poniedziałek, 11 stycznia 2021

Streszczenie roku

Jest 11 stycznia, a ja robię streszczenie roku! Lepiej późno niż wcale jak to powiadają, więc zapraszam do przypomnienia sobie jak to było na moim blogu w 2020. Czytajcie uważnie, bo poznacie fakty, o których tutaj nie pisałam z powodu przerwy w pisaniu. Nie jest to podsumowanie, bo nie będzie żadnych wniosków, ot trochę rozrywki. No więc tak to leciało
...

Styczeń 

Iwona wita czytelników w Roku Szczura i zastanawia się, czy to będzie lepszy rok (ekhem, ekhem, ha ha ha - będzie mogła powiedzieć po roku). Chłop rozmontowuje choinkę w salonie, ale Iwona po zjedzeniu kolejnego pączka przejmuje pałeczkę, bo uważa, że sama lepiej macha sekatorem i siekierą.
Następnie wspomina wakacje na Bliskim Wschodzie, ze szczególnym uwzględnieniem Dubaju i Dohy i wciąż zmaga się z dreszczem horroru pozostawionego przez Abu Dabijskie rollercostery. W telewizji występują pierwsze wzmianki o nowym wirusie w Chinach.

Luty

Małżenstwo B kupuje wakacje na Sri Lance, po czym następuje dokładne i obszerne planowanie wyjazdu, połączone z zakupami najpotrzebniejszych ubrań i środków przeciw komarom. Oboje pan i pani B przechodzą dziwną chorobę połączoną z biegunką, którą przekazują dalej, ponieważ okazuje się zaraźliwa. Najgorsze, że w przekazaniu biorą udział osoby starsze w postaci ojca lat siedemdziesiąt siedem i dziadka lat dziewięćdziesiąt dziewięć. Który to w prezencie urodzinowym dostaje biegunki na statku w podróży po Wyspach Kanaryjskich. Iwonie ciężko jest się pogodzić z tym, że zdołała zarazić innych ludzi i od tej pory trzyma się od wszystkich z daleka. Coraz więcej przypadków koronawirusa na świecie i coraz więcej informacji, do których Iwona podchodzi z umiarem i bez paniki.

Marzec

Iwona sprzedaje kozaczki, poznaje nowe ludzkie perwersje i zboczeństwa, po czym dywaguje na temat własnych zboczeństw i perwersyj. Przy tym wszystkim próbuje zmienić wagę z morsa na fokę, z miernym skutkiem, za to z depresją powstałą na skutek tymczasowego zaniechania czekoladek. Z powodów zdrowia psychicznego nie udało się całkowicie zaniechać alkoholu. Wciąż napływają nowe wieści o szalejącym wirusie, niektóre powodują u Iwony śmiechową padaczkę. Zaczyna się wysyp fejkniusów w internecie. Na całym świecie coś się kroi, bo ze sklepów zaczyna znikać papier toaletowy. Na szczęście małżeństwo B ma zapas z lutego, ale w ramach oszczędności państwo B planują robić dwójeczkę w pracy, może wystarczy tego papieru do końca pandemii. Zaczynaja się nowe regulacje i zalecenia w celu ochorony przed wirusem. Iwona wciąż czuje się fatalnie, fizycznie i psychicznie. Dostaje paczkę maseczek z Chin i szykuje się do pracy z domu. W domu państwa B nawiedza Nowy Kot, nie bojący się ani ludzi ani kamieni rzucanych w płot, za to szczający po kocich klapkach. Boris Johnson ogłasza lockdown. Nie zważając na zakaz przemieszczania się do rezydencji państwa B przybywa nowy gość – w osobie znanego już bażanta.

Kwiecień

Iwona bardzo opornie przyzwyczaja się do pracy w domu, śledząc codzienne statystyki i sprawozdania z całego świata. W pewnym momencie gubi dzień i traci głowę, ale cierpliwie ogląda filmiki na Youtube, który stał się podstawową formą rozrywki w czasie pracy. Iwona namawia Chłopa na codzienną jogę o poranku, parzy mu podwójną herbate z melisy na uspokojenie i piecze sernik, bo przecież jest wielkanoc. W połowie miesiąca robi się bardzo filozoficzna i stosuje się do własnych zaleceń, ale potem przychodzi frustracja i wkurw. Iwona wyklina na rząd, na królową, na Churchilla, pije dżin z tonikiem i robi syrop z mniszków. A na koniec z żalem oznajmia, że gdyby nie pandemia to właśnie byłaby w tej chwili na Sri Lance, popijając sok z kokosa.

Maj

Iwona poznaje kolejne sekrety pracy zdalnej, po czym udaje się na zasłużony urlop od tejże. Państwo B spędzają go na plaży w Los Ogrodos, popijając drinki i inne napoje oraz świętując urodziny Chłopa i rocznicę ślubu Tortem Bardzo Czekoladowym. Iwona odkurza blog z mchu i paproci, narzekając na wszystko, a przede wszystkim na straconą Sri Lankę. Brak kontaktu z ludźmi doprowadza ją do rozpaczy.

Czerwiec

Iwona nie pisze na blogu, nie czyta blogów i w ogóle nie robi nic, co kiedyś lubiła robić. Z wyjątkiem korzystania ze słońca, które na szczęście świeci pod dostatkiem, nawet w Szkocji. Uczy się za to innych rzeczy, jak kręcenie hula hopem, albo nowe pozycje jogi. W ramach walki z systemem dużo chodzi i ogląda telewizję. Państwo B wspólnie ze znajomymi organizują cotygoniowe wirtualne wieczorki towarzyskie, polegające na rozwiązywaniu quizów, piciu alkoholu i normalnej ludzkiej rozmowie. Jakoś trzeba żyć. Razem z parą drugich dziadków łamią prawo i świętują pierwsze urodziny jedynej wnuczki w mieszkaniu tejże. Iwona szlifuje formę i lepiej oddycha, zauważając, że coś jest z nią nie tak. A właściwie wiele rzeczy, razem z grzywką. Pod koniec miesiąca rzuca gumę.

Lipiec

Iwona wciąż spaceruje i nawet to nagrywa. Na szczęście jeden tylko raz. Państwo B dostają wnuczkę na weekend i jakoś sobie z nią wspólnie radzą, ale lekko nie jest. Następnie jadą do Yorkshire odwiedzić dawno niewidzianego teścia i dziadka. Zbierają różne owoce na farmach i jeszcze za to płacą, po to tylko żeby te owoce zostały umieszczone potem w słoikach po dżemie. Na nocnym spacerze po plaży natykają się na młodą fokę. Tak o. A potem uczą się chodzić w maskach ochronnych. Jak trza to trzeba.

Sierpień

Iwona wciąż nie pisze na blogu, zamieszcza tylko ogłoszenia parafialne. Skały się nie zesrały. Państwo B wybierają się w podróż po Szkocji. Highlandy i te sprawy. Dwa tygodnie spędzone trochę w cywilizacji, trochę w dziczy. Wycieczka tak zwaną trasą NC500 – czyli szkocką Route 66, ale mało ze sobą mają wspólnego tak naprawdę. North Coast 500 to 830 kilometrów wspaniałej widokowej trasy, głównie wzdłuż wybrzeża, często jednojezdniową drogą wśród owiec. Państwo B śpią codziennie w innym miejscu i mają okazję zobaczyć całkiem pokaźny kawał kraju wraz ze zjawiskami przyrody. Przełażone kilometry dają w kość ale resetują świetnie. Iwona wraca do domu z odświeżoną głową pełną wrażeń i obietnicą powrotu w tę samą trasę tylko tym razem w drugą stronę.

Wrzesień

Państwo B wybierają się w Highlandy, na jeden dzień tylko, zdobywać SZCZYT. W ciągu długich dziewięciu godzin udaje im się zdobyć dwa szczyty blisko siebie położone, na ostatnich nogach udaje im się zwlec z góry poprzez mokradła i torfowiska, mocząc całkowicie buty i skarpety. Iwona zauważa, że te góry są zupełnie inne niż jakiekolwiek góry. A na pewno te polskie. Zjadają wszystkie zapasy i wypijają całą wodę, której wzięli ze sobą stanowczo za mało. Wskutek tego Iwona zmuszona jest napełnić butelkę wodą ze strumienia, po czym wypija ją i nie umiera. Nie choruje nawet. Pewnie ta woda jest święcona jakaś.

Październik

Iwona maluje swój pierwszy obraz. To tylko Paint by Numbers, czyli malowanie po numerach, ale jest cała podniecona i postanawia zostać artystkom. Zaczyna swój drugi obraz, też po numerach. Wkłada dużo pracy w technikę i ulepszanie obrazu, bo wiele rzeczy się po prostu nie zgadza. Kto widział, żeby kościół miał pokrzywioną dzwonnicę?

Państwo B stawiają kamień milowy na drodze do nowoczesności i odbierają z salonu nowiutki, dopiero co wyprodukowany, zamówiony dwa miesiące wcześniej, samochód elektryczny. Objeżdżają tym samochodem całe województwo, poszukując darmowych źródeł energii. Iwona, tak dotychczas przeciwna samochodom elektrycznym, przekonuje się, że jazda takim samochodem to nie tylko frajda ale ogromne poczucie bezpieczeństwa. Samochód jest właściwie Chłopa, ale ten widząc zazdrosną minę żony wciąż zapewnia, że samochód jest ich i że przecież ona będzie nim jeździła do pracy. Iwona pyta - do jakiej pracy??

Listopad

Dalszy ciąg restrykcji nie pozwala Państwu B na wyjazdy poza granice województwa, ale i tak stają się kryminalistami, objeżdżając swym nowym samochodem elektrycznym zwanym Robert sąsiednie województwa i mieszczące się tam parki krajobrazowe i farmy. Robert łapie pierwszą gumę, co opóźnia spacer w okolicach kaplicy Roslyn, ale niezmordowani Państwo B co zaplanowali to uskuteczniają, wędrując po lesie w ciemnościach. Iwona kończy drugi obraz i maluje kredkami całkiem realistycznie wyglądającą wisienkę, a następnie imponującego kolorowego koguta. Kamień milowy w zostaniu artystkom zostaje właśnie położony. Iwona maluje jeszcze ślicznego króliczka, ale nie kończy bo się wkurzyła na kredki. Po koniec miesiąca zmusza się do przejażdżki swoim samochodem z napędem diesla, w celu przewietrzenia silnika i żeby całkiem nie zardzewiał. W związku z powyższym Iwona stwierdza, że jej dotyczczasowe auto z gatunku uznanych powszechnie za luksusowe jest kupą złomu, który nie dość że spala paliwo, to jeszcze trzeba nim kierować i zmieniać biegi. Phi! 

Grudzień

Państwo B dokonują zakupu żywej choinki w Ikei, Iwona maluje ptaszka akwarelami i spędza wieczór opiekując się wnuczką. Wspólnie z rodziną planują święta, ale plany niestety muszą ulec zmianie z powodu kolejnych restrykcji. Iwona wraca do pisania na blogu, tworzy haiku i maluje szafę. Ma kaca po szampanie, drinkach i koktajlach, które się leją strumieniami na świątecznej zabawie przez internet. W połowie grudnia wybiera się na urlop, który spędza na porządkowaniu ogródka i lepieniu pierogów. Udaje jej się zaszczepić koty przed świętami, piecze sernik i makowiec. Święta mijają na gadaniu z rodziną przez internet, grach w planszówki i nicnierobieniu. Noc sylwesterowa była fajna i długa, impreza online się bardzo udała, a pozytywny efekt był taki, że państwo B nie musieli  z niej wracać do domu :-)

czwartek, 31 grudnia 2020

Jutro 2021

Szykując ten post weszłam na swoje wpisy z 31 grudnia w poprzednich latach. Zadumałam się... 

Miniony rok był zupełnie inny niż cokolwiek do tej pory, wszyscy razem jako ludzkość i każdy jeden jako osobna jednostka społeczna, przeżyliśmy. Moja głowa jest w tej chwili pusta. Nie mam żadnych planów, żadnych strategii, żadnych aspiracji i pomysłów na życie, boję się myśleć o jutrze. Wybaczcie, ale nie będę się silić na coś, co już zostało wymyślone. Moje dzisiejsze życzenia będą kompilacją tego, co już tutaj kiedyś napisałam. Przepraszam za użycie pewnych wyrazów, po prostu one tu pasują jak nigdy.

Tak więc, w ostatnim dniu tego najbardziej chujowego roku w życiu niejednego z nas (chociaż jak się tak zastanowić to na pewno wieluz nas zdarzył się chujowszy), pozwole sobie złożyć Wam wszystkim, Moi Kochani Czytelnicy, Przyjaciele Wirtualni i Przyjaciele Na Żywo, Koledzy i Koleżanki, Znajomi i Anonimowi z wyboru,  najlepsze życzenia na ten czyhający tuż za rogiem, młodziutki i nowiutki 2021 rok. 

Życzę Wam, żeby słońce jak najdłużej świeciło, żeby zima była zimą, a lato latem było. Żeby każdy miał co do garnka włożyć, a dzieci żeby miały nowe buty kiedy ze starych wyrosną. Żeby każdy czuł się bezpiecznie, nie tylko we własnym domu. Niech matki rodzą dzieci jeśli chcą, a ojcowie niech szanują matki ich dzieci. 

Niech znajdzie się to co się zgubiło, niech się naprawi to co się zepsuło, bez oglądania się za siebie niech wszystkie problemy zostaną z tyłu a nowe niech się rozwiązują szybko i bez strat. Żebyście nie musieli więcej obawiać się o przyszłość swoją ani swoich bliskich. 

Życzę sobie i wszystkim wiary w to, że marzenia są do spełnienia, nadziei na nowe jutro i miłości, która pokona wszystkie trudności. Żebyście znaleźli w sobie siłę na walkę z przeciwnościami losu, żebyście nie dawali się ponosić negatywnym emocjom, żebyście odnaleźli w sobie spokój i zrozumienie...

Celowo oddalałam i oddalałam jeszcze jedno zdanie, które pisałam w tym miejscu każdego roku. W końcu uznałam, że tego nie napiszę. Nie mogę, tak po prostu...



Kocham Was! 

środa, 30 grudnia 2020

Podsumowania, postanowienia czy może brak

Na samym początku tego roku opisałam swój noworoczny koncert życzeń, który zawierał marzenie o schudnięciu 7 kilo. Poza tym chciałam nauczyć się tańczyć tango, ponownie zacząć biegać i jeździć na rowerze, a także biegać za wnuczką. W sumie, poza ostatnim, nic mi z tej listy nie wyszło, nawet za wnuczką aż tak nie biegam, bo widuję ją raz na jakiś czas tylko, chociaż jakby się tak zastanowić to chwała niebiesiom, bobym już na ER z parę razy wylądowała z powodu kręgosłupa. Czy będę robić jakieś postanowienia na przyszły rok? Stay tuned, bo być może. A na pewno zrobię, jak co roku, podsumowanie. Może nie w takiej formie jak dotychczas, ale bardzo mnie świerzbi. 

Bardzo mnie też świerzbi, żeby się rozpiiiiiisać w tym dzisiejszym poście, ale obiecanki cacankami i trzeba ich dotrzymywać. Tak że krótko miało być to i krótko będzie. Jutro napiszę ostatni post w tym roku. Nie tylko, że tak miało być, ale też że chyba macie mnie już dość :-)

Papa!


wtorek, 29 grudnia 2020

Wiadomość

 Teść zadzwonił wczoraj wieczorem, że teściową zabrali do szpitala. Gorączkowała już od trzech dni, żadne leki nie pomagały, lekarz sprowadzony do domu opieki uznał że szpital pomoże. Dziś po południu zadzwonił z nowymi wieściami. Teściowa jest już z powrotem w domu opieki. W szpitalu zrobili jej badania krwi i stwierdzili, że nic jej nie jest, jest tylko odwodniona. I wypuścili ją. 

Powiem szczerze, że brew mi się uniosła na dużą wysokość. Wypuścili ją? Tak odwodnioną, że aż gorączkuje? Bez żadnej kroplówki, ani nic? No kurna nic. Nawet jej testu na Covid nie zrobili. Będą się starali ją jakoś napoić w tym domu opieki. Już to widzę. Człowiek z Alzheimerem to jest jednak chyba podczłowiek w dzisiejszym systemie...

Jak tu żyć??

poniedziałek, 28 grudnia 2020

Gry i zabawy

Piszę dzisiaj na telewizorze bo skończyliśmy właśnie gry i zabawy ze znajomymi na Zoomie i nie chce mi się odpinać komputera. 

Graliśmy w świąteczną edycję Escape Room. Dla tych, którzy nie wiedzą, wyjaśniam że Escape Room to jest taka gra grupowa, gdzie zamykają Cię w pokoju, z którego wyjdziesz dopiero jak znajdziesz rozwiązanie. Znaczy jak cała grupa znajdzie, więc im więcej ludzi tym lepiej. To był nasz drugi raz, a pierwszy wirtualnie. Jedyne doświadczenie, jakie mieliśmy do tej pory to był Escape Room na statku, gdzie zamknęli nas na półtorej godziny i mieliśmy znależć wyjście, rozwiązując zagadki związane z Harrym Potterem.  I pewnie utknęlibyśmy tam do końca rejsu, gdyby kolejni uczestnicy nie opłacili wejścia :-)

Trudno mi było wyobrazić sobie, jak wygląda taka zabawa wirtualnie, szczególnie na Zoomie. Bowiem już na początku pandemii przerzuciliśmy się na Teams i tam działamy, ale jakoś wyszło. Na Zoomie można zrobić wirtualne pokoje, podobnie chyba też na Fejzbukowym Messengerze, więc każda grupa była zamknięta w swoim pokoju. Jak to śmiesznie brzmi, takie witrualne życie jak w Simsach. Trochę ciężko, bo ja jednak wolę mieć czarno na białym napisane przed oczami na kartce niż na ekranie, nawet dużym telewizorowym. Gdyby nie młodzież, która była dołączona do naszej, że tak powiem, dojrzałej grupy, to byśmy tam jeszcze chyba ślęczeli bez kolacji, a na pewno napruci jak messerszmity, bo zabawa była wirtualna, ale drinki zawierały prawdziwy alkohol. 

W każdym razie, zabawa polegała na tym, że mieliśmy rozwiązać zagadkę kryminalną z domu świętego Mikołaja. Ktoś bowiem ukradł listę prezentów, co jest oczywiście i bezsprzecznie przestępstwem na skalę światową, bo dostarczenie odpowiednich prezentówe do odpowiednich odbiorców przez Mikołaja stało się niemożliwe. Zadaniem naszym było odnalezienie listy prezentów i wskazanie winnego Elfa, poprzez rozwiązanie, wcale nie tak łatwych, złamigłówek (Z mi się wstawiło przez nieuwagę, ale zostawiam bo fajnie wygląda).

Nasza  grupa wygrała, a w zamian będziemy mieli nasze imiona wyryte długopisem na liście corocznych zwycięzców. A w Sylwestra spotykamy się z inną grupą przyjaciół na wirtualny bal :-)

P.S. Stwierdzam, że jednak z powodu odległości i braku okularów gapienie się na telewizor w czasie pisania jest gorsze niż gapienie się na ekran komputera przy biurku :-) 

niedziela, 27 grudnia 2020

Jak zerwałam z tradycją.

Wstałam dziś rano o wpół do dziesiątej czując się jak nowo narodzona. W szlafroku zrobiłam sobie półgodzinną sesję jogi i zrobiło mi się  jeszcze lżej na duszy i ciele, w dodatku zdecydowanie urosłam. Te kilka dni nicnierobienia dały mi w kość, nie lubię nic nie robić przez tak długi czas, jeden dzień czasami sobie funduję, ale więcej to już rozpusta nie do zniesienia. 

Wczoraj zerwałam z tradycją, mam nadzieję, że tylko ten jeden raz. Tradycję bowiem taką wprowadziłam, że w swoje urodziny nic nie robię. Zupełnie nic, chcę być po prostu obsługiwana i zazwyczaj działa. Ale wczoraj jakoś nie czułam potrzeby. Może dlatego, że byliśmy tylko we dwoje? Więc jak to wyglądało wczoraj?

Rankiem czyli całkiem po dziewiątej zostały mi przyniesione prezenty do łóżka, więc je rozpakowałam, potem wypiłam kawę również do łóżka przyniesioną, potem się samodzielnie ubralam i tak jakoś zrobiło się południe, więc trzeba było coś zjeść. W międzyczasie odbierałam telefony i i różne skajpy od rodziny i znajomych, którzy nie tylko chcieli mi złożyć życzenia urodzinowe, ale normalnie o zgrozo pogadać!  

Na obiad czyli luncz był barszcz z wigilii z uszkami na przystawkę, a na drugie danie wigilijne pierogi. Chłop podgrzewał i podsmażał, a ja... no właśnie, chciałam napisać że postawiłam talerze ze sztućcami na stole, ale one chyba tam już były. Zapiliśmy to wszystko lampką czerwonego Chiraz i powiem, że jednak wolę Merlot. Na deser Chłop odkroił po kawałku sernika i makowca, do czerwonego wina w sam raz. Potem pograliśmy trochę w Trivial Pursuit wersja dla dzieci, żeby podbudować trochę nasze poczucie wartości. Pytania dla dorosłych bowiem nie mieściły się w kanonie naszych poobiednich możliwości. Jak już nam się znudziło to zasiedliśmy przed telewizorem. Obejrzeliśmy Mulan i kilka ostatnich części Star Trek Discovery, w międzyczasie konsumując obiad czyli kolację, składającą się z wczorajszej pieczeni z pięciu ptaków i właściwie wszystkiego ze świątecznego obiadu, czyli, ziemniaczki, marchewki, brukselki, żurawiny, wszystko polane sosikiem i zapite resztą wina. A na deser oczywiście sernik z makowcem, z tym że deser został podany po około dwóch godzinach bo nic nam się więcej nie chciało w brzuchach zmieścić po obiedzie. Oglądaliśmy ten telewizor do samej północy, okraszając obrazki na ekranie szklaneczkami Jacka Danielsa z Colą Zero. 

Tak piszę i piszę i napisałam, że  zerwałam tradycję nicnierobienia, a z tego co napisałam powyżej wynika, że nie zrobiłam nic. A jednak zrobiłam. Sobie drinka :-)

Pozdrawiam do jutra. 

piątek, 25 grudnia 2020

Tak zwany Pierwszy Dzień Świąt czyli Christmas Day

 Wstaliśmy około dziewiątej piętnaście, bo po co wcześniej. To znaczy Chłop wstał o siódmej nakarmić koty, ale potem wrócił do łóżka i sobie dosypialiśmy. A potem piliśmy kawę i się zrobiła jedenasta i trzeba było nastawiać obiad. Nie wiem po co, bo prawie ałe żarcie, które nagotowałam na Wigilię, zostało w lodówce. Ale tradycji musi się stać zadość. 

Więc najpierw wstawiłam do piekarnika pieczeń z pięciu ptaków (zabijcie mnie, nie wiem jakich, kurczakna pewno i kaczka), potem obraliśmy warzywa, czyli ziemniaki, marchewkę i brukiew, a ponadto brukselkę. I tak, gdy przyszło już do jedzenia o czternastej trzydzieści, na stole było co następuje:

- Pieczeń z pięciu ptaków z nadzieniem

- Ziemniaki pieczone, nasmarowane kaczym smalcem i ziołami

- Pieczona marchewka

- Pieczona brukiew (takie białe coś co wygląda jak pietruszka a smakuje jak połączenie marchewki z rzepą)

- Brukselka zasmażana z pieczonymi kasztanami i boczkiem

- Czerwona kapusta zasmażana na słodko-kwaśno

- Gravy, czyli rzadki sos pieczeniowy, pyyyyyszny

Zapijaliśmy to szystko butelką prosecco, a potem zajadaliśmy sernikiem i makowcem. Wypilimy całą butelkę tego prosecco, potem rozmawialiśmy z rodzinami, potem rozpakowaliśmy prezenty, potem zjedliśmy rybę z warzywami z wigilii, a teraz siedzimy, oglądamy telewizor i pijemy wino. 

Do jutra :-)

środa, 23 grudnia 2020

Pachnie świętami

W końcu u mnie pachnie świętami. Sernik na migdałowo, pierogi na grzybowo, barszcz jakoś tam, a makowiec nie wiadomo jak. 

Dzisiejszy dzień stał pod znakiem pieczenia. Czułam się jak w jakimś masterszefie, wszystko musiało być dokładnie skalkulowane, Alexa miała nastawione z osiem różnych przuypominaczy czasowych, a kuchnia momentami przypominała pobojowisko. Na pierwszy ogień rano poszedł chleb. Mój ulubiony na zakwasie, który nastawiłam wczoraj wieczorem, a dzisiaj trzeba było go najpierw zagnieść, potem odstawić na cztery godziny, potem uformować w bochenki, poczekać następne trzy godziny i upiec w naparowanym piekarniku. 

W czasie kiedy chleb sobie wyrastał, nastawiłam w maszynie do chleba ciasto na makowiec. Mam taką maszynę, która nie dość że mi miesza doskonale wszelkiego rodzaju ciasta, to jeszcze przyjmuje z powodzeniem świeże drożdże, a tylko takimi ostatnio dysponuję. W czasie, gdy ciasto w maszynie się mieszało, mikser zagniatał mi ciasto na pierogi. Miałam dwie i pół godziny na pierogi i uszka. Wystarczyło, bo farsz przygotowałam sobie dzień wcześniej. 

Zdążyłam skończyć pierogi kiedy skończyło się przygotowywanie ciasta na makowiec. Teraz musiałam to rozwałkować, ponakładać mak, pozawijać i zostawić na pół godziny do ponownego wyrastania. Nie do końca dobrze pozawijałam, więc wyszło co wyszło, ale i tak jestem zachwycona. 

W czasie, kiedy makowiec mi wyrastał, rozpoczęłam wykańczanie sernika, który upiekłam dzień wcześniej. Posmarowałam cieniutko własnoręcznie zrobionym dżemem wieloowocowym według przepisu, rozwałkowałam gotowy marcepan na placek, wykroiłam z niego kółko wielkości sernika i położyłam na sernik. Oczywiście nie idealnie, ale i tak jestem zachwycona. W międzyczasie włączyłam piekarnik, żeby włozyć do niego makowiec, gdy skończy wyrastać. W czasie gdy piekarnik się grzał a makowiec kończył wyrastanie, montowałam kulki i inne przybrania z marcepanu i instalowałam je na serniku. 



Potem przyszedł czas na włożenie makowca do piekarnika, a w czasie pieczenia osobiście zajęłam się sprzątaniem bałaganu, który po sobie zostawiłam. Gdy makowiec się już upiekł, rozpoczęło się gotowanie uszek i pierogów. Nie trwało to długo, bo gotowałam na dwa garnki. 




Potem oczywiście trzeba było po sobie posprzątać. W międzyczasie przylazł Chłop i marudził, że głodny, więc powiedziałam mu żeby mi nie zawracał głowy tylko przygotował coś na szybko bo nie mam czasu. Po szybkim lanczu przyszedł czas na pieczenie chleba. Kiedy chleb się piekł, zaczęłam obierać warzywa na barszcz. Wyjęłam chleb, włożyłam warzywa i co tam się wkłada do garnka, żeby wyszedł barszcz, po czym ponownie posprzątałam po sobie. 

I tak mi zleciał dzień, chyba że coś pominęłam. A gwiazda makowcowa wygląda ostatecznie tak, nie do końca jak powinna być, ale i tak jestem zachwycona :-)