środa, 19 września 2018

Jak nie sraczka to złośliwość natury

Od dwóch dni chodzę jak chmura gradowa, w niedzielę zaczęłam się trochę źle czuć, ale to nic nowego, raz-dwa razy do roku żołądek daje o sobie znać. Chłop mi nie wierzy, ale dzieje się to zawsze w czasie sezonowej zmiany pogody, wtedy gdy nadchodzą wiatry. Kazałam mu zapamiętać ten dzień i przypomnieć sobie jak zdarzy się to następnym razem.

W poniedziałek rano, jeszcze w domu, wdałam się w dyskusję emailową z pewnym członkiem mojej firmy, tak że spóźniłam się przez niego do pracy. Na szczęście dostałam darmową kawę w pracowej kawiarence. Przydybałam faceta w jego biurze, weszłam i mówię, że musimy pogadać. A on do mnie:
- To słucham.
A ja:
- Nie tu, proszę do sali konferencyjnej.
Szczena mu spadła do poziomu kolan, ale ujrzawszy (prawdopodobnie) błyskawice w moim oku wymamrotał tylko: "O, to aż tak osobiście?..." No cóż, osobiście nie osobiście, nie chciałam, żeby kobieta siedząca z nim w biurze była świadkiem jak go opierdalam.
Opierdoliłam go łagodnie, z uśmiechem na twarzy tłumacząc, że to nie ja z nim pracuję, ale on ze mną i że chyba pomyliły mu się priorytety i niech robi to co ma robić, bo ja za niego tego robić nie będę. No cóż, chyba nieco zrozumiał, bo pozbierał szczękę z kolan i trochę zmienił stanowisko.

Przez cały dzień chodziłam nabuzowana jak szampan przed otwarciem. Hormony szalały, a żołądek im wtórował do wiwatu. Dobrze, że Chłop wieczorem wyszedł na jakieś tam swoje zajęcia, bo by mu się oberwało jeszcze gorzej, a tak to zdążyłam się położyć do łóżka zanim wrócił, a jak już człowiek w łóżku pod ciepłą kołderką leży to raczej ciężko go jeszcze bardziej zdenerwować.
W nocy zerwał się wiatr. Duło i wyło, ale Chłop wstał i zamknął okno więc trochę się uciszyło w domu, ale potem zaczął padać deszcz i walić tymi cholernymi kroplami w okna, więc nie mogłam usnąć, i tak do rana.

Obudziłam się (czy ja w ogóle spałam?) wykończona i jeszcze bardziej wkurzona niż dzień wcześniej, Chłop dostał opiernicz z samego rana, bo sobie zrobił owsiankę, a mi durne musli z owocami. Pytam:
- A dlaczego mi nie zrobiłeś owsianki?
A on (zgodnie z prawdą):
- No bo ostatnio mówiłaś, że nie lubisz owsianki i mam Ci nigdy nie robić.
A ja:
- No ale dzisiaj chciałam i co, teraz muszę te wstrętne płatki z zimnym mlekiem jeść...
A Chłop:
- No to masz moją owsiankę, a ja zjem Twoje płatki.
A ja:
- A ja już nie chcę!
Na wychodnym jeszcze miałam na tyle roszsądku, że przyznałam, że od dwóch dni jestem wkurzona i będę taka wstrętna aż mi nie przejdzie a on ma być cierpliwy i z godnością mnie znosić.

W pracy prawie wszystkich rozszarpałam, przynajmniej wzrokiem. Chciałam żeby mnie zostawili w spokoju na cały dzień, a tu jak na złość, telefony, emaile, sprawy do załatwienia. Na dodatek sprawdziłam (nie wiem po co) stronę z naszymi wakacjami i się okazało, że maja jeszcze jedną kabinę dostępną w trochę niższej cenie. No cholera jasna. Jak mi się udało przeżyć ten dzień to sama nie wiem. Toczyłam pianę z pyska i para buchała mi z uszu. Ale to jeszcze nic. Kiedy weszłam na parking i zobaczyłam mój samochód, ziemia zatrzęsła się w posadach. Przynajmniej takie miałam wrażenie. Gdybym miała moc, toby w tamtej chwili cała okolica spłonęła żywcem i spłynęła lawą. Mój piękny czarny samochód, stojący samotnie na pustym parkingu, cały uwalony ptasimi odchodami. Ja nie wiem, co te ptaszyska żrą, połowa placków wyglądała jak nie do końca zastygły beton, a druga połowa jak zaschnięty dżem porzeczkowy. Zaklęłam siarczyście, wsiadłam do samochodu i nie włączając wycieraczek pojechałam tak,  z przednią szybą obsraną tak, że musiałam głowę przekrzywiać żeby coś zobaczyć. Przez całą drogę czarowałam, żeby mnie nie minął żaden patrol policji i żeby mi żaden kot na drogę nie wyskoczył i żąden durny kierowca. Na szczęście zajechałam do domu bez przygód, po drodze dzwoniąc do Chłopa z żądaniem instrukcji, gdzie mogę w naszym garażu znaleźć przyrządy do mycia samochodu (bo myjnia w mojej pipidówie już była niestety zamknięta).

W domu rzuciłam wszystko, nakarmiłam szybko koty, założyłam wodoodporną kurtkę i poszłam myć samochód. Wiało jak cholera, a ja tak szorowałam te gówna i szorowałam, a potem długo płukałam i płukałam tym wężem, a jak skończyłam to jeszcze zdążyłam pochować te wszystkie wiadra i gąbki do garażu. Po czym niebiosa się otworzyły i zaczęła się prawdziwa ulewa...

Wiecie jak wygląda wstrząśnięty szampan tuż przed otwarciem? Tak właśnie wyglądałam ja.


poniedziałek, 17 września 2018

Co nowego w internecie

Stefka czasami się w weekendy nudzi i ogląda internety. Czasami po weekendzie podsyła mi filmiki do pośmiania. Dzisiaj podesłała mi taki. Króciutki. Ale oglądajcie koniecznie z głosem. Koniecznie. 


Do następnego razu :-)

piątek, 14 września 2018

A na pewnym forum...

Nie wiem, czy zacząć nowy cykl humorystyczny, w każdym razie poszukując informacji w internecie (jak zwykle) natknęłam się na pewne forum. Zaciekawiły mnie niektóre tematy, a dwa zwaliły mnie z nóg. Czy my już mamy dwudziesty pierwszy wiek? Poprawiłam interpunkcję, bo niekiedy ciężko się czyta, ale pisownię zachowałam oryginalną.
Zapraszam. 


*****
Pisze zaniepokojona mama:

"Witam, od paru nocy moj Maluszek strasznie płacze, robiłam wszystko, dawałam krople na kolki, syropek przeciwbólowy, nic nie pomagało.
Wczoraj wieczorem byłam z małym sama, mam 7 miesięcznego dużego psa, leżał z nami na lozku, nagle wstał, stanął koło drzwi patrząc w stronę korytarza i salonu, strasznie się najerzyl, zaczął szczekać i podbiegł szybko do małego. Myślałam, ze leżało coś na podłodze i się przestraszył, ale zaczął znowu tam podchodzić i szczekać, piszczał i ciagle siedział przy małym, najchętniej to by na niego wszedł.
Rozmawiałam z mama  babcia i opowiadały mi ze do zauroczonego dziecka przychodzi zmora, wiem ze to może śmiesznie brzmieć, ale może jakas mama tez miała podobna sytuacje?"

Następuje kilka podbudowujących zmartwioną matkę odpowiedzi, w tym takie:

"A ja ci powiem szczerze, że najlepiej rozważyć wszystkie opcje wliczając w to zmorę bądź jakiś dręczący dziecko byt.
Skoro pies warczał stał blisko małego to pewnie coś widział, tak samo jak mały bo małe dzieci podobno też byty i zmarłych widzą."



"Ja uważam, że psy widzą więcej niż ludzie! Nie lekceważyłabym tego!"


"Dokładnie, bo dziecku może się coś jeszcze stać co gorsza nie wiadomo z czym maja odczynienia później może być gorzej. Lepiej zacząć działać za wczasu."


I nareszcie to, na co czekałam:

"A ja myślałem, że to będzie jakiś problem z nastolatkiem. Że nieodpowiednie towarzystwo, dla syna/córki. LOL
Do spowiedzi idź autorko, bo będziesz się smażyć w kotle."




*****
"Odkąd pamietam zawsze miałam dużo kelgów, ale żaden z nich nie nadawał się na jakiegoś porządnego chłopaka. Miałam iśc z kim do kina i na imprezy, nie brakowało mi tez propozycji łóżkowych , ale żadna z tych znajomości nie była tą właściwą znajomością, wiecie taką, która poderwie serce, dusze i wszytskie wnętrzności. Zaczaruje mi świat i sprawi, że będę umierać po nocach z miłości do kogoś. Nie, nie było czego takiego. Zero iskry Bożej, zero romantycznych uniesień, ciągle tylko nudna, cenna oczywisćie ale nudna, w tym sensie ze ciagle tylko przyjaźń. Koleżanki powychodziły za mąż, poznajdowały swoej drugie połówki jabłek i pomarańczy a ja nic. Niby nie samotna bo otoczona wianuszkiem adoratorów, ale jednak w głębi serca sama. Miałam 29 lat i już straciłam nadzieje. Wtedy moja babcia podsunęła mi pewną modlitwę do Św Józefa i obrazek i kazała się modlić. Na poczatku wydało mi się to oczywiście śmieszne, całe życie szukam tego Jedynego a tu nagle jakiś świety z obrazka miałby mi nagle pomagać. Niemniej postanowiłam spróbować, choćby po to żeby udowodnić babci, ze nie ma już żandej nadziei i że w mojej sytuacji i święty Boże nie pomoże Odmawiałam tą modlitwę dzień w dzień rano i wieczorem, przez pół roku. I oto - stało się. Byłam na wakacjach z koleżanka w Chorwacji i poznałam Rafała. I rzeczywiście było w końcu trzęsienie ziemi w moim sercu i miłość od pierwszego spojrzenia. Cztery miesiące po spotkaniu już wychodziłam za mąż. Dzisiaj po dwóch latach jestem nadal bardzo szczęśliwa i mamy już nawet owoc naszej miłości, roczną córeczkę. Możecie się ze mnie śmiac, ale ja jestem przekonana, ze dzięki modlitwie do Świętego Jóżefa jestem dziś tak szczęśliwa jak jestem. Wszystkim poszukującym polecam tą modlitwę, warto jej zaufać...

Święty Józefie przeczysty Stróżu Dziewicy
Dziękuje Ci że jeszcze nie wyszłam za mąż,
Święty Józefie ty wiesz kto ma zostać moim mężem,
pozwól mi spotkać tego człowieka,
spraw aby był to człowiek dobry,
który będzie mnie kochał i szanował
tak jak ty kochałeś i szanowałeś Najświętszą Maryję,
Święty Józefie doprowadź do zerwania każdej znajomości,
która nie podoba się panu Bogu,
Obiecuję Ci dochować czystości przedmałżeńskiej,
Nadać pierwszemu dziecku na imię Józef,
oraz mówić wszystkim, że takiego dobrego męża mam dzięki Bogu i Tobie."



Oczywiście pojawia się kilka odpowiedzi od osób wierzących, że modlitwa pomaga i takie tam, pochwały na rzecz świętych. Pół strony dalej znajduję to, na co czekałam, czyli wiaderko chłodnej wody na głowę:

"Daj spokój dziewczyno. Modlitwa modlitwą, ale ty wskoczyłaś facetowi do łóżka po króciutkiej znajomości i po równie krótkiej wyszłaś za niego za mąż.
W zasadzie teraz nie pozostaje ci nic innego jak modlić się oby to uczucie szybko nie wygasło ponieważ twój wzorzec wychodzenia za mąż powiela większość kobiet ( krótka znajomość, do łóżeczka,dziecko w drodze), po czym po kilku latach stają sie nieszczęśliwe i nie kochane. Oby w twoim przypadku było inaczej."



Ale nagrodę główną otrzymuje ode mnie autorka tej wypowiedzi:

"Ogromną moc ma wytrwała modlitwa. Dzisiaj bardzo żałuję, że nie znałam tej modlitwy wcześniej. Ja swojego męża niestety wybrałam sama, niestety nie był to dobry wybór."




Widać, że wiara w dzisiejszych czasach bardzo podupadła, nieczęsto bowiem na ulicy spotkać możemy małego Józefka :-)



czwartek, 13 września 2018

No i się wydało!

Poszłam wczoraj do lekarki, bo się umówiłam jak kazali, chociaż wiedziałam, że usg nie wykazało żadnych niepokojących zmian, ani żadnych zmian w ogóle, wszystko ładne i zdrowa jestem jak ten przysłowiowy koń.
Usiadłam na krześle, pani przekazała mi informacje jak powyżej, po czym patrzy na mnie i pyta: "No i co o tym wszystkim sądzisz?". No co ja sądzę. Mówię, że nie wiem. Że cieszę się, że jestem zdrowa, ale coś mi na pewno dolegąło i to porządnie, na szczęście już nie dolega. I że na razie to ja chcę się doprowadzić do porządku, bo mam już dość. Ale - mówię - coś mi nie daje spokoju. Bo byłam skierowana do gastroenterologa, po cholernie długim oczekiwaniu wreszcie mnie przyjęto w zeszłym roku, poszłam, zrobiłam wszystkie badania i słuch o nich zaginął. Napisałam do lekarza, ale bez rezultatu. No ale daję sobie sprawę - mówię - że jakby coś było nie tak toby się ze mną skontaktowali, niemniej jednak nieładnie że nic nie wiem, bo chyba powinnam.
"Czekaj - mówi pani - bo coś mi tu świta" i szuka coś po komputerze. I znalazła. Bo oni tu wszystko mają przecież zapisane w systemie. Otóż list do mnie był, ale wysłali go na mój stary adres, pod kórym nie mieszkam już od półtora roku.
No cóż, nie będę teraz roztrząsać dlaczego mi go tam wysłali w listopadzie 2017, a nie tam gdzie mieszkam, ważne że coś jest i jednak odpowiedź była.

"Szanowna Pani Taka i Taka, w związku z Pani wizytą tu i tu miło mi potwierdzić, że z Pani flakami nic jednak nie jest, nie ma pani żadnych alergii pokarmowych ani nic, więc wszystko fajnie, poza tym, że mogę potwierdzić że masz Pani jelito wrażliwe i zalecam udanie się do dietetyka w celu pogadania se o tym co jesz nie tak, a najlepiej jakbyś już zaczęła se stosować ten FODMAP". 

W tym mniej więcej sensie. Więc - jednak jestem zdrowa jak koń, huraaaa!
Minę miałam chyba trochę tępą, bo pani się zapytała, czy chcę spróbować tego dietetyka. A ja na to, że chyba tak, ale co to ten FODMAP? Wyszukała mi pani w internetach, linka zapisała, opowiedziała mniej więcej na czym to polega i czy chcę spróbować. No ba!

Co to jest dieta FODMAP, a raczej po angielsku low FODMAP diet?

FODMAP to skrót, którego nazwę tworzą pierwsze litery poszczególnych elementów:

- Fermentujące
- Oligosacharydy
- Disacharydy
- Monosacharydy
- And (i)
- Poliole

Naukowcy australijscy odkryli, że pewne rodzaje węglowodanów są odpowiedzialne za pojawienie się objawów IBS (Irritated Bowel Syndrome), czyli Zespołu Jelita Drażliwego po polsku.
Produkty FODMAP, mające wybitne skłonności do fermentowania, bardzo słabo się absorbują w jelicie cienkim osoby cierpiącej na IBS, trafiają więc do jelita grubego, wiążąc wodę i wchodząc w żywiołową reakcję z bakteriami jelitowymi. Choć jelita wyglądają na zdrowe, to jednak chorzy odczuwają ostry ból powodowany zwiększoną ilością płynów podrażniających komórki nerwowe. Niestrawiony FODMAP bawi się entuzjastycznie z bakteriami jelitowymi, wywołując gazy i wzdęcia, które naciskają na wyściółkę jelita i powodują ostry ból.

Choroba jest ciężka do zdiagnozowania i przebiega różnie u różnych osób, tak samo jak różnie chorzy reagują na FODMAP. Jedni na przykład tolerują laktozę, inni nie. Z tego względu bardzo ważne jest ustalenie, które grupy produków szkodzą konkretnej osobie, a najprostszym i najbardziej efektywnym sposobem jest dieta eliminacyjna.
Dieta składa się z dwóch faz:
1. Eliminacja trwająca 4-6 tygodni, polegająca na wyeliminowaniu wszystkich FODMAP z jadłospisu
2. Etap ponownego powolnego wprowadzania wyeliminowanych pokarmów. Niestety, nie wszystkie pokarmy udaje się przywrócić, to zależy od wrażliwości konkretnej osoby.

Lista produktów dozwolonych i niedozwolonych jest długa i nie będę jej tutaj przytaczać, można sobie znaleźć w internecie.

Porozmawiałyśmy sobie jeszcze chwilę z panią doktor, wydrukowała mi list od gatrologa, wysłała moje skierowanie do dietetyka, umówiłam się na badanie krwi na tarczycę w listopadzie i poszłam.

Czego ja pani nie powiedziałam, to tego, że ja dokładnie taką dietę eliminacyjną przeprowadziłam już kilka lat temu, nie zdając sobie sprawy z istnienia jakiegoś FODMAP. Doskonale wiem, co mi szkodzi. Miałam tylko nadzieję, że powoli będę mogła zacząć jeść wszystkie owoce i warzywa i może nawet pumpernikiel. Przynajmniej teraz wiem, dlaczego mam niedobory witamin. Nie wchłaniam.

Wizyta u dietetyka się przyda, choćby ze względu, że nigdy nie byłam :-)



czwartek, 6 września 2018

No i znów jedziemy

Już tydzień po powrocie z Malediwów zastanawialiśmy się, gdzie teraz. Trochę ciężko było z wyborem, bo wydaje się, że TAMTYCH wakacji to nic nie przebije, no ale to był miesiąc miodowy. Chłop wymyślił Karaiby, ale ja uparłam się, że w tym roku to ja chcę zachować wspomnienie naszej cudownej wyspy i  raczej jakieś małe wakacje bym wolała. Szukałam, szukałam i wyszukałam. Ponaradzaliśmy się, podyskutowaliśmy i ustaliliśmy, że w październiku jedziemy na wycieczkę statkiem. Znowu cruise. Tym razem jednak egzotycznie bardzo - w poszukiwaniu Zorzy Polarnej, do Norwegii.
Cena była dość wysoka, ale spadła, potem znowu wzrosła i tak trzymała się przez kilka tygodni. Ja byłam twarda. Kazałam czekać. Dzień za dniem upływał, w końcu minęło te przysłowiowe sześć tygodni, kiedy to niby ceny spadają, a ta cholera jednak nie spadła. W poniedziałek Chłop już się zaczął denerwować, już będzie bukować, ale mówię: czekaj. Wczoraj wchodzę na stronę (zawsze zamawiamy przez internet), cena taka sama. Ale coś mnie tknęło, nacisnęłam "Wybierz", zaniosło  mnie na stronę, gdzie się wybiera kabiny. Tylko najtańsze były do wyboru, czyli i tak takie jak byśmy zamawiali, reszta wyprzedana. Nacisnęłam "Dalej", do strony z potwierdzeniem wyboru, dodatkowymi opcjami itede. Przeczytałam, idę "Dalej", to już ostatnia strona przed płaceniem. Patrzę, a tam na górze taki pasek z informacją: "Pragniemy Cię powiadomić, że cena właśnie została dla Ciebie obniżona i wynosi..." tyle co było kiedy bylo najtaniej. Oho. Piszę sms'a do Chłopa, że trzeba zamawiać. On mi odpisuje, ze patrzy właśnie na stronę, a cena taka jak była. No to dzwonię i tłumaczę co i jak. Dla pewności, robię to samo na komórce i to samo mi wyskakuje, super cena. Umawiamy się, że zamówimy wieczorem.
Wieczorem usiedliśmy przed komputerem, przeszliśmy jeszcze raz całą procedurę, cena na pasku wyskoczyła super, potwierdziliśmy, zapłaciliśmy. No i git.
Dzisiaj rano wchodzę na stronę, szukam z ciekawości, czy cena się znowu nie zmieniła, nie wiem po co, chyba żeby sobie w gębę pluć jak jeszcze bardziej spadnie. Patrzę, a tu: "Niestety, wyszukiwanie nie przyniosło rezultatu". No jak kurde nie przyniosło jak wpisuję to samo co zawsze, zresztą zapamiętane mam to jak ma się nie znaleźć. Wpisuję jeszcze raz, wymazuję historię przeglądanie i cookies, nic. Nie ma. Loguję się na stronę klienta, żeby sprawdzić rezerwację, wszystko OK. Potwierdzone. Okazuje się, że wakacje właśnie zostały wyprzedane! Coś takiego jeszcze mi się nie zdarzyło. Wydawało się, że cruise do Norwegii, w październiku, gdzie na północy może być nawet i zero stopni i śnieg, jest jednak popularny jak mało co. Miałam nosa, prawdopodobnie jakbyśmy czekali jeszcze to byśmy już nie zamówili. Może gdzieś jeszcze jakieś firmy pośredniczące mają to w ofercie, ale nie sprawdzałam. Ciesze się, że zamówiliśmy i że jedziemy.
Jedyny minus to to, że wypływamy z Southampton, a to jest w cholerę daleko, jakieś dziesięć godzin samochodem. Samolotem się nie opłaca z powodu bagażu, ale w sumie to i tak podróż by wyniosła jakieś pięć godzin więc jedziemy samochodem. Jeszcze nie planowaliśmy podróży, może zrobimy to na raz, może się zatrzymamy u Dziadka na noc, bo mieszka dokładnie w połowie trasy, zobaczymy. Na razie przeglądam lokalne atrakcje, bo jak zwykle, chcę z tych wakacji wydobyc jak najwięcej. Trasa jest imponująca, bo wzdłuż fiordów, a przystanki będziemy mieli w Bergen, Flam, Hellesyt (tylko na chwilę, bo jedna z całodniowych wycieczek wyrusza stamtąd do Geiranger, gdzie statek będzie stał cały dzień), Molde, Tromso, Honnigsvag, Harstad, Leknes Lofoten i Stavanger. Jakby kto miał jakieś sugestie co do zwiedzania to chętnie posłucham, bo mi te egzotyczne nazwy nic nie mówią. Wiem co to Bergen i Stavanger, to wszystko :-)
Statek będzie największy z brytyjskiej floty, na takim jeszcze nie byłam. Ma 11 pokładów, 7 restauracji, 7 barów, pięcio-piętrowe atrium, basen zewnętrzny, który jak przypuszczam będzie wyłączony z obiegu, basen wewnętrzny (kryty), pole do mini-golfa, ścianę wspinaczkową i kino. To wszystko oprócz tego co normalnie, czyli kasyna, sali do występów rozrywkowych, dyskoteki, spa, sali do ćwiczeń, sali do gier, biblioteki, sklepów i różnych takich.
Chłop traktuje to jako relaksacyjne wakacje na statku, biedny, nie wie co ja dla niego szykuję, he he he...


poniedziałek, 3 września 2018

Program naprawczy

Po rozmowie z lekarką humor mi się poprawił. Następnego dnia czekała już na mnie w aptece dodatkowa dawka tableteczek (sa naprawde malutkie). Tak że od dnia następnego wdrożyłam program samo-naprawczy, bo każdego dnia coraz gorzej tylko ze mną było. Ociężałość i ospałość sięgnęły zenitu w sobotę, większość dnia spędziłam na sofie, w międzyczasie upiekłam chleb i jabłecznik oraz ugototwałam polędwiczki w sosie pieczarkowym, które to Chłop ocenił na 12 (w skali 1-10) Faktycznie, pyszne były. W międzyczasie zdarzył mi się przypadek bardzo dokuczliwego ataku astmy, po którym życie ze mnie uszło podwójnie, ta substancja z inhalatora powoduje u mnie objawy uboczne, ale tylko chwilowe. Więc jak już wróciłam do żywych to zaczęłam się ponownie doszkalać z niedoczynności tarczycy u kobiet w moim wieku. Znalazłam kilka dodatkowych ciekawych informacji oraz sugestii dotyczących przyjmowania suplementów poprawiających jakość życia. Przetrawiłam te wszystkie informacje i postanowiłam.
Następnego dnia zakupiłam sobie zestaw witamin dla kobiet bez zawartości soi (bo soja jest niewskazana w niedoczynności tarczycy) i tabletki z Black Cohosh, czyli po polsku pluskwica groniasta. I tak od wczoraj się suplementuję. I dodatkowo codziennie wieczorem pijemy razem z Chłopem herbatkę ze skrzypu. On lubi takie eksperymantalne napoje, a jak jeszcze mu powiedziałam, że to dobre na włosy, to od razu zaczął sobie robić po dwie dziennie, aż mu zabroniłam, bo dla mnie zabraknie :-) Tak naprawdę, to jest napisane na opakowaniu, że nie zaleca się więcej niż jednej dziennie, więc niech się Chłop lepiej trzyma dawki. Ostatnim punktem naprawczym będzie ścięcie włosów, ale na to poczekam aż mi skończą wypadać. Jeśli jeszcze będzie co ścinać...

sobota, 1 września 2018

Dżin z tonikiem na szmacie

Uśmiałam się do łez czytając ostatni wpis mojej imienniczki Iwony o mediach społecznościowych. I jak tak płakałam, to mi się przypomniała taka historia z mojej własnej sypialni (już widzę jak zboczenice przewijają tekst w poszukiwaniu opisu scen łóżkowych, ha ha ha!)

Było to zupełnie niedawno, niedługo po tym jak do domu mego przywędrował Kindelek, z którym nie mogłam rozstać się ani na chwilę, zresztą nadal nie mogę. Czytam sobie i czytam i czytam. Siedzę przy stole, garść fistaszków już pożarłam z nudów, bo ja z czytaniem to tak mam jak z oglądaniem filmów, nudzi mi się jedna czynność więc muszę wykonywac dodatkowo na przykład mlaskanie lub siorbanie, a zazwyczaj jedno i drugie. Myślę sobie, mam dżinów ze cztery butelki, nowy tonik zakupiłam niedawno po siedemdziesiąt pięć pensów za sztukę, buteleczka taka, że zaledwie na jednego drinka wchodzi, ale za to zdrowy i w szkle. Bo podobno od takiego toniku to głowa na drugi dzień nie boli. No więc wstałam, wsypałam cztery kostki lodu, zawsze cztery, muszą być cztery no chyba że Chłop zrobi to wtedy dwie. Wlałam dżinu od serca, dopełniłam tonikiem ze szklanej zdrowej butelki, dodałam tych tam, jak one się nazywają, botanicals (czyli zasuszone części roślin żeby czymś to smakowało) i dołożyłam papierową rurkę, ekologiczną.

Ale że siedzieć w kuchni przy stole mi się znudziło, to zabrałam Kindla z Drinem i udałam się do sypialni, kontynuować czynność czytania w pozycji horyzontalnej. Wymościłam się na łóżku, przykrytym narzutą na okoliczność kotów. Ale ten Drin. No ale w końcu od czego sie ma super hiper materac hybrydowy, taki, na którym można położyć filiżankę z kawą, a potem uprawiać ostry seks i nic się nie wyleje. Co prawda nigdy jeszcze takiej akrobatyki nie próbowałam, ale jak producent zapewnia to chyba można zaufać. Postanowiłam dać ten kredyt zaufania, odsunęłam jednak profilaktycznie narzutę razem z kołdrą, postawiłam Drina na szmacie (prześcieradle), ale nie, nie udrapowałam jej jak w poście Iwony, gupia nie jestem,  jeszcze mi się Drinek potknie. Gładko było.

Umościłam się ponownie, przesuwam lekko, przekręcam z boku na bok, Drin ani drgnie. No tak to ja czytać lubię. Czytam, czytam, od czasu do czasu sięgam po szklankę i robię łyk, napawając się smakiem i aromatem. Czytam więc i czytam. Odwróciłam się na drugi bok, tyłem do szklanki. Czytam. Przekręcam się lekko sięgając po szklankę jak poprzednio i nagle jak nie szurgnę tej rurki papierowej, z całym impetem rurka się zaczepiła o rant szklanki i wszystko się pięknie wy**liło.

Zdążyłam wysiorbać resztkę dżinu z tonikiem zanim zaczęło przesiąkać. Jedno Wam powiem - materac mam naprawdę super! 


Photo: www.irishnews.com 



piątek, 31 sierpnia 2018

O miłości

Istnieje teoria, że zakochujemy się tylko 3 razy w życiu, a każde doświadczenie miłosne ma specjalne przeznaczenie. Każde z nich spełnia inny cel w naszym życiu, ale wszystkie są równie ważne.


1. Miłość jak z bajki

Dorastamy oglądając ten typ miłości na ekranach kin, w programach telewizyjnych, słuchając bajek na dobranoc o królewnach i królewiczach, którzy na zakończenie "żyli długo i szczęśliwie". To jest miłość, o której marzymy od najwcześniejszych lat i wierzymy, że jest łatwa do znalezienia.

To miłość "z iskrą w oku", zazwyczaj zdarza się w młodości, czasami jeszcze w szkole. Zapadamy na nią myśląc, że to jest to ta jedna jedyna na świecie i kogo to obchodzi, że nie wszystko dzieje się jak powinno, kogo obchodzi, że dławimy się we własnych wartościach, żeby tylko "się udało". Oboje udajemy kogoś, kim tak naprawdę nie jesteśmy, aby tylko podnieść nasze znaczenie w oczach tej drugiej osoby, aby tylko kochała nas tak samo jak my ją, aby tylko nie odeszła. Głęboko wierzymy, że to jest właśnie to, czym powinna być miłość. Opinie innych osób i ich spojrzenie na rzeczywistość są ważniejsze od naszych uczuć i potrzeb, ponieważ to jak nas widzą inni jest ważniejsze od tego, jak my sami się czujemy.

To jest miłość, która wygląda wspaniale - na papierze i w oczach reszty społeczeństwa - ale gdzieś głęboko wiemy, że coś jest nie tak.


2. Trudna miłość

Teraz oddychaj głęboko... Wszyscy wiemy, jaka to jest miłość, nie muszę dodawać nic więcej. To jest miłość, która boli. Miłość, która doprowadza Cię wciąż i wciąż do skraju wytrzymałości i w końcu powala na kolana. Wyjąc w samotności zastanawiasz się, w którym momencie to się popsuło, albo czy kiedykolwiek było naprawdę dobrze. Ta miłość boli, bo opiera się na kłamstwie, manipulacjach, nierzadko fizycznym bólu.

Ten rodzaj miłości uczy nas, kim jesteśmy, ale przede wszystkim uczy nas czego nie chcemy w życiu i w związku. Na początku wydaje nam się, że nasze wybory są inne niż te, których dokonywaliśmy pochłonięci pierwszą miłością, ale tak naprawdę ciągle wybieramy po to, żeby odrobić kolejną lekcję z życia. W końcu uzależniamy się, czy tego chcemy, czy nie. Taka miłość staje się cyklem, ciągle i stale powtarzającym się cyklem, ponieważ wierzymy, że skończy się lepiej niż poprzednio. I tak, za każdym razem próbujemy od nowa i za każdym razem kończy się jeszcze gorzej niż było.

To wyniszczająca, niestabilna, egoistyczna miłość, pełna emocjonalnego, psychicznego czy nawet fizycznego znęcania się i manipulacji, w każdym razie i bez wyjątku dramatyczna. Zupełnie jak w ulubionym filmie czy książce, to co trzyma nas w napięciu to podtrzymywanie dramatu. To emocjonalny roller-coaster z ekstremalnym odchyleniem, i tak jak narkoman poszukujący działki tak i Ty pokonujesz pętle, nagłe zwroty i skręty i najniższe doły mając nadzieję na jeden wzlot.

To jest ten rodzaj miłości, gdzie Twoje niekończące się próby utrzymania jej stają się ważniejsze od niej samej. To jest miłość, gdzie pragniemy, żeby wszystko bylo dobrze, a kiedy nie jest - bo nigdy nie będzie dobrze - czujemy się pokonani, w głębi duszy wiemy, że to dla naszego dobra ale próbujemy, wciąż próbujemy. Z tej miłości bardzo trudno się wychodzi.


3. Nagła i niespodziewana miłość
To jest miłość, która przychodzi z lewej strony, kiedy Ty patrzysz w prawo. Taka, która na pierwszy rzut oka wygląda niewłaściwie, a jednak niszczy wszystkie nasze dotychczasowe wyobrażenia o tym, czym miłość tak naprawdę być powinna. Taka, która przychodzi tak łatwo, że wydaje się niemożliwa i wręcz nieprawdziwa. Bo kiedy coś wydaje się za dobre, żeby było prawdziwe, to prawdopodobnie nie jest, prawda? Więc początkowo czekasz na jakąś katastrofę, która musi się wydarzyć, ale - uwaga, uwaga! - ona jakoś nie nadchodzi.

To nagłe połączenie dusz ciężko jest określić potocznym określeniem "miłość zwala z nóg", bo po prostu tego nie planowaliśmy, nie czekaliśmy na to, samo przyszło. Jakoś wszystko wydaje się współgrać i czujecie, że po prostu do siebie pasujecie jak połówki jabłka. Nie ma żadnych oczekiwań co do tego, jak każde z Was się będzie zachowywać, jak ubierać, jak rozmawiać, nie ma żadnej presji żeby udawać cokolwiek. Jesteśmy akceptowani w zupełności za to kim jesteśmy i przyznaję szczerze, to naprawdę może wystraszyć. Ten rodzaj akceptacji kompletnie wstrząśnie Tobą i zmieni do cna wszystkie Twoje przekonania o miłości.

To nowe doświadczenie zupełnie nie pasuje do obrazu miłości, jaki sami sobie stworzyliśmy. Nagle jakoś jednak udaje się zniszczyć wszystkie przyjęte wcześniej założenia i odkrywamy, że miłość niekoniecznie wygląda tak ją widzimy w filmach, niekoniecznie tak jak przedstawia się ją w książkach. To jest miłość, która stawia nas na nogi i pozwoli odkryć lepszą wersję samego siebie. To jest miłość, na którą zasługują wszyscy i chce się, aby każdy taką znalazł.

To jest miłość, która wygląda dobrze, bo właśnie taka jest.



Nie każdy ma szansę doświadczyć każdego rodzaju miłości w ciągu życia, być może dlatego że nie jesteśmy na to gotowi. Być może prawda jest taka, że musimy się nauczyć czym miłość nie jest, zanim zrozumiemy co ona tak naprawdę znaczy. Być może potrzebujemy całego życia żeby przejść każdą lekcję z osobna, albo, jeśli mamy szczęście, wystarczy nam na to zaledwie kilka lat.

Oczywiście są tacy, którzy zapadają na miłość tylko raz i jakoś to trwa od pierwszego spotkania, poprzez małżeństwo i wspólne życie, do ostatniego oddechu. Słyszymy opowieści o ich pierwszym spotkaniu, o miłości od pierwszego wejrzenia, po czym nabieramy przekonania że jednak to jest możliwe i że takiej miłości chcemy dla siebie. Spoglądamy na poszarzałe fotografie dziadków i myślimy: "Tak, oni się naprawdę kochali, oni mieli szczęście". I być może mieli.

Ale gdyby zapytać mnie, to uważam, że właśnie ci, którzy dotrwali do tej trzeciej miłości - nieważne jak długo to trwało - właśnie ci są najbardziej szczęśliwi. Ci, którzy wydawali się porzucić nadzieje po wszystkich miłosnych zawodach i porażkach, ale jednak próbowali dać miłości jeszcze jedną szansę.

Jeśli chodzi o miłość (nie tylko o miłość, ale o niej tu mowa), nie wierzę w przeznaczenie, wierzę za to w wolny wybór.
Nie wydaje się to za bardzo romantyczne, ale ma za to znacznie głębsze znaczenie. Wierzyć w przeznaczenie to wierzyć, że gdzieś tam jest ktoś, specjalnie dla ciebie wybrany, idealnie dopasowany. Wierzyć w przeznaczenie oznacza bierność. Wybór natomiast oznacza, że sami znajdujemy kogoś do kochania i sami decydujemy o tym, czy chcemy z nim być, pomimo niedoskonałości, pomimo wad. Niekoniecznie oznacza to "kochać mimo wszystko", bo jeśli wada partnera jest na tyle upierdliwa, że nie potrafimy dać sobie z nią rady, to niestety nie wróży najlepiej i taka miłość może się okazać być z rodzaju number 2. Ale to w końcu nasz wybór, jeśli odrobiliśmy wszystkie lekcje z życia to taka sytuacja nie powinna się zdarzyć. 

Nasze życie to nasze wybory. Możemy więc wybrać przyszłość z pierwszą miłością, tą która uszczęśliwia wszystkich, tylko nie nas. Możemy wybrać drugą miłość, ma to sens przy założeniu, że jeśli nie trzeba o coś walczyć to znaczy że to nie ma wartości. Albo możemy skoczyć na głęboką wodę i wybrać wiarę w trzecią miłość. Możemy wybrać miłość, która buduje, która sprawia, że czujemy się jak w domu, która jest skarbem naszego życia, z którą chcemy spędzić resztę swoich ziemskich dni.

Oczywiście, nigdy nie zapomnimy uroków pierwszej milości, zawszę będziemy mieli jakieś słodko-gorzkie wspomnienia drugiej, ale dopiero trzecia tak naprawdę zapiera dech w piersi i odświeża, odbudowuje. Miłość, której nigdy się nie spodziewałaś(eś). Miłość, która pokaże Ci, dlaczego nie ułożyło Ci się (lub popsuło nagle) z nikim wcześniej. Taka, którą pewnego dnia będą przeżyć chciały twoje dzieci i wnuki.

W obecnych czasach zupełnie nie docenia się znaczenia tej ostatniej, najważniejszej miłości. Dlatego, kiedy już w końcu uda Ci się znaleźć kogoś ważnego, kiedy wybierzecie siebie wzajemnie, kiedy uznasz, że jest to TA osoba, jedyna i ostatnia, na zawsze, będzie to naprawdę wielka sprawa, której nawet przeznaczenie się nie oprze.


-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Opracowanie własne na podstawie artykułu znalezionego na https://www.readunwritten.com/

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Krótka notka o tym że żyję, ale co to za życie

Jak w tytule. Żyję, ale co to za życie.
W połowie lipca walnęło mnie coś w prawym boku, łupnęło i nie popuściło przez dwa dni. Nie byłam w stanie schodzić po schodach, na szczęście łazienkę mam na piętrze, a jeść mi się nie za bardzo chciało. Był moment, że prawie zdecydowałam, żeby mnie Chłop do szpitala wiózł, ale po chwili uznałam, że sytuacja nie jest z rodzaju tych krytycznych, więc przetrzymałam z postanowieniem, że jak nie przejdzie to pojadę następnego dnia. Ale następnego dnia zaczęło trochę puszczać, na tyle, że nie odwołałam rodzinnej kolacji w restauracji z dzieckami. Dziecka wyraziły najgłębsze zdumienie, że matka nie pije alkoholu i je też nie za bardzo, po czym dowiedziawszy się przyczyny kazały natychmiast iść do lekarza. Powiedziałam, że pójdę jak mi nie przejdzie.
Ale przeszło. Znaczy nie przeszło. Znaczy silny atak już nie nastąpił, ale łupanie przemieściło się w nieokreśloną część dolnego brzucha. Znaczy - wszędzie, z przodu, z tyłu, z boku, z drugiego boku. Poszłam do lekarza. Przepisała mi zaległe badanie krwi na tarczycę i usg brzucha.
Badanie krwi mnie zaskoczyło i przeraziło jednocześnie. Mam niedczynność tarczycy. Tadam! No mam, wiem że mam bo od dwunastu lat borę tę cholerną tyroksynę, codziennie mała tabletka na czczo, koniecznie co najmniej pół godziny przed jedzeniem, co rok badania okresowe, co rok w najlepszym porządku. Aż do teraz. TSH mam większe, niż miałam gdy mnie zdiagnozowano. I tu popełniłam duży błąd. Byłam tak skupiona na tych fikach mikach co mi się dzieją w brzuchu i tak zaskoczona wynikami, że zgodziłam się potulnie z tym co powiedziała pani doktor. A powiedziała tak - Jak nic się nie dzieje, to ona proponuje nic nie robić, może to jednorazowy skok, niech przyjde za trzy miesiące to sprawdzą krew ponownie i wtedy podejmiemy kroki.
Poszłam do domu. Chodzę po internetach, szukam. Natrafiłam na wytyczne NHS (służba zdrowia) w sprawie nagłego wzrostu TSH. Patrzę - jak nie ma objawów to nic nie robić, powtórzyć badania za trzy miesiące. Jak są objawy to zwiększyć dawkę tyroksyny, powtórzyć badania za trzy miesiące. No tak. Pani doktor trzymała się wytycznych. Bo ja NIE POWIEDZIAŁAM jej o tym, że od kilku miesięcy mam skórę suchą jak nosorożec, NIE POWIEDZIAŁAM że od maja zaczęły wypadać mi włosy i mój bosze, przysięgam, że mam tych włosów w chwili obecnej może jedną trzecią tego co miałam, to jest po prostu tragedia, wyłażą garściami, głowę myję tylko raz w tygodniu, bo jakbym myła częściej to nic bym już na głowie nie miała. POWIEDZIAŁAM, że czuję się bardzo zmęczona i ospała, ale że może to mieć związek z moim brzuchem.
Poczyniłam kalkulacje. Nie robić nic, za trzy miesiące kontrola krwi, wyniki po tygodniu, wizyta u doktorki po następnym, większa dawka leków (zakładam że dostanę) zacznie działać po sześciu. Czyli mam być w TAKIM STANIE do końca roku??? Podjęłam decyzję. Sama sobie zwiększyłam dawkę leku. Kroję tabletki na pół i biorę dodatkową połówkę co drugi dzień. Codziennie się boję, bo wiem jakie mogą być skutki. Ale nie mogę tego robić nielegalnie, bo po tych trzech miesiącach wyniki się poprawią, więc jak się poprawią to nic nie trzeba będzie robić i sama sobie zaszkodzę. Poza tym, leków mi nie wystarczy. Umówiłam się więc na wizytę "telefoniczną", w czwartek. Powiem co i jak i poprosze o zmianę dawki. Nie sądzę, żeby odmówiła.
USG mam w środę. I uwierzcie mi, najbardziej boję się tego, że nic mi tam nie wykryją. Fiki miki wciąż w brzuchu skaczą. To już będzie jakieś sześć tygodni.

piątek, 17 sierpnia 2018

I znów się spóźniłam

Najbardziej znana tego typu atrakcja w północnej części Anglii to Yorkshire Lavender. Dwa lata temu była głęboka zima, jak nam się zachciało lawendowe pole oglądać. Niestety, otwarty był tylko sklep. W zeszłym roku trafiliśmy tam w listopadzie, mogliśmy wejść ale tylko do "przedszkola", jak nazywa się szkółka roślin, czyli szklarnie lub tunele foliowe w tym wypadku. W tym roku wypadło nam w połowie sierpnia i kurcze, też już za późno. Wielka część lawendy była już wycięta i przygotowana na zimę. A reszta w stanie przekwitającym. Niemniej jednak, powiedziałam: jak już jesteśmy to wchodzimy. Wstęp groszowy, trzy funty za dorosłego, dwa pięćdziesiąt za emeryta.  No to weszliśmy.

Na początek trafiliśmy na lawendowy labirynt. Łaziliśmy po nim jak dzieciaki jakieś, tam i z powrotem, łatwo nie było ale nie oszukiwaliśmy. Teść oszukał bo się na papierosa spieszył :-) Poniżej zdjęcia z labiryntu.






Pomimo, że lawenda już przekwitała, aż buzowało od różnych owadów. Motylki, żuczki, trzemiele i uwaga, uwaga! pszczoły, najprawdziwsze pszczoły miodne. 
A potem poszliśmy sobie pochodzić. Lawendowy park to nie tylko lawenda, to także wystawa najróżnistych ziół i kwatów polnych. 



Setki odmian lawendy, różne kolory, białe, różowe, różne odcienie fioletu, lawenda angielska, lawenda francuska...









Oprócz kilku placyków dla dzieci, także zabawa dla dorosłych. Poza labiryntem, można "pograć" w Snakes and Ladders (Węże i Drabiny), bardzo popularną grę planszową, tym razem utworzoną na pagórku.


Ukończyliśmy trasę wężową :-)


Ciekawe dekoracje :-)


Widok z góry. W rozkwicie musi to wyglądać naprawdę imponująco, niestety mogłam sobie pooglądać tylko na ich stronie https://www.yorkshirelavender.com/


Mały stawik z koszyczkami lilii wodnych.




Te zwierzaki w dali to jelenie. Nie wiem dlaczego w większości białe, pewnie taki gatunek.  



Tak wygląda wycięta górka lawendowa. 



A tak wygląda jeszcze nie do końca przekwitnięta.  



Małe boisko dla dzieciaków.


I jeszcze jedna brama donikąd.


Proszę zamykać bramę :-) 


A to mała górka porośnięta lawendą, z króliczą norką (pewnie służącą do zabaw w poszukiwanie króliczka w czasie wielkanocnym)


I napis: Proszę nie zostawiać marchewki, wyjechałem na wakacje :-)


Po około dwóch godzinach łażenia, szwędania się i oglądania roślinek zgłodnieliśmy. Usiedliśmy sobie więc w ogródku restauracyjnym i zamówiliśmy co nieco do jedzenia. Wszyscy mieliśmy ochotę na tosty (zapiekana kanapka z szynką i serem), chłopaki zamówiły sobie po herbatce, mnie dostał się lokalnie produkowany lawendowy dżin z tonikiem. Dodatkowo Chłop oczywiście zamówił kawałek ciasta. On zawsze musi zjeść kawałek ciasta po jedzeniu, żeby nie wiem co. Chude toto, niech je. Po zjedzeniu odstawił talerzyk na bok, natychmiast zjawiła się nie wiadomo skąd osa, za nią jej koleżanki. Dałam im kropelkę dżinu, ale nie chciały. Umoczyłam więc w tej kropelce kostkę cukru, do której przyssała się nasza osunia, na dodatke zrobiła się agresywna i odgoniła wszystkie pozostałe osy. Jak skończyła, była obżarta jak bąk, ledwie mogła się unieść nad talerzem. Nie wiem, co się z nią stało, bo poszłąm na zakupy. 


W przedszkolu kupiłam trzy małe lawendy do mojego biednego ogródka, w sklepiku dwa olejki lawendowe. Chłop od razu wymaział je sobie na głowie i uznał, że są wspaniałe. Teraz będzie codziennie udawał, że go głowa boli :-)

Niedaleko Lawendy jest Castle Howard, wielka posiadłość z imponującym zamkiem. Ale już było za późno na wizytę, za to przyzamkowy sklep ogrodniczy był otwarty. I powiem szczerze, był to najlepszy sklep ogrodniczy, jaki widziałam. Piękne, zadbane, ładnie wyrośnięte rośliny, drzewka i krzewy całe w owocach, przepiękne ornamenty, byłam pod wielkim wrażeniem.






Zakupiliśmy sobie po krzaku czarnej i białej porzeczki, jakieś trzy rośliny do posadzenia w ogrodzie jesienią i cebulki szachownicy. Kupiłabym wszystko, gdybym tylko miała gdzie to wysadzić :-) 

A na koniec zdjęcie z zamku Howard, które udało mi się zrobić przez bramę. 


No cóż, trzeba tu będzie wrócić, i do Lawendy i do Zamku. Ale to już w przyszłym roku. Właściciel Lawedowych Pól, starszy człowiek trudniący się podnoszeniem papierków i rozmową z gośćmi, zdradził nam w sekrecie, że najlepszy dzień na wizytę jest 12 lipca. Wtedy lawenda jest w pełnym rozkwicie. No cóż, może uda się sprawdzić, mam przecież na stanie 3 krzaczki, co nie? :-)