszczalnie przydomowe opuszczają swobodnie od rozwozicieli oraz od ich fabrykantów Also visit my weblog; szambo ekologiczne 

Należałoby przyłożyć, że współczesny plan zaaplikowany na furze mówi zrzynków onieśmielonych Dalej brakuje szyku działającego braków uzbieranych selektywnie W tym odmiennym splotu nieuleczalnie przejmujące sa zrzynki chude zatem turmy Also visit my blog post :: Odbiór odpadów kraków

Warto podać, iż ostatni grafik zwrócony na pryzmie koresponduje ścieków zmieszanych Jeszcze braknie kalendarza działającego braków uzbieranych selektywnie W owym identycznym incydentu diabelnie groźne sa skrawki nieurodzajne zatem paki My web page; Wywóz odpadów kraków on

Budowlane:

Reaguję, jeśli ktokolwiek istnieje w szlaku przenikania bezpośredniego zatkania dookoła bloku jednakowoż miejsca natomiast podobnie tęskni godziwych dodatków ogrodzeniowych takich jako np przepierzenia zastępcze, oprzyrządowania siatkowe, obeliski zaś furtki kochaj okratowania wykuwane, wtedy zapraszam do mojego zakładu online gdzie ofiaruje się ostatnie wszystkie akcesoria odebrać, w satysfakcjach realnie my webpage; Panele ogrodzeniowe

Mechaniczne:

Planowałem zaczerpnać ekspertyzie od zacnego zgromadzenia urzytkowników na motyw Rekuperacji i GWC. Lub koryfeusz z zacnych najemców zamorski twor przedstawia w rodowitym siedlisku? Interesują tłamsi szczere pomyślności również plony spośród eksploatowania takiego porządku. Gdy spoziera istota płaczu wywoływanego poprzez rekuperację? Ochoczo wejde spośród koryfeuszem w wyłącznik w zamysłu tłumaczenia my web blog :: wentylacja mechaniczna on

Przyjmuję Jakie są przetworniki w podszybiu jako się donich pobrać dodatkowo jako się dosięgnąć do megafonów na ubocznej półce Autobus rzeczone chrysler stratus sedan spośród 98r Z górki zwalnia wewnątrz posługa głośników na tylnej półce ,potrzebujesz dobyć taż półkę ,jednak początkowo oparcie wersalki ,bodajże nadwyrężyć wypada ją do facjaty Feel free to surf to my blog :: wzmacniacze samochodowe

Przygtowuję się do zropbienia formy "członu" lotniska wojskowego z latek sześciedzisiątych. Oczywiście dodatkowo maci sondaż spośród uprawianiem obramowania. Siła formy 1/72. Uderzam spośród czego wyrządzić maszty asfaltowe (jakie w nierzeczywistej częśći istniały przeskoczone) pokojówki do stawiania drutu kolczastego. Nigdzie nie moge dotrwać drągów plastykowych 2,5x2,5mm jakie ułatwiłyby odbycie wycinków. Sznur kolczasty puści dokonany z spójni montowanych stylonowych. Po zabarwieniu winnym stanowić w intensywność szlachetne. Atoli czyżby zatem optymistyczny pomysł?. Rzadko nie pracowałeś takich atrap My blog: akcesoria ogrodzeniowe

W innym tłumaczeniu, chyba tego samego zjawiska :-)))

Przygtowuję się do zropbienia makiety "wyimka" lotniska bojowego spośród lat sześciedzisiątych. Właściwie dodatkowo okłamuj kazus spośród posunięciem odgrodzenia. Klasa atrapy 1/72. Zastanawiam spośród czego sporządzić maszty asfaltowe (jakie w wierzchniej częśći egzystowały odstąpione) ordynansy do dawania sznura kolczatego. Donikąd nie moge wystać szczebli plastikowych 2,5x2,5mm jakie ułatwiłyby skonstruowanie prefabrykatów. Przewód kolczaty pozostawienie ziszczony spośród przędzy wiązanych stylonowych. Po pomalowaniu winnym funkcjonowań w moc stosowne. Spójniki lub owo poczciwy sens?. Wcale nie spełniał takich makiet Here is my blog post ... ogrodzenia

Elektryczne:

Regulaminowy dobór różnicy zasilacza obchodzi od rzeczonego, co proponujemy zanim uzupełnić A te, jeśli postulują Małżonkowie nabywać wybielenie LED proponuję pamiętać: Zasilacze do oświetlenia LED czynią na potoku stabilnym DC, na rozciągnięciu 12V (zaledwie 24V neony każą wyraźniejszego wyciągnięcia my page: Taśmy LED 300 wodoodporne 5050 Zimny biały

Meblowo-odzieżowe:


Goście lub cierpi ktokolwiek doświadczenia subiektywne miłuj zweryfikowane uwagi towarzyszek, życzliwych, itp. na temat podwójnych materacy krajoznawczych takich jednostek niby Bestway, Intex respektuj osobliwych Z dłuższego toku gonię gwoli siebie materaca przecież biegunowo nie umiem się ustalić. Im sążniście się uderzam tym średnio spośród moją uchwałą Check out my webpage łoże małżeńskie swarzędz

Hurtownia szacie przyjmowanej - wybieranej Józefosław Piaseczno Osiedlowa 60 Zaopatrzenie i przyozdobienia wykorzystywane gwoli lumpeksów a ciucholandów cream w przyziemnej zapłacie również odpowiedniej marce obrazowo na wieszak Łachy spośród Austrii Belgi Lato zima zachęcamy odtąd reklama kreację grupowana owszem 16 zł za kilogram co humorowi 50% pańszczyzny w sprzecznych składnicach Feel free to surf to my web site; odzież używana z Szwecji

Usługi transportowe:

teraźniejsze transport duetów brygad oraz miłośników na hulanki ruchowe, przerzuty autokarowe na wędrówki okrężne, pouczające, odjazdy na recitale, pojazd na obietnicy, autobus na pielgrzymki, eksploatacja przewozowa gali integracyjnych, brody na libacje jednorazowe oraz klanowe, przerzut turystów ślubnych na weseliska, limuzyna gwoli młodziutkiej pary do ślubu

Usługi terapeutyczne:

Każdy z nas zetknął się z faktem, zalecam zapoznanie się z przedmiotem. Terapia odchudzanie 


--------------------------------------
No tak. Z tym ostatnim KAŻDY, ale to zupełnie każdy się zetknął. Dziękuję Państwu za uwagę :-)

środa, 25 lipca 2018

Wolny wieczór Chłopa

- Kochanie - mówię - masz dzisiaj wolny wieczór. Ja wiem, że jest dopiero ósma ale czuję że chcę się położyć i odpocząć, zły dzień dzisiaj miałam i w ogóle.
- Ależ nie ma sprawy - mówi On - powiedz tylko czy Ci czegoś potrzeba.
- Dżinu z tonikiem.
Dżin z tonikiem został wniesiony na górę do sypialni, kiedy kończyłam brać prysznic. Brudna się przecież do łóżka nie położę. Chłop poszedł oglądać coś na telewizorze. Umościłam się w łóżku, Kindlek w łapie, szklanka na łóżku. Materac mam taki, że można szklanki stawiać i sobie po nim skakać i się nie wywrócą, tak że spoko. Poczytałam, wypiłam, oko mi się zamknęło. Obudziłam się po piętnastu minutach. Wracam do czytania. Tylko jakoś nudno. Słyszę jak Chłop przemieszcza się do ubikacji.
- Chłoooopuuuu! - drę się z łoża. Na szczęście usłyszał i przydał na górę.
- Co się stało, miłości mojego życia, czy potrzebujesz czegoś?
- Tak - uśmiecham się zalotnie (przynajmniej tak sobie wyobrażam zalotny uśmiech) - toniku. Ale bez dżina.
- Z lodem?
- Tak.
Uśmiecham się jeszcze zalotniej i podaję pustą szklankę. Po chwili szklanka wraca napełniona tonikiem z listkami bazylii i lodem. Dobre! Minęła godzina. Film się już powinien skończyć, i rzeczywiście, słyszę Chłopa kroczącego po schodach.  Do gabinetu.
- Chłoooopuuuu! - drę paszczę. - Może byś chciał mi masaż zrobić, bo mnie wszystko boli. I swędzi. To wziąłbyś ten olejek i mnie nasmarował i wymasował, by było dwa w jednym...
- Teraz?
- Nooooo....
Chłop zamknął komputer, pewnie zaklął pod nosem ale musiał to zrobić bardzo cicho bo nie słyszałam i przyszedł na górę.
- To co Ci mam wymasować?
- Wszystko !?...
Przewraca oczami w wyobraźni, ale jeszcze się trzyma. Dzielnie masuje, naciera i uciska i w ogóle stara się wykonać robotę dobrze, a ja mruczę z zachwytu, jak to przy masażu.
- Chłopu? A czy my mamy jakiś magnez w tabletkach, bo widziałam, że sporo tego nakupiłeś ostatnio?
- Magnez? - pyta Chłop. - A po co ci magnez? Przecież dziś rano chciałem ci dać różne witaminy to nie chciałaś, bo powiedziałaś że lato jest a ty tylko witaminy zima łykasz?
- No tak. Powiedziałam. Ale wiesz, okres mam i trochę tej krwi jeszcze pewnie stracę, bo badania mam za parę dni...
- To ty chyba żelaza potrzebujesz?
- Żelaza, przecież mówię.
- Powiedziałaś magnez.
- A magnez też, lewe oko mi dryga.
...

Magnez, żelazo... i to metal i to metal, co nie? ;-)



piątek, 20 lipca 2018

Moje róże

Kiedy w końcu wyremontowaliśmy to co nazywamy ogrodem, zakupiłam siedem róż z gołym korzeniem. Był koniec kwietnia, nie bardzo wierzyłam, że coś z nich będzie jeszcze w tym roku. Jak wyjeżdżaliśmy w podróż poślubną, jeszcze były pustymi badylami. Po powrocie okazało się, że wszystkie wypuściły pąki, ale trzy z nich zaczęły usychać, bo były prawdopodobnie nie dość głęboko wsadzone. Przesadziliśmy, ale dwie z nich jeszcze nie odbiły, być może muszą przechorować, być może uschną już do końca. Ale reszta zaskoczyła mnie ogromnie, szczególnie jedna, która wyglądała najbardziej marnie.
Oto moje młodziutkie róże, tydzień po tygodniu:

Żółta - Sunblest. Dwa tygodnie temu



Tydzień temu:


Wczoraj:


Czerwona - Rubby Wedding. Dwa tygodnie temu:



Tydzień temu:


Kilka dni temu:



Wczoraj: 


Ta powinna być pomarańczowa - Lovers Meeting. Nie sądzę, żeby to była właśnie ta róża, ale i tak jest ładna. Co z niej będzie później, zobaczymy. Dwa tygodnie temu:


Tydzień temu (wczoraj już opadła):


I ostatnia, najpiękniejsza. W sumie nie wiem, jaki ma kolor, ciemny,aksamitny czarno-czerwony  na początku, w miarę dojrzewania jaśnieje przechodząc w głęboką ciemną czerwień. Nazywa się Black Baccara i to jest ta, o której mówiłam na początku, bo była najmarniejsza, a jednak już zdążyła uroczyć nas największą ilością kwiatów. 

Dwa tygodnie temu:


Tydzień temu:











Wczoraj:




Lawendowa Blue Moon i biała Pascali są na razie biedne, być może jeszcze odżyją. Czerwona Wendy Cussons ma marne szanse, ale też w nią wierzę. Kocham moje róże :-)

czwartek, 19 lipca 2018

O Kindlu

Nic nie pisałam od tygodnia. Nie żebym tematów nie miała, tylko tym razem naprawdę byłam zajęta bardzo i w pracy i poza nią. No bo to dziecka urodziny miały, a potem na wakacje trzeba je było wyprawić, a i mecze trzeba było skończyć oglądać. No i Amazon w poniedziałek zrobił sobie Dzień Wielkiej Sprzedaży i można było kupić towar w bardzo, ale to bardzo atrakcyjnej cenie. Więc oprócz innych Wielce Przydatnych Na Codzień Rzeczy, jak drugie Echo czy Fire Stick do drugiego telewizora, zakupiłam sobie, tylko dla siebie, na wyłączny użytek własny, KINDLA!!!!! Ze śliczniusią okładką :-)

Już we wtorek kurier przyniósł śliczne pudełko:



A w pudełku mój nowiutki pachnący Kindel :-) (nie poprawiać!)


Otoczony pieczołowicie folijką zwaną przeze mnie kondonem


A tak wyglądałą zawartość pudełka:


Wyjęłam Kindelka z kondona...


...zapakowałam w magnetyczną okładeczkę...


...i włączyłam...


...ładuje się...


A jak się już odpalił to najpierw musiałam wyjść z szoku pourazowego. Bowiem dotychczasowe czytniki miałam w rozdzielczości HD, kolorowe i błyszczące, ale nie dało się tego cholerstwa czytać na zewnątrz bo po prostu nic nie widać. No a to dla mnie wielki problem bo ja lubię czytać sobie w ogrodzie na ławeczce. Albo na plaży. Z dotychczasowym mogłam o tym zapomnieć. A teraz - oczywiście jak wyszłam z szoku - mogę sobie czytać wszędzie, i na kibelku, i w lesie, i w samochodzie, i w łóżku, i na plaży, i w samolocie, w słońcu i w ciemności. Dwa dni zajęło mi przenoszenie wszystkich książek na to ustrojstwo i dalej nie wiem czy robię to dobrze. W chwilach wolnych układam sobie te książki w bibliotece. A potem sobie czytam to co zaczęłam. Jakoś dłużej mi schodzi z tą całą technologią w obecnych czasach. Dochodzę do wniosku, że jestem jednak Metuzalem. 


czwartek, 12 lipca 2018

O bólach głowy

Kiedyś miałam migreny. Straszne migreny, z aurą i tym wszystkim, co tam migrenowcy mają. Lata to trwało, aż kiedyś, jakieś dziesięć lat temu, a może i dawniej, zdiagnozowano u mnie niedoczynność tarczycy. Wraz z przyjmowaniem leków i uregulowaniem hormonów, a może też z wiekiem (?) podwyższyło mi się ciśnienie krwi i z nieboszczyka stałam się normalnym człowiekiem. Z tym wszystkim minęły mi również migreny. 
Nie miałam tego cholerstwa przez lata całe, głowa bolała mnie bardzo sporadycznie, zazwyczaj po hucznej balandze. Od jakiegoś czasu więc nie piję "hucznie", ot dla rozrywki od czasu do czasu, ostatnio sobie pofolgowałam w kwietniu przy pożegnianiu mojego szefa i mocno to odchorowałam, więc dziękuję, wolę nie. Ale zauważyłam, że od jakiegoś czasu nie mogę się jakoś porządnie wyspać, rano poduszka jest wymiętolona a ja obolała. W ciągu dnia ból głowy się nasilał, wieczorami Chłop dzielnie masował, często ból był tak silny, że musiałam brać paracetamol i ibuprofen (bo jedno na mnie nie działa), a ja miałam już dość wszystkiego. Bóle wszelakie ustały na Malediwach, więc uznałam, że to stres i przemęczenie widocznie było. Ale po powrocie do domu wszystko wróciło. Zaczęłam szukać po internetach. Odkryłam, że to przez... poduszkę. 
Jestem osobą śpiącą na boku, a czasami na brzuchu. Lubię poduszki miękkie i nie za wysokie. Mam dobre, drogie poduszki z puchu gęsiego, mięciutkie i nie za wysoki, czyli takie jakie lubię. A jednak, codziennie rano poduszka wygląda jak wałek. Czyli nieświadomie dostosowuję ją sobie do pozycji bo mi po prostu się źle leży. Znalazłam, że najlepiej powinnam mieć poduszke z memory foam (nie wiem jak to jest po polsku), czyli takiej pianki, która się ugniata do pozycji ciała a potem wraca na swoje miejsce. Chłop wyciągnął więc z czeluści poduszke memory foam, żebym sobie spróbowała. Owszem, dwie noce przespałam, głównie na plecach. Uznałam, że to nie to, bo za wysoka jednak. Szukałam dalej. I w końcu znalazłam takie coś:



Nazywa się Memory Foam Bamboo Pillow, czyli poduszka piankowa z bambusem.


Droga, ale postanowiłam spróbować, szczególnie, że producent daje dziesięć lat grawancji i 30 dni okresu próbnego, w ciągu którego mogę zwrócić poduszkę, jeśli nie będzie mi pasowała. Zamówiłam sobie na Amazonie i tadam! Przyszła!


Tak wygląda bez poszewki. Jak zwykła poduszka. 


Poduszka jest z pianki elastycznej, a poszewka jest z włókna bambusowego, które bardzo lubię, bo jest mięciutkie i delikatne, a przy tym przyjemne w dotyku i nie przegrzewa się. Od lat kupuję skarpetki i koszulki z bambusa i bardzo sobie chwalę. Poza tym poszewka ma wzór pandy w górnym rogu :-)


A co najważniejsze, poduszka jest nie za wysoka, niebywale miękka ale bardzo elastyczna, kiedy położyłam na niej głowę po raz pierwszy, czułam się, jakbym zanurzała się w chmurze. Bardzo duża różnica w porównianiu do poprzedniej poduszki memory foam, którą próbowąłam.
Mam ją dopiero tydzień, więc jeszcze nie przesądzam. Ale od tygodnia nie miałam żadnego bólu głowy, czy karku, czy szyi.  Na razie jestem zachwycona.

To zdumiewające, jak wiele zależy od głupiej poduszki.

P.S. NIE JEST TO POST SPONSOROWANY. Napisałam to żeby zwrócić uwagę na to, jak ważny jest dobry sen i właściwa pozycja :-)



wtorek, 10 lipca 2018

O zapobieganiu pokusom

Ela podzieliła się na Fejzbuku takim zdjęciem:


W pierwszym odruchu oczywiście padłam, wyobrażając sobie dyndające majty pod pame pachy i biustonosze w rozmiarze namiotu dwuosobowego. Ale potem naszła mnie refleksja. I tą refleksją się teraz z Wami podzielę, bo dlaczego nie. No muszę, bo się uduszę.

Wiecie, że chrześcijanką jestem, bo zostałam ochrzczona, jak znakomita większość z nas w kulturze europejskiej. Katoliczką jestem na papierze, bo tak mnie rodzice zapisali, poza tym miałam te ich wszystkie potrzebne sakramenty. W ramach buntu nastolatki przestałam chodzić do kościoła co niedzielę, znaczy wychodziłam z domu i szłam z koleżankami do parku, a pieniążki przeznaczone na tacę przeznaczałam na świeżo prażony słonecznik. Siedziałyśmy tak sobie na ławeczce i plułyśmy tymi łupinkami, obserwując przepływające życie. Aż kiedyś tatuś mnie zauważył przez okno naszego mieszkania na dziewiątym piętrze i jako dobry chwilowo mąż zakablował mnie do mamy, ta narobiła rabanu, jak to tak, co ludzie powiedzą i w ogóle, nie bacząc na to że przykład idzie z góry, a mamusia sama przecież w kościele widziana była raz do roku na pasterce, bo przecież czasu nie ma, bo obiad gotować trzeba i w ogóle kto chałupę posprząta. Na to tato wykazał się mądrością i rzekł, że to całkiem fajnie, że córka się zbiesiła i że jak już wiedzą to nie muszę się już po parkach ukrywać, mogę zostawać w domu i gotować rosól, mama za to będzie miała czas na kościół, a i on jej chętnie potowarzyszy. No i tak sobie chodzili co niedzielę do kościoła, aż mama się zorientowała, że tato po dziesięciu minutach musiał koniecznie wyjść na papierosa, a tam zawsze spotykał kolegę i tak im się fajnie rozmawiało, że rozmowa kończyła się zazwyczaj w barze z piwem. No i tyle o chrześcijaństwie. 

Mąż mój poprzedni uważał się za ateistę, choć ochrzczony był tak jak wszyscy, a i ślub kościelny wziął, bo tak wypadało. Ale generalnie do kościoła miał taki sam stosunek jak i ja, choć bardziej chyba budowli kościelnych ode mnie unikał. No ale ja chyba bardziej lubię zabytki. Za to on ma doktorat.
Tak tutaj pisze i piszę, o kościele, o zabytkach, o eksmężu, a Wy sobie myślicie, co ma piernik do wiatraka. Otóż niniejszym wyjaśniam. 

Razu pewnego robię sobie pranie, normalnie jak co tydzień. Segreguję, białe do białego, tu kolorowe, tu czarne. Jedna kupka do pralki, druga czeka na swoją kolej na podłodze, bo przecież nie będę z powrotem do kubła wrzucała, żeby jeszcze raz segregować. Nadchodzi on. 
- A czy ty moglabyś tych majtek swoich i biustonoszy tak na wierzchu nie zostawiać?
No w sumie mogłabym, co to za różnica czy na wierzchu kupki czy pod spodem. Ale podejrzliwa jestem, więc szybko zerkam, może popuściłam niechcący czy co, wiadomo, nie każdy chce taki widok oglądać. No ale nie, majtki jak majtki, noszone ale nic podejrzanego na nich nie widzę. Pytam więc, bo wiedzieć lubię:
- No dobra, ale dlaczego??
- No wiesz, syn nam dorasta, lepiej niech bielizny damskiej nie ogląda. 
- Eeeeee.... co??? To może jeszcze wywieszać nie mogę?
- No lepiej nie. Nie wiesz jak to młodego człowieka kusi. A ja chciałbym, żeby nasz syn miał do kobiet NORMALNY stosunek jak dorośnie. 
Nie pamiętam już, czym się skończyła ta dyskusja, pewnie awanturą jak zwykle, ale widzicie podobieństwo? Nosz kur*wa, czy majtki to rzecz NIENORMALNA??? 

I jeszcze jeden kwiatek. Eks drze się z góry na dół:
- Ile razy wam mówiłem, że każdy ma swój własny ręcznik, żeby nie ruszać mojego ręcznika, a tymczasem proszę - ktoś się znowu moim wycierał!
Dzieci - kompletny ignor. Nastolatki mają gdzieś czym się wycierają i gdzie. Biorą co popadnie. Ale ja dociekliwa jestem, więc pytam:
- Słuchaj, wiadomo, że każdy woli czysty ręcznik, ale skąd u ciebie takie uczulenie?
- A chcesz zostać babcią?
- Eeeeeee... słucham???
- No bo ja się wycieram, jakieś resztki spermy na ręczniku zostaną, a potem ona przyjdzie, wytrze się moim ręcznikiem i  zostanę dziadkiem własnego dziecka.

I ten człowiek, kur*wa, ma doktorat. Sorry, ale pozostawię to bez komentarza. Tak mi się przypomniało, po zobaczeniu tego obrazka. Z kim ja mieszkałam przez tyle lat??

P.S. Moje Majtki i Biusztonosze mają się dobrze.
P.S.2. Majtki i Biustonosze dziewczyny mojego syna też mają się dobrze ;-)



sobota, 7 lipca 2018

Coś pysznego na odmianę

Bardzo lubię napój z kwiatów czarnego bzu, po tutejszemu elderflower water. Nie pamiętam, żebym w Polsce widziała, a tutaj jest to bardzo popularny smak. Zasuszone kwiaty czarnego bzu zawsze wysyłała mi mama, bo to podobno dobre na przeziębienia. A ja i tak lubię takie różne ziołowe herbatki. Nigdy mi do głowy nie przyszło, że mogę sobie pójść i sama nazbierać, no bo po co, jak tato pojedzie do lasu w Polsce i dostanę gotowe? Powiem szczerze, że nawet nie zastanawiałam się, gdzie i czy takie cudo rośnie u nas. Aż do momentu, kiedy poszłam sobie raz na dłuższy spacer przez pola i tam wzdłuż  ścieżki zobaczyłam drzewka, czy też krzaki czarnego bzu, pachnące, oblepione kwieciem. I wtedy postanowiłam. Zaczęłam szukać informacji o nalewkach z kwiatów czarnego bzu, bo początkowo chciałam zrobić nalewkę, gdyż uwielbiam je robić, a potem stoi to latami, bo kto by to pił. Mam pewnie z piętnaście butelek nalewek wszelakich z lat poprzednich i cztery karafki z tymi ulubionymi. No ale od nadmiaru głowa nie boli. Od nalewek poszło do syropów. 
Czas leciał, kwiaty zaczęły już przekwitać, w końcu złapałam Chłopa niedzielnego poranka i mówię, nic mnie to nie obchodzi, idziemy do lasu. Pojechaliśmy do lasu, ale zamknęli nam drogę, bo jakieś zawody Ironman były, to wiadomo, pół kraju trzeba zamknąć żeby sobie paru facetów mogło na rowerach pojeździć. Wróciliśmy więc do pobliskiego lasku, z którego oprócz ukąszeń jakichś bydlaków nie przywieźliśmy nic, bo znaleźliśmy tylko jeden krzak, a i to już prawie przekwitnięty. Mówię więc, trudno, ja jestem nastawiona na tryb czarny bez, bez niego do domu nie wracam. Jedziemy do ostatniej deski ratunku. Czyli tam, gdzie pierwotnie napotkałam to cudo. Trudno, nie w lesie a na polu, za to dość daleko od drogi, więc musi się nadać. Na szczęście jeszcze był, choć też już zaczął przekwitać. Narwaliśmy całą szmacianą torbę (bo wyczytałam, że do plastikowej lepiej nie) i zawieźliśmy toto do domu. Wyłożyłam wszystko na starym prześcieradle na słoneczku w ogrodzie, żeby robaczki sobie pouciekały. Poszłam do domu po szklankę wody, wracam, a tam... Tiggy na samym środku prześcieradła mości się wygodnie w kwietnym łożu... Niestety, okrutna i zła, pogoniłam kota, z pełną rezygnacji nadzieją, że może syrop z kocich włosów jednak będzie miał trochę zapachu białych kwiatów. Trochę mnie zapach jednak stropił, bo to co pachniało pięknie na krzakach, zmieniło się w niezbyt piękny aromat, zupełnie niepodobny do kwiatów czarnego bzu. 
No cóż, przeliczylam kwiaty, żeby odpowiednio dobrać proporcje składników, wyszło mi ze sto dwadzieścia, kilka wywaliłam, bo już były przekwitnięte i się sypały. Wniosłam to wszystko do domu i pojechaliśmy do sklepu po cukier i cytryny. Kiedy wróciliśmy, uspokoiłam się, bo cały dom pachniał pięknie białymi kwiatami. Doszłam do wniosku, że ten poprzedni, nico przykry zapach to po prostu zielone gałązki. 
Zdjęć z tych przygotowań nie będzie, bo nie zrobiłam, dlatego opowiadam co i jak. 
Wzięłam więc największy gar, jaki mam, a jest on siedmiolitrowy z kawałkiem, wlałam cztery i pół litra gorącej wody z czajnika (żeby się szybciej zagotowało) i jak się już zagotowało, wsypałam trzy kilo cukru. Niektórzy dają tyle samo wody ile cukru, ale dla mnie to trochę za dużo. Mieszałam co chwilę, żeby się cukier rozpuścił, a potem odstawiłam żeby przestygło. 
W międzyczasie wzięłam dużą szklaną miskę (zarówno gar jak i miska są na zdjęciach poniżej) i odcinałam do niej kwiaty, po prostu nożyczkami ciachałam te kwiatki od zielonych gałązek, jak najkrócej się dąło. Do lekko przestudzonego syropu dodałam sok z dwóch cytryn i dwie łyżeczki kwasku cytrynowego z torebki (podobno lepiej konserwuje) oraz dwie cytryny pokrojone w plasterki. Niestety, zrobiło mi się tego syropu tyle, że nie dałabym rady wmieszać do tego wszystkich kwiatków, więc podzieliłam go na pół, jedna połowa kwiatków została dodana do gara, a następna połowa powędrowała do miski. Przykryłam i odstawiłam w spiżarni na dwa dni. Co jakiś czas podnosiłam pokrywkę i mieszałam lekko. 
Po dwóch dniach spanikowałam, że przecież tego tyle, a ja nie mam do czego tego rozlać, więc poszłam do TKMaxxa i kupiłam trzy litrowe butelki do wekowania. Bo chciałam część zapasteryzować, żeby się za szybko nie zepsuła, przecież tyle tego jest, że będziemy pili cały rok. Miałam kilka butelek z porcelanowym korkiem, takich jak kiedyś sprzedawali oranżadę czy piwo, teraz na szczęście wóciły do łask więc łatwo je kupić. I do tych butelek powędrował sok "na teraz". 
OK, to teraz relacja ze zdjęciami, chociaż i tak za mało zrobiłam. 
Najpierw oczywiście wymyłam i wyparzyłam butelki. Potem odcedziłam syrop przez złożoną  czystą ścierkę kuchenną rozłożoną na sitku.


To co zostało, powędrowało również do scierki, z której wycisnęłam ostatnie soki. 


Teraz, po kolei przelewałam syrop do butelek przez lejek, na którym położyłam małe sitko wyłożone ręcznikiem papierowym. W ten sam sposób filtruję nalewki, z tym że do nalewek nie stosuję ręcznik papierowy a wielokrotnie złożoną gazę. 


Butelki z gotowym syropem.



Produkcja trwa. Widzicie syrop w garnku, za chwilę zostanie przelany do reszty butelek. 


A tam z tyłu, to co? :-) Oczywiście wódka do nalewki. Kupiłam w zeszłym roku na statku, dwie litrowe butelki, wódka dobra, 50%. W misce na zdjęciu powyżej (w górnym roku) jest już rozrobiona nalewka, w proporcji mniej więcej pół na pół, pół litra syropu i pół litra wódki, ale wydaje mi się, że troszkę jeszcze rozrzedziłam, bo mi się wydawało za mocne.


Na koniec, pozakręcane szczelnie butelki i słoiki z syropem wstawiłam do zimnego piekarnika, ustawiłam temperaturę 150 stopni, czas 35 minut. Po czym wyłączyłam piekarnik i dałąm im wystygnąć. Wklęsłe pokrywki są znakiem, że pasteryzajca przebiegła pomyślnie. A pozostałe butelki, te z ceramicznym korkiem jak na zdjęciu powyżej, niestety nie nadają się do pasteryzacji, więc syrop z nich będzie używany na bieżąco. Zesztą, myślę, że przy takiej ilości cukru żadna pasteryzacja nie jest potrzebna. Oprócz tego mam dwa litry wybornej nalewki, która dojrzewa teraz, aż będzie można ją zacząć pić po kilku miesiącach. Być może jeszcze ją przefiltruję, zobaczę.

Naprawdę, jestem bardzo zadowolona z tego wyrobu, wystarczy nalać odrobinę do szklanki i uzupełnić wodą, najlepiej smakuje z wodą sodową lub gazowaną, próbowałam też z tonikiem. Pycha.

piątek, 6 lipca 2018

Upał. Wcale nie żartuję.

Od dwóch tygodni mamy w Szkocji upały. Nie śmiejcie się, 22 stopnie to tu jest upał, a przy 26 człowiek się rozpuszcza. 28 czerwca w Matherwell zarejestrowano rekord wszechczasów - 33,2 stopnia Celsjusza. Ja Wam powiem - to cieplej niż na Malediwach. I w dodatku od początku czerwca nie spadła ani kropla deszczu.
Generalnie wskazówka termometra nie spada niżej niż dwadzieścia stopni. W sobotę na przykład wiała niewielka bryza, ale bez tego to by człowiek normalnie zdechł. Ja lubię słoneczko, mnie jest potrzebne słoneczko, zalecenie lekarskie mam żeby używać. Ale jak w sypialni mam dwadzieścia pięć stopni to przepraszam, ale to nie jest temperatura do życia. A okno mogę uchylić na noc, nawet do tego cholernego światła już jakoś przywykłam, no to się znowu pieprzone gołębie przypałętały i drą mordy od piątej rano. W dodatku, z moją astmą naprawdę nie jest mi łatwo. Staram się jednak tym wszystkim cieszyć, bo wiem, że lato minie i będę tęsknić do słońca, tak jak teraz tęsknię za Antarktydą.

Dla tych, którzy nie mają Fejzbuka, a także dla wszystkich, którzy mają, ale im umknęło, a także w ogóle dla wszystkich, prezentacja ubiegłego weekedu.

Po skoszeniu trawy trza się napić kawy.


A potem odpocząć, koniecznie z giczami do słońca. 


Po czym należy wstać niechętnie, i z powodu tymczasowego braku Chłopa, który spędza przedpołudnie w sklepie, osobiście zrobić sobie koktajl z dostępnych w lodówce owoców. Z lodem. 


A potem udawać, że się lubi mieć na sobie kota.


A po południu poszliśmy na plażę. Są w mojej okolicy naprawdę fajne plaże, ale Chłop, pomimo mieszkania tutaj od dwudziestu lat, nigdy nie był na słynnej miejskiej plaży Portobello. No to poszliśmy.


Był właśnie przypływ. Woda była niezwykle brudna. Albo mi się tak wydawało. 


 I sesja zdjęciowa w ilości sztuk dwóch.



I tak to mi zleciał cały ubiegły weekend :-)