piątek, 16 lutego 2018

Humor na weekend

Niestety, pozostajemy w temacie. Zapraszam :-)




*****
Pyta dziewczyna chłopaka:
– Kochasz mnie?
– Skarbie! Kochać, to ja kocham wódę i dziwki. A to między nami to jest całkiem poważna sprawa!


*****
- Dzień dobry, jest Marysia?
- Dzień dobry. Słyszałem, że zabierasz moją córkę na walentynkową randkę.
- Tak, proszę pana.
- Gdzie zamierzasz ją wziąć?
- W moim aucie.


*****
Pewna młoda mężatka straciła pracę. Wraz z mężem podjęli decyzję, że będą oszczędzali na jedzeniu. Stwierdzili że będą żyć miłością. No i żyli. Jeden dzień, drugi i trzeci. Czwartego dnia mąż wraca z pracy i widzi, że żona zjeżdża nago "na oklep" po poręczy ze schodów. Krzyczy do niej:
- A tobie z głodu odbiło??
- Nie kochanie, podgrzewam ci obiad!


*****
- Wiesz, w Walentynki zrobiono w naszej firmie ankietę i okazało się, że jestem najbardziej pożądanym facetem w robocie.
- No to powinieneś się cieszyć!
- Tak, akurat! U nas pracują sami mężczyźni...


*****
Chłopak mówi do swej dziewczyny:
- Ale będziemy mieli super walentynkowy wieczór. Mam trzy bilety do kina!
- Po co nam trzy?
- Dla twojej mamy, dla twojego taty i dla twojej siostry.


*****
Walentynkowy wieczór, chłopak szepcze czule do ucha dziewczyny:
- Kochanie, wypowiedz te słowa, które połączą nas na wieki...
- Jestem w ciąży!!!


*****
W kwiaciarni:
- Poproszę bukiet tych kwiatów.
- A te kwiaty to dla kogo?
- Dla dziewczyny.
- Ale one są sztuczne.
- Nie szkodzi, ona też jest z gumy.


*****
Córka nowego ruskiego biznesmena przychodzi do ojca i oświadcza, że wychodzi za mąż.
- Za kogo?
- Za popa.
- Zwariowałaś?
- Miłość, tato... Serce, nie sługa.
- No dobrze, przyprowadź go jutro.
Córka przyprowadza młodego diakona. Jedzą, piją. Ojciec mówi:
- Wiesz, że moja córka co miesiąc musi mieć inną kreację za 10.000 dolarów? Jak wy będziecie żyć? Jak ty ją utrzymasz?
- Bóg pomoże...
- A jeszcze, ona przyzwyczajona co tydzień latać do fryzjera do Paryża. I co?
- Bóg pomoże...
- Ona jeździ tylko Ferrari i Porsche, i musi mieć zawsze najnowszy model. Jak ty sobie wyobrażasz życie z nią?
- Bóg pomoże...
Gdy narzeczony poszedł, córka pyta biznesmena:
- I jak, tato, spodobał ci się?
- Burak, to prawda, ale podobało mi się, jak mnie nazywał Bogiem.


I na koniec może niekoniecznie związane z miłością, ale nie mogłam się powstrzymać :-)


*****
- Widzisz? To fifka, która była pod twoją szafą! Kiedy ty w końcu skończysz z narkotykami?! 
- Jakie narkotyki??? Uwierz mi, od kiedy ciebie poznałem zmieniłem się, zerwałem ze swoją przeszłością, jesteś jedyną, którą kocham. 
- Synu! Synu! To ja - twój ojciec!




Udanego weekendu!

czwartek, 15 lutego 2018

Walentynki

Niby nic takiego, nie przykładamy jakiejś szczególnej wagi do Walentynek, ale jednak data 14 lutego trochę dla nas znaczy. 14 lutego mieliśmy pierwszą randkę, 14 lutego przyjęłam oświadczyny, 14 lutego to nasza nieformalna rocznica. Nie umawialiśmy się na wczoraj, nie planowaliśmy niczego. To znaczy razem nie planowaliśmy, bo jak się okazało, każde z osobna knuło miłosną intrygę. Tak więc dzień wcześniej zrobiłam kartkę, bardzo trudno było mi się zmieścić w czasie i to tak, żeby Chłop nie widział. Oto kartka:


Mały rebus "I love you". A w środku to:


Jeszcze był wpis, ale to już pozostanie tajemnicą. Włożyłam kartkę do koperty, a kopertę do plecaka, który Chłop zabiera do pracy. Plecak pełen był papierów i papierzysków, na szczęście była w nim tez czapka, do której włożyłam kopertę, żeby się nie zagubiła. 
Nazajutrz w pracy dostałam emaila z podziękowaniem za kartkę i ostrzeżeniem, żeby nie zaglądać pod krzesło, bo tam czyha niebezpieczeństwo i przygoda. Oczywiście, że po przyjściu do domu natychmiast zajrzałam pod krzesło w kuchni i... znalazłam karteczkę. Ha! Zupełnie jak przed rokiem. Tresure hunt! Pierwsza wskazówka była dosyć łatwa. Szybko znalazłam ukrytą kopertę własnoręcznie przez Chłopa zrobioną dla mnie kartką:


Na kopercie kolejna wskazówka. Domyśliłam się dość szybko, ale przeoczyłam i zajęło mi trochę czasu ponowne przeszukanie pokoju. W końcu znalazłam czekoladkę Lindt. Moją ulubioną. Kolejna wskazówka była bardzo dobrze skonstruowana, tak dobrze, że przeszukałam każdy pokój i nie znalazłam. W tym momencie przyszedł Chłop i tak mnie zastał, z rozczochraną czupryną, ganiającą jak debil po schodach w górę i w dół, aż się wziął zlitował i podpowiedział w którym pokoju. Jeszcze raz dokładnie przeczytałam i bingo! Kolejna czekoladka i kolejna karteczka. Tu już poszło bardzo szybko. Dotarłam do schowka pod schodami, a tam to:


Oczywiście bukiet tak nie wyglądał, bo był w opakowaniu i włożony do kubka z wodą :-)


Ale to nie koniec. Ostatnia wskazówka okazała się równie łatwa i to już był koniec zabawy.


A oto cała niespodzianka, którą Chłop przygotował już w poniedziałek! Na szczęście ma tak spostrzegawczą narzeczoną, że nie zauważyła niczego przez cały kolejny dzień :-)



Uwielbiam te jego zagadki! 
Ale to nie koniec niespodzianek, bo ja oprócz kartki przygotowałam kolację, która składała się głównie z owoców morza i ślimaków. Akurat w Lidlu był francuski tydzień, więc nakupiłam tego wszystkiego (scampi, scallops, mussels i snails, czyli krewetki królewskie w panierce, przegrzebki zapiekane z sosem winno-pieczarkowym, małże zapiekane w sosie pietruszkowo-czosnkowym i ślimaki winniczki w maśle czosnkowym), a potem tylko wrzuciłam do piekarnika na dwadzieścia minut razem z kilkoma frytkami, w międzyczasie przygotowałam szybką sałatkę z rukoli i pomidorów, do kieliszków bezalkoholowe wino imbirowe i to była bardzo pyszna kolacja!
A potem poszliśmy do kina na "50 Shades freed" i w ogóle to były kolejne udane rocznicowe Walentynki. Nawet tulipan w wazonie nam zrobił niespodziankę:


A teraz - aby do wiosny!





wtorek, 13 lutego 2018

Iwona tworzy

Wczoraj mi wpadło do głowy przygotowanie kartki urodzinowej. Mój ukochany siostrzeniec bowiem kończy niedługo 18 lat. Szok. Ten mały berbeć, co to dopiero niedawno rodzicom klawisze z klawiatury wydłubywał widelcem, stanie się za parę chwil dorosłym i pełnoprawnym obywatelem.  Chociaż z tą dorosłością to bym nie przesadzała, hi hi hi.
Wyjęłam więc scrap-boxy, czyli pudełka z tym wszystkim co jest do robienia kartek potrzebne, papiery, przeyniosłam sobie kubek herbaty i zabrałam się do dzieła.
Najpierw znalazłam kopertę. Największą spośród wszystkich, taką mniej więcej formatu A5, ale brakowało do niej niestety wkładki. Z wszystkich papierów jakie mamy, niestety nie udało mi się znaleźć takiego samego koloru, więc pomyślałam, a co tam, będzie kontrastowo. Wzięłam więc kartkę bordową. Do tego oczojebną żółtą, żeby było, jak już powiedziałam, kontrastowo.
Tak wygląda mój warsztat podczas pracy:




Tworzyłam na bieżąco, bo nie miałam żadnego wstępnego konceptu. Chłopak zajmuje się komputerami, ale czy ja muszę mu komputerowe kartki za każdym razem wysyłać? Tak że każdy pomysł rodził nowy pomysł i tak powstało to moje dzieło. 
Chciałam żeby było warstwowo. Oczojebną kartkę powycinałam w falisty wzorek, położyłam na bordowym. Żółto, słonecznie, trzeba dodać trochę kontrastu. Fale już są, będzie zatem woda. Wzięłam niebieską kartkę, powycinałam brzegi innym rodzajem wzorka, przykleiłam grubą taśmą dwustronną na żółtym, żeby odstawało. Na dół niebieskiej kartki przykleiłam kawałek washi tape z niebiesko-srebrzystymi falami. Dodatkowo "w wodzie" poprzyklejałam konika morskiego, rozgwiadę i muszelki oraz parę srebrnych i złotych "bąbelków". Na inny kawałek niebieskiej kartki poprzyklejałam tę samą niebieską washi tape (nie wiem jak to jest po polsku) i powycinałam z tego cyferki, które przykleiłam na oczojebnym żółtym. 
Gotowe naklejki z napisem "Happy Birthday" i babeczką oraz złote metaliczne gwiazdki z kawałkiem złotej washi tape uzupełniają  okładkę kartki. 


A w środku przykleiłam zwykła złożoną na pół kartkę A4, której brzegi wycięłam ozdobnym wzorem i nakleiłam dodatkowo dwie złote naklejki. 



I jeszcze raz, całość. 


Musze powiedzieć, że to duża frajda, takie robienie kartek. Może i nie są najpiękniejsze, ale własne i niepowtarzalne. Tylko ten Chłop mój ma nakupowane pełno jakiegoś nie-wiem-czego, stemple, do których nie ma na przykład tuszu. Albo jakies wycinanki, które nie wiem jak działają, bo mi nic w tym nie pasuje. Ale nic to, wykończymy co mamy, a w międzyczasie będę sobie dokupywać to co mi się podoba. To co widzicie na górze to jest w całości dzieło oryginalne, powycinane własnymi nożyczkami i nożykiem. I jestem z niego dumna :-)



środa, 7 lutego 2018

Rękodzieło własne

Wczoraj późnym wieczorem zabrałam się do pracy. Jeszcze mi cztery zostały do wykonania, byłam zbyt zmęczona i była już dwunasta kiedy przerwałam. Dzisiaj wieczorem będę projektowała kartki wkładki z tekstem, a jutro wydrukuję i powklejam.
I co, szczerze, jak Wam się podoba?






wtorek, 6 lutego 2018

Sztuka planowania część druga

Tak więc, mamy już zamówioną datę ślubu i mamy zamówione wakacje. I tak naprawdę dopiero teraz zaczynają się schody. Bo każdy zaplanowany duży punkt niesie za sobą kilka małych punktów, a te z kolei po kilka podpunktów i tak lista się rozrasta do rozmiarów galaktyki, ja się wcale nie dziwię, że wedding planner to taka stresująca profesja.
Ślub już mamy, to najmniejszy problem, tylko jeszcze reszte kasy się wpłaci i już. No ale w coś trzeba się ubrać. Więc sukienka. Zeszło mi ze dwa tygodnie na znalezienie samej sukienki, a zamawianie to jeszcze inna historia, chociaż nie jest to typowa ślubna suknia, bo chcę coś, co da się normalnie nosić na różne okazje. Sukienka się więc podobno szyje, a ja w międzyczasie wyszukałam wersję sklepową backup, w razie awarii. Znaczy gdyby nie pasowała czy w ogóle nie doszła. Do sukienki muszą być buty. I znów dylemat, bo typowych białych nie kupie na jeden raz. I w ogóle kupić czy nie kupić. Zdarzyła się jednak była wyprzedaż w sklepie Dune, więc he he he... tego... zakupiłam dwie pary. Teraz drżę oczywiście, czy przyjdą czy nie przyjdą. Ale w zasadzie temat sukienki i butów mam wyczerpany. Biżuterię i inne dodatki to mam do wyboru do koloru, nie zastanawiam się więc. Włosy i makijaż zrobię sobie sama, bo nie chcę wyglądać jak każda panna młoda. W planie mam tylko pazury, ale to będzie od razu na wakacje. Tak że siebie mam załatwioną. Chłopa też, z nim było najłatwiej, bo po prostu poszliśmy do wypożyczalni zamówić kilt.
Obrączki. Myślałam, myślałam i wymyśliłam, że tyle tego złota mamy, którego nie nosimy, że pójdziemy do złotnika i se przerobimy na takie jakie będziemy chcieli. He he he, zaśmiała się szyderczo Fortuna słysząc takie myśli. Okazuje się bowiem, że w tym kraju lepiej (czyli taniej) kupić nowe niż przerabiać ze starego. W dodatku moja obrączka ma pasować do pierścionka, który jest z białego złota. No i cholera, nikt mi nie chciał czternastokaratowego żółtego złota przerobić na osiemnastokaratowe białe. Co za cholerny świat! Na szybko podjęliśmy więc decyzję, że Chłop przerobi sobie to co się da na obrączkę żółtą, a moją się kupi. Złaziliśmy większość sklepów jubilerskich, poprzymierzaliśmy wszystkie możliwe kombinacje, a wszystko po to, żeby następnego dnia obudzić się z zakręconą głową i nadal nic nie wiedzieć. Zapamiętałam bowiem tylko szerokość i rozmiar obrączki. A okazuje się, że to nie wszystko, bo jest jeszcze kształt (płaski, wypukły, fazowany, fazowany płaski, podwójnie wypukły, wklęsły, ścinany, zaokrąglony wklęśle wypukły na płasko i jeszcze uj wie co), no i jeszcze cienki, gruby, grubszy i gruby jak ta Maryna z piosenki. Ale nic to, poszłam ja jeszcze raz do kilku sklepów, poprzymierzałam, zapamiętałam. Po czym znalazłam w internecie dokładnie taką jak chciałam. Zapłaciłam i po dziesięciu dniach już była. Tadam! Zrobione! A Chłop? Następnego dnia po naszych złotnikowych wojażach patrzę, a on na palcu obrączkę ma, po dziadku. Okazało się, że ta obrączka po dziadku, którą chcieliśmy przerobić, pasuje na Chłopa niemal dokładnie, nie za bardzo mi się podobała, bo ma ponacinane takie malutkie wzorki, które zarosły kurzem przez te wszystkie lata, ale zanieśliśmy ją do wyczyszczenia i wypolerowania i wygląda teraz przepięknie. Tak że kolejna sprawa załatwiona.
Jak jest ślub, to są też i goście. Planowałam tylko moje dzieci i rodziców Chłopa z dziadkiem, ale on zaczął, że przecież on był u tych i u tych, i nie wypada mu zaprosić jeszcze najlepszego przyjaciela z rodziną, i tamtych starych znajomych. No i tego kuzyna, który mieszka w Cambridge, a jest jedynym reprezentantem australijskiej rodziny. I zrobiło się z tego ponad dwadzieścia osób, nie licząc dzieci. A jak jeszcze usłyszałam, że jego kolega i koleżanka z pracy przyjdą, to mnie już naprawdę trafiło. Wtedy po raz pierwszy o mało co  się nie pokłóciliśmy, żeby jeszcze z tym człowiekiem się dało pokłócić, ale się nie da. Powiedziałam tylko, że ja planowałam cichy ślub tylko dla rodziny, a jak on chce sobie całe wesele wyprawiać, to ja nie mam z tym nic wspólnego. A ponieważ całe "wesele" odbywać się będzie w naszym własnym domu, to ja się zajmuję tylko dekoracją (bo i tak miałam w planie) i wyborem jedzenia do zamówienia. Bo nie zamierzam nawet ruszyć ręką w dniu mojego ślubu. Tak że na stole będzie zimny bufet, kieliszki będą plastikowe, talerze papierowe, a goście będą w większości stali, bo nie mamy oczywiście tylu krzeseł. No chyba że będzie piękna pogoda to będzie to samo, tylko że na zewnątrz. Pod warunkiem, że wcześniej zrobimy ogród. Aaaaaaaaaa!
Wracając do gości, konieczne są zaproszenia. Tu sobie sama utrudniłam sprawę, bo chciałam sama je zrobić. Skumulował ten mój Chłop przez lata tyle papierów różnych i kopert, że aż grzechem było nie wykorzystać. I znowu, kolejny tydzień zajęło mi wyszukiwanie różnych pierduletów do dekorowania zaproszeń, wycinanki, naklejeczki, tasiemeczki. Ale wszystko to już mam, nawet skonstruowałam tekst do zaproszeń. Jeszcze to wszystko poskładać do kupy i będzie gotowe.
Jako że zapraszamy tych ludzi do chałupy, za cel honoru postawiłam sobie coś od siebie dać i zrobić chałupnicze dekoracje. Powiem szczere, że to zabrało mi najwięcej czasu, bo choć miałam główną koncepcję w głowie, ciągle ona się zmieniała, w zależności od tego co zobaczyłam w internecie. A można od tego dostać bólu głowy, uwierzcie mi. Jak z tego zatrzęsienie kolorów, kształtów i propozycji wybrać coś co się da samemu jakoś sklecić w całość, to jest naprawdę zadanie na wielki projekt. Ale mogę powiedzieć że już mam. Wszystko pozamawiałam, część przyjdzie z Chin czy innego Hongkongu, więc musiałam to zrobić odpowiednio wcześnie. Szmatki, sztuczne kwiatki, wstążeczki, perełeczki.  Nawet bukiet sobie sama zrobię. Też już wszystko mam, z wyjątkiem kwiatów. I zapodałam nawet już Chłopu zadanie bojowe, że jak znajdzie jakies kwiatki w wyprzedaży to ma mi kupić, albowiem próby generalne porobić muszę. Tak że dwa dni przed ślubem wskoczę do sklepu, kupię kilka bukietów i skonstruuję sobie to co chcę. Chyba jednak. oszalałam.
I co jeszcze? Po kilkudniowych poszukiwaniach znaleźliśmy restaurację, do której idziemy wszyscy wieczorem plus jeszcze ze dwadzieścia zaproszonych osób, świętować Chłopa urodziny. Zamówione, zapłacone.
Tak że, widzicie państwo sami, wszystko idzie jak z płatka. Jeszcze tylko poszukać firmy, która wykona nam projekt ogrodu, bo to jest ważna inwestycja, którą i tak mieliśmy zrobić tej wiosny. Już patrzeć nie mogę na tę gołą ziemię, którą koty przynoszą na łapach do domu.  Zamówić jedzenie do chałupy, kupić picie, talerze papierowe i kubki plastikowe, dwa torty. Poskładać zaproszenia, porobić dekoracje, kupić krem do opalania na wakacje a potem to już tylko jeden wielki relaks :-)



piątek, 2 lutego 2018

Humor na piątek

Na Wasze specjalne życzenie, wy perwersyjne zboczenice jedne. Chciałyście to macie :-)))
Niech Wam będzie - noc poślubna. Nawet z filmem ;-)


*****
Heniek maluje jajka w noc przedślubną na zielono.
Wchodzi kumpel:
- Heniek, zgłupiałżeś? A co twoja przyszła żona w noc poślubną powie?!
- Na to czekam. Jak się zdziwi, to odparuję: a widziałaś kiedy inne?!


*****
Noc poślubna. Pan młody stanął w oknie, gapi się i wzdycha.
- Mówią że noc poślubna jest taka piękna, a tu leje i leje...


*****
Po hucznym weselu odbywającym się w hotelowej restauracji, młoda para wynajmuje sobie pokój, żeby jak najszybciej doszło do "konsumpcji związku". Zdenerwowany pan młody drżącymi rękami nie może trafić kluczem w dziurkę zamka. Żona stoi za nim i kręcąc głową mruczy z ironią:
- Nooo, nieźle się zapowiada...


*****
Noc poślubna. Młodzi leżą w łóżku i palą papierosy po skończonym akcie
- Czy miałaś przede mną jakiegoś faceta?
- Ależ co ty, kochanie, żadnego.
- A ja miałem.


*****
Noc poślubna:
- Kochanie dużo było ich przede mną?
Mija godzina, ona milczy
- Kochanie gniewasz się na mnie?
- Cicho, liczę...


*****
Podczas nocy poślubnej młody małżonek po wejściu do łóżka odwrócił się tyłem do żony i ułożył do snu.
- Wiesz - mówi żona - a moja mama to mnie zawsze przed snem trochę popieściła...
- No, przecież nie będę w środku nocy leciał po twoją mamę!


*****
Spotyka się w knajpie dwóch górali, a ponieważ jeden z nich niedawno się ożenił, to drugi pyta się go jak mu poszło w noc poślubna.
- Ano, Stasiu, normalnie. Jak weszliśmy do sypialni to się rozebrałem, żeby se psiakrew nie pomyślała, że się jej wstydzę. Potem dałem jej w gębę, żeby sobie nie pomyślała, że jej się boję. Na sam koniec sam się zaspokoiłem, żeby se psiakrew nie pomyślała, że jej potrzebuję.


*****
Hrabia i Hrabina spędzają noc poślubną. Nad ranem zniesmaczony Hrabia zacina się w palec i skrapia prześcieradło ze słowy:
– Niech chociaż pozory będą…
Hrabina równie zniesmaczona wysmarkała się w prześcieradło i powiedziała:
– Masz rację, Hrabio.


*****
Noc poślubna. Dla obojga to ich pierwszy raz. Leżą w łóżku, ale nie wiedzą, jak zacząć. On dzwoni do ojca.
- Rozbierz się do naga i połóż obok niej - słyszy radę.
Tak robi. Ona nie wiedząc, co to ma znaczyć, wstaje i dzwoni do matki.
- Rozbierz się do naga i połóż obok - słyszy radę.
Młoda tak robi. Młody znowu wstaje i dzwoni do ojca.
- Teraz wsadź najtwardszą część twojego ciała tam, gdzie ona sika - radzi ojciec.
Za chwilę panna młoda dzwoni do matki mówiąc:
- Mamo, co mam robić, on właśnie wsadził głowę do kibla?


*****
W noc poślubną facet pokazuje swej młodej, niewinnej, blond małżonce przyrodzenie i mówi, że to jedyne na świecie. Ona oczywiście mu wierzy. Wkrótce on wyjeżdża służbowo, a kiedy po kilku tygodniach wraca, żona robi mu wyrzuty:
- Powiedziałeś mi, że masz jedynego na świecie. A Stefan, wiesz, ten nasz agent ubezpieczeniowy, też ma!
- No cóż... Wiesz... Stefan to kumpel z wojska. Miałem dwa, to jednego mu dałem.
- No tak... Ale dlaczego dałeś mu większego?


*****
Stary dziadek ożenił się z młodą dziewczyną. Minęła noc poślubna, rano dziewczyna jest wniebowzięta:
- Kocahnie, nie wiedziałam ,że w twoim wieku można tyle razy!
- A ile było?
- Siedem.
- O rany, ja przez tę sklerozę to się kiedyś zaciupciam na śmierć.







środa, 31 stycznia 2018

O łamaniu prawa

Jako że pod wczorajszym postem moje czytelniczki namawiały mnie usilnie (i nadal namawiają) do publicznej pornografii, na ciąg dalszy moich przygód z planowaniem będziecie sobie musieli poczekać. Teraz napiszę o czymś, co mną osobiście wstrząsnęło, a dlaczego to się domyślicie na końcu. Dokładnie przed chwilą dostałam od córki sms-a z linkiem do artykułu, który tutaj pozwoliłam sobie wkleić (oraz dopiskiem WTF??) ale jako że jest po angielsku, spróbuję Wam przetłumaczyć. Od razu tłumaczę że w UK ochrona danych osobowych działa inaczej niż w Polsce i nazwiska ukaranych są publikowane, ale ja posłużę się tylko inicjałem K.


Artykuł zatytułowany jest: 

Kobieta zatrzymana po tym, jak została uznana winną próby porwania małej dziewczynki.

Anna K. próbowała porwać młodą dziewczynkę, zwabiając ją do tylnych drzwi sklepu H&M w Ocean Terminal w Edynburgu. K., obywatelka Polski, podczas próby uprowadzenia w marcu ubiegłego roku, powiedziała dziewczynce, żeby "po prostu poszła z nią", podczas gdy matka dziewczynki oglądała towary w odległości zaledwie kilkudziesięciu centymetrów stóp podczas próby uprowadzenia w marcu zeszłego roku. Zauważono, że dziewczynka zaczyna iść z zamaskowaną kobietą, której twarz zakrywał szalik i duża para okularów przeciwsłonecznych, zanim jej matka spostrzegła, co się dzieje i zainterweniowała. 

Materiał filmowy z incydentu nagrany kamerą sklepową został w tym tygodniu pokazany w Sądzie Okręgowym w Edynburgu, w którym którym 26-letnia K. została oskarżona o próbę uprowadzenia dziecka. K. zaprzeczyła, że ​​próbowała uprowadzić dziewczynkę w sklepie odzieżowym H&M w centrum handlowym Ocean Terminal, ale ława przysięgłych decyzją większościową uznała ją za winną. Została również jednogłośnie uznana za winną nie stawienia się na wcześniejsze rozprawy, a także uniewinniona od dwóch zarzutów kradzieży w sklepach. 

Sędzia Peter Braid otrzymał trzy ekspertyzy od lekarzy, którzy zbadali Annę K., których zaleceniem jest przekazanie jej pod opiekę medyczną w Klinice Orchard w szpitalu Royal Edinburgh. Sędzia Braid powiedział K.: "W odniesieniu do zarzutu głównego jestem usatysfakcjonowany, że kryteria nakazu przymusu szpitalnego zostały spełnione." Sędzia poinformował K., że nakaz oznacza, że skazana będzie musiała być pod opieką zespołu medycznego w Royal Edinburgh przez co najmniej sześć miesięcy. 

W poniedziałek matka dziewczynki, której identyfikacji nie można ujawnić z powodów prawnych, poświadczyła w sądzie, że w robiła zakupy z dwójką dzieci w centrum handlowym Ocean Terminal około godziny 19.00 28 marca ubiegłego roku. "Byłyśmy w H&M i moja córka była po drugiej stronie stojaka, bawiąc się biżuterią.W pewnym momencie zauważyłam, jak jakaś kobieta mówi do mojego dziecka: „Chodź ze mną, poprostu chodź”. Po chwili zobaczyłam, jak córka oddala się z tą zamaskowaną kobietą w kierunku tylnego wyjścia. Natychmiast podbiegłam i zapytam, co robi? A ona odpowiedziała: „Nie wiedziałam, że nie wolno tego robić” i dodała, że bolą ją plecy. Miała obcy akcent. Nic więcej nie powiedziała i szybko się oddaliła.
Cheryl Booker, zastępca kierownika w H&M, zeznała w sądzie, że ​​zwróciła się do niej zdenerwowana klientka, która poinformowałaj o próbie uprowadzenia dziecka i wskazała kobietę, która chciała to zrobić. Booker natychmiast poinformowała ochronę. Anna K. została uznana za winną próby porwania czteroletniej dziewczynki, zwabiając ją do siebie, namawiając by z nią po prostu poszła i kieryjąc się z nią do wyjścia ze sklepu H&M w Ocean Terminal, Edynburg, 28 marca zeszłego roku.


I tyle faktów. Sama nie wiem co o tym myśleć, jeszcze nie okrzepłam. 
A czemu się tak tą sprawą podniecam - zapytacie? 
Anna K. to była przyjaciółka mojej córki.


wtorek, 30 stycznia 2018

Sztuka planowania część pierwsza.

Muszę powiedzieć, że szykowanie się do ślubu jest bardzo czasochłonnym i raczej skomplikowanym zajęciem. W założeniu pierwotnym miało być: w sobotę rano bierzemy ślub w urzędzie, potem jakiś obiad dla najbliższych, wieczorem impreza urodzinowa Chłopa w jakimś lokalu. We wtorek pakujemy się do samolotu i odlatujemy w poślubna podróż. Wracamy pod koniec miesięca. Proste. Proste? Hmmm, nie sądzę.
Najpierw poszukiwania wakacji. Wiemy dokąd, ale po tygodniowym sprawdzaniu w internecie nadal nie mamy pojęcia co i jak. Udaję się więc do kilku biur podróży i pobieram katalogi. Oferty nas przytłaczają, rzucam więc katalogi w kąt i przystępuję do ataku internetowego jeszcze raz. Chłop udaje, że go to interesuje, ale widze że z ulgą oddaje mi to zadanie. Dobra. Wielogodzinne ślęczenie na komputerze daje jakieś rezultaty, teraz już wiem dokładnie czego chcę od moich miodowych wakacji. Szukam. Z trzech wariantów zostaje jeden. Ten i koniec. Teraz tylko znaleźć agencję, która mi to wszystko zaproponuje w tym właśnie ośrodku i w takiej właśnie formie i - oczywiście - jak najtaniej. Muahahaha... Taniej to pojęcie bardzo względne w tym przypadku. Składam zapytanie ofertowe na każdej stronie internetowej, jaką znajduję, jest tego trochę. Teraz wystarczy poczekać.
Trzy osoby dzwonią niemal od razu, pomimo, że jest niedziela. Plus. Jedna oferta odpada w przedbiegach, dwie kolejne postanawiam przeanalizować, ale muszę poczekać na innych agentów. Do wtorku wieczorem otrzymuję odpowiedzi z około 75 procent biur podróży. Niektóre ceny wbijają w fotel, inne sa bardziej do przełknięcia. Przypominam - pytałam o te same wakacje, dokładnie te same daty, ten sam samolot, ten sam hotel, warunki, wszystko. Rozpiętość cenowa do 25 procent w różnych biurach. No cóż, przynajmniej wybór zmniejszył się nam do dwóch, którzy przedstawili prawie identyczną ofertę. Tych samych, którzy zadzwonili pierwszego dnia.
I wtedy coś mi zaświtało. Pokazałam wyniki Chłopu, zgodził się mną co do wyboru, no i oczywiste, co miał się nie zgodzić, jak mu przedstawiłam cenę o tysiąc funtów niższą od tej, którą planowaliśmy wydać. Mówię więc: "A gdybyśmy tak zrobili sobie przystanek w Dubaju? Może już nie będzie okazji..." Chłop na to jak na lato, w  końcu raz się ma podróż poślubną, co nie? Po ustaleniu tego drobnego szczegółu uzgodniliśmy, że wakacje muszą się więc przedłużyć o trzy dni, i to na początku. Żeby po tym zgiełku i natłoku betonowych wrażeń móc sobie w końcu spokojnie i beztrosko odpocząć od całego świata.
Dzwonię więc do dwóch wygranych agencji i prosze o dodanie "stop over" w Dubaju. Po chwili wracaja do mnie oferty i... tadam! Mamy zwycięzcę. Byli w stanie dać nam cenę ciut tylko niższą niż konkurencja (przypominam: ten sam hotel, te same warunki). To ciut to będzie w sam raz na parking na lotnisku. Ale...
Żeby sfinalizować transakcję i zamówić wakacje, trzeba mieć potwierdzoną datę ślubu. A tej jeszcze nie mieliśmy, bo czekaliśmy na świadectwo urodzenia Chłopa, które mu się gdzieś w życiu zagubiło, a które musimy mieć jak będziemy składać papiery. Już wcześniej wydrukowałam ze strony urzędu wszystkie potrzebne informacje o zawieraniu małżeństwa, razem z aplikacjami i deklaracjami, bo żadne z nas nie wiedziało jak sie to robi w Szkocji. No ale człowiek się przez całe życie uczy. No i pewnego dnia dostaję email od Chłopa, że spotkanie z kierownikiem stanu cywilnego mamy umówione na luty, ślub zamówiony na maj, zaliczka wpłacona, a oto jest lista potrzebnych dokumentów. Powiem szczerze, że serce mi stanęło chyba na minutę. Niby człowiek taki cwany jest, wyluzowany, odważny jak ho-ho, ale jak przyjdzie co do czego do nogi się uginają i mózg się rozpływa. Chyba zejdę na zawał przez ten ślub. No ale to potem, bo teraz muszę Wam jeszcze wytłumaczyć, jak się zawiera małżeństwo w Szkocji (w Anglii chyba podobnie).
Najpierw więc trzeba zgromadzić wszystkie dokumenty. Czyli świadectwo urodzenia swoje i kandydata na małżonka, jeśli zagraniczne to przetłumaczone. Wniosek o zawarcie małżeństwa, pieniądze na opłatę (a jakże!), paszporty poświadczające obywatelstwo, poświadczenie adresu zamieszkania (w UK nie ma czegoś takiego jak zameldowanie), zwykle wystarcza wyciąg z banku lub rachunek za gaz czy telefon. A także certyfikat rozwodu, śmierci małżonka czy zmiany nazwiska, jeśli wymagane.
Jak się to wszystko już zgromadzi, to dzwoni się do urzędu, w którym chce się zawrzeć małżeństwo (albo do właściwego dystryktu w miejscu zamieszkania) i umawia sie na spotkanie z kierownikiem, który to sprawdza wszystkie dokumenty, stwierdza ich ważność, pobiera opłatę i będzie nam udzielał ślubu i rejestrował go w księgach. Na tym spotkaniu ustala się szczegóły ceremonii. Można mieć ceremonię cywilną, albo religijną, w urzędzie, albo w dowolnym zatwierdzonym miejscu. Jeśli w urzędzie, to wybiera się styl i tekst ceremonii (my mamy 3 do wyboru), jeśli poza urzędem to ja nie wiem :-) Zarejestrowanie ślubu w urzędzie jest prostsze, bo dokument zawarcia małżeństwa przynosi na uroczystość urzędnik i po podpisamiu zostaje w urzędzie, natomiast w przypadku ślubu gdziekolwiek trzeba ten dokument odebrać osobiście i dostarczyć go do osoby, która będzie udzielała ślubu, a potem trzeba go do urzędu osobiście dostarczyć. Po zarejestrowaniu ślubu certyfikat zostaje przesłany do domu, albo można go sobie odebrać osobiście jak się chce.
No i to tyle.
Tak więc, mamy już datę ślubu i mamy już zamówioną podróż poślubną. O reszcie będzie później.
So eksajted!

Fot. Huffington post 

czwartek, 25 stycznia 2018

Jak się powiedziało A to trzeba powiedzieć B.

Są zdarzenia, o których się chce śpiewać i pisać wiersze, są takie, które chce się zapomnieć i nigdy do nich nie wracać, są takie, za które się wstydzimy i lepiej żeby o  nich nikt nie wiedział, a są też takie, które chce się obwieścić i wykrzyczeć radośnie całemu światu.
Jak się powiedziało A to trzeba powiedzieć B.
Jeszcze przed Świętami ustaliliśmy mniej więcej co i jak, nakreśliliśmy ogólny plan, stworzyliśmy ramy, w które trzeba dopasować poszczególne elementy, żeby z tych różnych puzzli powstała jedna wielka całość. Jeszcze przed Nowym Rokiem postawiliśmy pierwszą cegiełkę, do której misternie i powoli dobudowujemy kolejne. No dobra, nie tak misternie i nie tak powoli, bo by mnie chyba zeżarło od środka, ja nie lubię brać wszystkiego na przeczekanie, a Chłop mój ma zupełnie takie samo podejście do spraw, jak się już coś ustali to trzeba zrobić natychmiast. No w każdym razie, kiedy tylko będzie to możliwe. Mam już taką naturę, że jak coś trzeba załatwić to załatwiam od razu, jak się nie da to trudno, poczekam, ale przynajmniej wiem że w tym właśnie momencie się nie dało. Lubię mieć wszystko zaplanowane i pozapinane na przedostatni guzik, z dużym zapasem rezerwy jakby co, bo elastyczna jestem i biorę poprawki na różne zdarzenia losowe, ale ta moja elastyczność ma swoje granice, więc dotąd szukam aż znajdę dokładnie to co mi pasuje. Nie ma tak, że idę do sklepu kupić sukienkę, znajduję piękną i taką o jakiej marzyłam, ale jest za duża a mniejszych nie mają, więc kupuję tę z zamiarem zmniejszenia. O nie. Będę jej szukać wszędzie, aż dostanę, może nie dokładnie identyczną, ale taką co pasuje. I tak jest ze wszystkim.
Tak więc, Moili Moi, żeby Was dłużej w niepewności nie trzymać, uchylę rąbka tajemnicy i zdradzę kawałek planu.
1. Sukienka. Nie wiem jeszcze jakiego koloru, a w ogóle nie wiem jaka sukienka, bo mam dwie faworytki, równie piękne. Może zaszaleć i kupić dwie?
2. Buty. Również mam wybrane, ale się zastanawiam czy nie wystarczą mi moje? Mam ich tyle... Ale w sumie, butów nigdy nie za wiele, prawda?
3. Wakacje. Już wybrane, już wykupione, to się nie ma co zastanawiać. No chyba że nad wyborem kremu do opalania. Bo jest tego na rynku, oj jest.
4. Maj. To będzie miesiąc, kiedy wszystko będzie się działo. Nie będzie mnie wtedy za bardzo w internetach, ale chyba zrozumiecie.
5. Urodziny. Nie moje. Chłopa. Poza tym wszystkim jeszcze to. A właściwie to był chyba klucz do decyzji. Będzie miał najpiękniejszy prezent, o jakim mógłby sobie pomarzyć. Czyli mua. Ha ha :-)

No bo jak się powiedziało A to trzeba powiedzieć B. Proste, co nie?




piątek, 19 stycznia 2018

Humor na weekend

Chłop ma jakieś tam szkolenie w pracy. Nawet nie wiedziałam, bo się nie chwalił. No ale sie dowiedziałam, bo prawda jak oliwa zawsze na wierzch wypływa :-)
Wczoraj więc, w łóżku już, opowiada. Że w dniu dzisiejszym było o zarządzaniu czasem. 
"I wiesz" - mówi - "okazuje się, że kiedy idziemy spać, przez pierwsze cztery godziny odnawia się organizm. Tyle jest mu potrzebne do regeneracji. A następne cztery potrzebujemy na reset mózgu". " "I Ty mnie właśnie codziennie tego resetu pozbawiasz!" - odparłam zanim zechciał dodać coś jeszcze.
"Jak to? Ja Cię czegoś pozbawiam?"
"A kiedy to niby ja ostatnio miałam osiem godzin snu?"
Kurtyna.

Dzisiaj rano, jak zwykle, czekam na swoje codzienne cappuccino w pracowej kafejce. A Kasia (tak, pracująca w tej kafejce Kasia z Polski), klnie i wyzywa na czym świat stoi, i po polsku i po angielsku. Jej koleżanka puszcza do mnie oko i mówi: "Pokłóciła się z mężem". A Kasia na to:
"Tak, już mu właśnie wysłałam link do artykułu, że od niespania się umiera". 
"Oho" - myślę sobie - "Kasia musi mieć narowistego męża, spać jej nie daje". A Kasia, jakby słysząc moje myśli:
"...Bo on, kuźwa jasna, już od iluś dni ma nocną zmianę, a potem śpi po cztery godzinny dziennie bo myśłi że mu to wystarczy. A dzisiaj to już przegiął zupełnie. Wrócił z nocki o szóstej rano i co? Zamiast do łóżka ciepłego, do żony się przytulić, to co zrobił? Złapał za aparat i zdjęcia pobiegł na Stare Miasto robić! Bo śnieg!!! Ja Wam mówię, on już długo nie pożyje, jak go brak snu nie zabije to ja to osobiście zrobię!"
Kurtyna.

I dzisiaj właśnie w związku ze snem będzie. Zapraszam :-)


*****
Mama śpiewa córeczce piosenkę na dobranoc. Śpiewa po raz drugi, piąty, dziesiąty. Nagle córeczka pyta:
- Mamusiu, kiedy przestaniesz śpiewać bo chcę już iść spać!


*****
Rano żona do śpiącego męża:
- Kochanie, dzwonił budzik.
Zaspany mąż;
- Tak? A co chciał?


*****
W pokoju hotelowym dzwoni telefon. Zaspany gość podnosi słuchawkę:
- Halo, słucham.
- Czy zamawiał pan budzenie na godzinę szóstą?
- Tak.
- To szybko bo już dziewiąta.


*****
- Panie doktorze, każdej nocy śnią mi się nagie dziewczęta, jak wbiegają i wybiegają z pokoju...
- I chce pan, żeby ten sen się nie pojawiał?
- Nie, tylko chcialem spytać, co zrobić, żeby one tak nie trzaskały drzwiami...


*****
Pijany mężczyzna przychodzi do domu, po cichu rozbiera się, na paluszkach przemierza przedpokój, delikatnie otwiera drzwi i nagle na jego głowie ląduje patelnia, a żona zaczyna awanturę. Kilka dni później skruszony opowiada o tym kumplowi. Ten kiwa z politowaniem głową i radzi:
- Stary, ja mam na to sposób. Jak zdarzy mi się popić, to już zbliżając się do domu, głośno śpiewam sprośne piosenki. Wchodzę do mieszkania z hukiem, tak, żeby w całym bloku słyszeli, w kuchni na wszelki wypadek tłukę dwa talerze, a potem wpadam do sypialni rycząc: ”Żono, przygotuj się! Wrócił twój król seksu i ma ochotę na bara - bara!”.
- I co, i co? - dopytuje się kolega.
- Nic. W takich sytuacjach śpi jak zabita.


*****
Listonosz puka do drzwi, nikt nie podchodzi więc przez dłuższą chwilę naciska na dzwonek. W pewnym momencie słychać otwierające się zasuwy i z pewnym mozołem w drzwiach staje kompletnie zaspany facet - ”śpiochy” w oczach, jeden kapeć i szlafrok. Listonosz patrzy na gościa i zanosi się śmiechem! Tak się śmieje, że aż pada na posadzkę klatki. Lekko zdeprymowany facet z nutą niepokoju w głosie pyta:
- Co jest?
Listonosz wstaje z ziemi, obciera oczy rękawem i mówi:
- Panie, wiele rzeczy widziałem, ale żeby ktoś zapiął szlafrok na dwa guziki i jajko to jeszcze nie widziałem!


*****
Dwóch bankierów rozmawia po krachu na giełdzie.
- I co jak przespałeś dzisiejsza noc?
- Jak niemowlę!
- Co? jak niemowlę? Jak to?
- Cala noc płakałem i dwa razy się zesrałem.


Miłego weekendu!