poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Weekend w obrazkach

W czwartek roboty ogródkowe zostały zakończone, więc piątek spędziliśmy na kontemplowaniu. W sobotę natomiast zabraliśmy się do pracy. Bo z ogrodem to tak jak z chałupą, wybudujesz i niby masz, ale trzeba wykończyć, udekorować, umeblować. No i my właśnie zaczęliśmy prace wykańczające (nie poprawiać!), wykończeni jesteśmy oboje, nie wiem jakim cudem się dzisiaj w robocie jeszcze trzymam.
Nawet nie będę wymieniać zakresu robót, tyle tego, a każda pierdoła wymaga dużo czasu i wysiłku. Nie miałam czasu na porobienie właściwych zdjęć, ani nie mam czasu na napisanie właściwego posta, tak że ogródkiem się pochwalę jak skończę nasadzać (?!?), a dzisiaj tylko historyjka obrazkowa, żebyście nie myśleli, że zniknęłam.

SOBOTA

Tiggy 2




Tiggy Właściwy i Tiggy 2





NIEDZIELA




Pozdrawiam!

piątek, 13 kwietnia 2018

Post piątkowy wcale nie wesoły

Kiedy nagle zdajesz sobie sprawę, że już dłużej się nie da tak jak do tej pory, że już nie wytrzymasz, że to ponad Twoje siły. Kiedy te oczy, które patrzyły na Ciebie przez całe życie, patrzą a nie widzą, widzą ale nie rozpoznają. Kiedy budzisz się codziennie rano obok najbliższej Ci przez tyle lat osoby, ale zamiast niej widzisz kogoś obcego, kogoś zupełnie Ci nieznanego. Kiedy drżysz ze strachu przed spuszczeniem jej z oczu choćby na moment, bo może sobie coś zrobić przez przepadek, przez nieuwagę, a ona wszystko robi nieuważnie i beztrosko. Kiedy nie nadążasz z kolejnym praniem zabrudzonych ubrań, z kolejnym sprzątaniem łazienki, z kolejnym karmieniem, z kolejnym myciem po raz osiemnasty. Kiedy zdajesz sobie sprawę, że nadzieja, którą miałeś przez ten cały czas, była ułudą, marzeniem niemożliwym do spełnienia. Kiedy nagle dociera do Ciebie, że nic już nie wróci, ani się nie zatrzyma, że jednak gorzej znaczy naprawdę źle. Kiedy wszystko czego chcesz w tym momencie to odrobina oddechu i spokoju. Kiedy bijesz się z myślami, czy nie lepiej żeby koniec nastąpił szybciej. Kiedy uzmysławiasz sobie, że należy podjąć jakieś kroki, zatwierdzić jakieś decyzje, i kiedy wiesz, że decyzje te złamią Ci serce, kiedy czujesz się świadkiem skazania najbliższej osoby na karę śmierci i wiesz, że nie ma złagodzenia kary, nie ma odwołania, a najgorsze jest to, że nikt nie jest w stanie zaplanować daty wykonania wyroku. Jedną nogą jeszcze tu, a drugą już nie wiadomo gdzie...


(Foto: Internet)

środa, 11 kwietnia 2018

Areszt tymczasowy

Prace ogródkowe trwają. Wczoraj nie było płotu, byliśmy więc otwarci na zwierzynę polną i ludzką różnego kalibru, ale chyba nic nas nie nawiedziło.


Koty oczywiście czekały na mnie z wyjściem, po czym znowu wyszły zdumione. 


Pogoda była wstrętna, cały dzień siąpiło na przemian z regularnym deszczem, wszystko było mokre, ziemia nasączona, prawdziwe wstrętne czarne gęste błoto, wybraźcie sobie świeżą ziemię i deszcz. 


I te koty w tym błocie. Szczególnie po zeskoczeniu prosto do niego z płotu, bo przecież pomimo że zdemontowany to częściowo jednak jest. A jak jest płot to trzeba na niego wejść. Proste.  


Porozścielałam więc tymczasowo perskie dywany po podłodze, jak w ubiegłym tygodniu kiedy padało, żeby zwierzęta chociaż łapy przetarły zanim pójdą na pokoje. 



Chwilę działało, aż do momentu kiedy Tiguś wskoczył na meble w kuchni. A potem zobaczyłam czarne plamy z błota na schodach. No cholera jasna!


Jak zobaczyłam ich stópki to mnie zatkało. Na Miguśce wcale nie było widać, ta przynajmniej dała się trochę powycierać. Za to z Tiguniem za nic na świecie bym nie wygrała, zamknęłam go więc na chwilę w kuchni, żeby chociaż błoto zastygło. I powzięłam postanowienie.    
Niestety, zostałam zmuszona zdecydować się na zamknięcie ich we więźniu, dopóki trwają prace budowlane. Zablokowałam klapkę, zastawiłam dodatkowo ciężkim pudłem żeby szybki nie wywaliły (widziałam na YouTube że można), pozbierałam szmaty z podłogi, przyniosłam kuwetę i zapasy żwirku z garażu i oznajmiłam Chłopu, że tymczasowo drzwi do ogrodu pozostają zamknięte, wychodzić będziemy drzwiami głównymi. Jest z tym urwanie głowy trochę, bo jak chcę coś z garażu to muszę dom obejść dookoła, ale damy radę. 
Koty nie były szczęśliwe, rano zastałam pudło odsunięte od drzwi, ale trudno. 
Właśnie dzwoniłam do chłopaków. Wszystko idzie dobrze, mają zamiar dzisiaj skończyć prace budowlane, a jutro dokończyć grzebanie w ziemi, położyć trawę i wyczyścić to co nabrudzili :-) 
I koty będą mogły w końcu wyjść z więźnia! A ja w końcu będę mogła dokończyć ławeczkę.



wtorek, 10 kwietnia 2018

Sodomia i Gomoria na własnym podwórku

No i się zaczęło. W pracy dostałam telefon od Chłopa, że panowie przyszli i zostało ustalone, że na początek ściągną płot, wytną opierające się na nim drzewo i wbetonują nowe słupki, a nazajutrz, jak wszystko już ładnie zaschnie to dokończą płot i zajmą się ziemią. Nietrudno się więc domyślić, że cały dzień drżałam z niepokoju, co zastanę jak wrócę. Cały dom otwarty na dziką przestrzeń, bez płotu jak żyć, no jak żyć? Wracam więc, a tu płot stoi jak stał. Zaglądam do kontenera, a tam dwie trzecie już zapełnione. Syf na podjeździe, ubabrane ziemią i w dodatku popadał przelotny deszcz, więc wszystko zamieniło się w cienkie błotko. Wchodzę przez bramkę, a tam pusto. Nie ma już opony od traktora, nie ma olbrzymich krzaków rozmarynu i tymianku, nie ma tych durnych desek pozbijanych w byle jakie skrzynki z "ziemią", za to jest ładnie wygrabiony i przygotowany teren, poprzykrywany specjalną folią w miejscach gdzie mają byc płyty chodnikowe.  No dobra, połowa "ziemi" im jeszcze została do wywalenia, ta bezpośrednio przed wejściem do domu, w miejscu gdzie ma być li i wyłącznie trawa. Poza tym jak na terenie budowy. Jakieś taczki, łopaty, w sumie nawet nie taki wielki syf.
Koty bardzo ucieszyły się widząc mnie z powrotem, widać było, że nie wychodziły z domu przez ten cały czas. Nie dziwię się, obcy faceci się kręcą po ich terenie! Od razu po jedzeniu (wiadomo że są sprawy WAŻNE i NAJWAŻNIEJSZE!) wyskoczyły oba na podwórko, niezwykle zaciekawione i zdziwione zmianami, które zastały. Tiggy najpierw rozglądał się nerwowo, jakby nie poznawał.


Potem poszedł pozwiedzać dobrze przecież znany teren. 


W międzyczasie drugą stroną chodnika nadbiegła Migusia, równie zdziwiona. 



Początkowo oba bały się stąpać po nowej płachcie na ziemi, ale spróbowały delikatnie i jakoś poszło. Z tą płachtą jest o tyle dobrze, że to najszybsza droga ucieczki, więc nie przynoszą aż tyle ziemi na łapach. A dzisiaj rano Migusia już bez obawy wyszła sobie na dwór, bezstresowo wykopała sobie dołek w nowo nawiezionej i wygrabionej ziemi i zrobiła sobie siku. 


Od Chłopa dowiedziałam się, że zmiana planów nastąpiła, ponieważ Panowie zapomnieli, że płot ma dwie części i nie przywieźli wystarczającej ilości słupków. Tak że płot runie dzisiaj. A właściwie, jak mi zdał relację przez telefon Chłop, już runął, wraz z drzewem. Ach ach ach, coraz bardziej mi to zaczyna wyglądać :-)



poniedziałek, 9 kwietnia 2018

Ogrodowo

Drogi Pamiętniczku,
W sobotę wstałam, zjadłam śniadanio-obiad i czytałam książkę. A potem zjadłam kolację i skończyłam książkę. A potem poszłam spać, bez prysznica, bo przecież brałam po wstaniu a skóra nie lubi ciągłego moczenia.
W niedzielę natomiast była ładna pogoda, to aż się nie chciało w domu siedzieć. Ale iść też nigdzie się nie chciało, bo tyle w domu do zrobienia. Pojechaliśmy więc na targ z samego rana, nakupiliśmy owoców różnych i jabłek Bramley, bo wymyśliłam, że mogę ciasto z nimi upiec, jako że miałam w zamrażarce gotowe ciasto francuskie. Nie wiem czy w Polsce są podobne jabłka, bo te są wielkie, zielone i tak potwornie kwaśnie, że aż zęby mi ścisnęło jak później spróbowałam.
Po drodze z targu wstąpiliśmy do sklepu, gdzie kupiliśmy towary różne i także te w postaci kilku dodatkowych butelek wina na nasze wesele. Jak wróciliśy do domu to była zaledwie jedenasta, o boszsze, wczoraj o tej porze jeszcze spałam. To co zrobić z takim pięknym dniem, oprócz ciasta.
Okazało się niezbędnym poczynić kilka prac ogrodniczych, jako że nazajutrz wejść ma ekipa w celu całkowitego przebudowania naszego ogrodu. Ale będzie jazda. Nawet myśleć mi się o tym nie chce, boję się że coś zrobią nie tak, a w ogóle jak to będzie wyglądało, bo już się do tego syfu co mam trochę jednak przyzwyczaiłam. W każdym razie, człowiek głupi nie jest, jak jutro mają wszystko wynieść i wyryć to nikt nie będzie przecież w ziemi grzebał i chwasty wyrywał. Ale.
Pokazywałam Wam te kilka kwiatków parę tygodni temu. Otóż oprócz ziół w doniczkach i żonkila w ziemi znalazłam zaniedbaną różę. I rabarbar. I tulipany. I całkiem przystojne mnóstwo krokusów i żonkili, a przecież zaledwie dwa tygodnie temu był tylko jeden. I szkoda mi się tego wszystkiego zrobiło, na zmarnowanie pójdzie, a ja będę musiała zakupić nowe. Więc wykopałam ten rabarbar, wykopałam różę, wykopałam kwitnące już tulipany i nie kwitnące jeszcze (bo dopiero zaczynające rosnąć) krokusy i żonkile, a potem pozakopywałam to wszystko w wielkich donicach i niech se rośnie. A jak już ogród będzie gotowy, to powysadzam to wszystko z powrotem w ziemię i za rok będę miała ładnie i kolorowo. Nie wykopałam tylko malin, Szkoda mi ich bardzo, bo lubię, ale niestety, rozłazi się toto jak chwast i nie moge sobie na to pozwolić w nowym ogrodzie. Chyba że posadzimy je za płotem, z drugiej strony. To zawsze można zrobić potem.
Poprzesadzałam też zioła w nową ziemię, chyba ją lubią. Poprzenosiłam wszystkie donice w jedno miejsce, gdzie nie będą przeszkadzały budowlańcom. Kilka było tak wielkich i ciężkich, że musiałam poprosić Chłopa o pomoc. Który w tym czasie organizował garaż, czyli montował jakieś półki, wieszaki, potem na nich coś tam ponawieszał. Oczywiście co chwila pytał o moją opinię, w końcu powiedziałam, że nie potrzebuje z każdą duperelą do mnie latać, to jego garaż to niech urządza sobie jak chce. Ja mam tylko mieć łatwy dostęp do moich rzeczy ogrodniczych i rowerowych. To wszystko. No i tak garaż zaczął nabierać jakiegoś zorganizowanego kształtu, za parę lat będzie nawet miejsce na jeden samochód może.
A dzisiaj, Drogi Pamiętniczku, od samego rana urwanie głowy, choć nie ma mnie w domu, ale i tak myślę, myślę i myślę, o tym co zastanę jak do niego wrócę...

czwartek, 5 kwietnia 2018

Skuteczna rada poszukiwana na cito

Nie będę wypytywać wujka Gugla, bo wiadomo co mi wynajdzie. Od alergii do kiły włącznie, poprzez raka mózgu i ciążę pozamaciczną. Zapytam Was, Mądre Kobiety i Inteligentni Panowie. Ale najpierw wyjaśnię od początku. Coś mi się z ryjem porobiło.
W niedzielę myłam twarz wieczorem, jak zwykle. Nie miałam na sobie makijażu więc tylko pianką do twarzy Clinique rozprowadzoną szczoteczką soniczną, jak zwykle dwa razy po trzydzieści sekund. I wszystko było OK, ale kiedy wytarłam twarz, zaczęło mnie piec koło prawej skroni, tak bardziej na wysokości pomiędzy kątem oka a policzkiem, I z drugiej strony tak samo, tylko trochę mniej. Próbowałam, jak zwykle, nałożyć krem do twarzy, piekło jak cholera. Krem do oczu - piecze. No cóż, popiecze i przestanie, pomyślałam, może za mocno cisnęłam szczoteczkę, może mnie Chłop zarostem podrapał. Poszłam spać, a rano wstałam z czerwonym śladem koło oka, jakby mi kto świeżo przywalił. Umyłam twarz najdelikatniej jak potrafiłam, nałożyłam krem na dzień, wszystko dobrze, tylko to zaczerwienienie, ale przynajmniej nie piecze.
W ciągu dnia wklepywałam sobie w tę okolicę jakieś kremy, bo zrobiło się to bardzo suche i nawet Chłop zauważył wieczorem że mam jakieś dziwne zmarszczki. To nie zmarszczki głupolu, powiedziałam, tylko skóra mi się wysuszyła w tym miejscu, musze poczekać aż odpadnie. A potem taki sam scenariusz, mycie, krem, pieczenie ryja. Zmyłam to wszystko wodą i nałożyłam krem dla alergików z egzemą, który mi pozostał po córce. Na wygładzenie zmarszczek nie pomogło ale przynajmniej złagodziło pieczenie. Rano znowu było dobrze, ale skóra coraz bardziej sucha. Wczoraj wieczorem znowu to samo. Zmyłam makijaż delikanie "smalcem" Clinique (nazywam tak czyszczący balsam Take The Day Off), potem delikatny płyn do mycia twarzy, szczoteczka soniczna, bardzo delikatnie i nie dotykając piekących okolic,  potem krem na noc. Cholera jasna, piekło jak sam diabeł. Cała twarz mnie piekła i szyja. Zmyłam krem wodą, nałożyłam krem dla alergików, pomogło ale wciągnęło błyskawicznie. Nałożyłam krem po raz kolejny. Piecze. Emulsja dla alergików. Pomogło tylko znowu wchłonęło się niemożebnie szybko.
I tak, mam kilka teorii.
1. Stres - miałąm podobne sensacje kilka lat temu, przy okazji rozwodu, tylko wtedy zrobiło mi się takie coś w kształcie motyla na gębie. Zmiana trybu życia i krem od lekarza pomogły po miesiącu. Teraz, nie powiem, stres był i nadal jest, chociaż nie aż taki. Nie wykluczam jednak. Tylko że do wesela pozostało cztery tygodnie, a musi mi się takie coś robić właśnie teraz!
2. Zarost Chłopa. Może się do mnie przytulił za mocno. Teorię tę jednak szybko odrzuciłam, raczej niemożliwe.
3. Krem. Dostałam od siostry na urodziny nowość Avon - Anew Reversalist Infinite Effects Night Treatment Cream. Wiadomo, że jestem zupełnie nieodporna na nowinki więc jak tylko zobaczyłam reklamę to chciałam to mieć, a że siostra jest reprezentantką Avon w Polsce to mi to kupiła. Założenie jest super - przez tydzień stosujesz krem z jednej strony tubki, przygotowując twarz do właściwej kuracji, a przez kolejny tydzień stosujesz krem z retinolem z drugiej strony tubki. I tak na przemian.
Obstawiam krem. Przez pierwszy tydzień stosowania było wszystko super, fajna tekstura, ładnie i delikatnie pachnąca i ładnie się wchłaniająca. Pieczenie zaczęło się w drugim tygodniu, po około trzech dniach stosowania tej strony z super-retinolem (co to właściwie jest?!). Myślę, że to ten krem, ponieważ rano używam kremu na dzień i nie ma pieczenia.
Przy okazji poczytałam sobie o retinolu. Podobno tak ma być, podobno skóra tak zazwyczaj reaguje, podobno się przyzwyczaja i podobno na skutki trzeba czekać około trzech miesięcy. A ja nie mam tyle czasu, bo za cztery tygodnie mam ślub i nie chcę mieć czerwonego i przesuszonego ryja.
Tak więc odstawiam krem na jakiś czas, wrócę do niego po wakacjach, a tymczasem Was Drogie Koleżanki i Koledzy, proszę o radę, co zrobić żeby jak najszybciej przywrócić skórę do stanu używalności? Jakieś domowe sprawdzone sposoby na błyskawiczne nawilżenie i odżywienie? HELP!!!

wtorek, 3 kwietnia 2018

Było se i se minęło.

Czy ja powiedziałam ostatnio, że łazienkę w pół godzinki machnę? O, ja naiwna! Po umyciu ścian poszłąm owszem, wystosować sernik, bo co człowiek tak będzie siedział bezczynnie. Zabrakło mi jednak śmietany, a każdy znany mi puszysty sernik (a taki chciałam) niestety zawiera. No ale nie chciało mi się do sklepu po śmietanę lecieć, więc wyszukałam taki z rosą. Najpierw poczytałam, potem skonstruowałam, takie coś:


Sernik miał na górze piankę bezową, ale nie miała wyschnąć jak beza tylko pozostać piankowa i miękka. I taka pozostała, a z czego jestem dumna. 


A najbardziej dumna jestem z rosy, bo podobno w piekarnikach z nawiewem nie wychodzi, a mnie wyszła i to jeszcze jaka!


A potem musiałam wysprzątać kuchnię, bo mnie przy tym pieczeniu się, jak zwykle, trochę narozrabiało. No i przyszedł czas na malowanie kibelka. Oczywiście zapomniałam już jak to jest i się trochę przeliczyłam. Zanim ponaklejałam te taśmy ochronne, zanim pozabezpieczałam całość przed wypaćkaniem, to trochę czasu minęło. Faktycznie, same ściany to szybciutko, ale całe to przygotowywanie to myślałam że mnie szlag weźmie. No ale w końcu jakoś pomalowałam, to trzeba było sprzęt doczyścić, żeby był gotowy na następną warstwę, bo przemalowywałam z ciemnego na jaśniejszy więc na jednej warstwie się nie skończyło. Ani nawet na dwóch. W sobotę bowiem dopiero musiałam dokończyć malowanie, jako że ta cholerna zielona farba przebijała przez dwie warstwy nawet. Nie mocno co prawda, Chłop nawet nie widział, ale ja widziałam i mnie bardzo w oczy kłuło. A potem pomalowaliśmy jajka, miało być jedenaście, ale wyszło osiem bo trzy stłukłam. Chłop je zabarwił i tak, pędzelkiem :-)
Machnęłam jeszcze w sobotę sałatkę i ćwikłę, a pod wieczór jeszcze żurek. A w niedzielę, jak zapowiadałam, pobudziliśmy się wcześniej, ale po co człowiek będzie wstawał, do czego? Koty się nakarmiło i z powrotem do wyra. I tak zleciało do dwunastej dwadzieścia. Po czym uznaliśmy że zgłodnielim i przekąszać trzeba. No to szybko usmażyłam święconkę, podgrzałam żurek, Chłop nakrył do stołu i tak sobie zasiedliśmy w spokoju, pijąc po drodze pyszną kawkę. A potem spędziliśmy cały dzień na kanapie jak jakie lwy, przekładając tylko części ciała z jednej strony na drugą, nadrabiając zaległości w oglądaniu telewizji, bo ten telewizor tylko wisi na ścianie i kurz zbiera. Obejrzeliśmy więc "Charlie and the chocolate factory" starą wersję z 1971, potem jakiś tam odcinek "Carry on" (brytyjski sitcom komediowy z lat sześćdziesiątych), przy któym się uśmiałam po same pachy, potem "Ice Age", potem nową wwersję "Charlie and the chocolate factory", a potem jeszcze coś i tak nam zleciał dzień. 
W poniedziałek Chłop poszedł do pracy, bo tutaj to nie jest już święto, a ja zostałam sama w domu, więc łaziłam tak z kąta w kąt, starając się coś tam posprzątać, coś tam poukładać, pobawić się z kotami, wyjść nawet nie było jak bo zimno, mroźno i wiało okrutnie sypiąc śniegiem co chwila. A wieczorem poszliśmy sobie do kina na komedię "Blockers", po polsku to chyba "Strażnicy cnoty" i dokładnie o tym ten film jest. Durna ta amerykańska komedia jak większość, ale bawiłam się świetnie i wyrechtałam się za wszystkie czasy. Szok przyszedł na koniec, jak trzeba było wyjść z kina. I żeby wytłumaczyć o co chodzi, muszę zdradzić trochę fabuły. Otóż film jest o grupie nastolatków kończących szkołę i wybierających się na prom (amerykański bal maturalny), który dla wszystkich ma być najwspanialszym i niezapmnianym do końca życia doświadczeniem. Trzy przyjaciółki zawiązują pakt, w którym zapowiadają utratę dziewictwa w tę noc. Przypadkowo (lub nie) dowiadują się o tym ich rodzice, którzy są również kimś w rodzaju przyjaciół. I zaczyna się pościg z czasem i z nic nie przeczuwającymi nastolatkami, aby ich powstrzymać przed spełnieniem zamiaru. Dorośli wkraczają w świat młodzieży, który dla nich jest czymś magicznym i niestety, nie za bardzo zrozumiałym, a młodzież ma jedną i nieodwołalną zasadę na tę noc: zero dorosłych. 
Jak już powiedziałam, bawiłam się świetnie, podobnie jak cała widownia, która chichotała  uroczo na widok majtek. Ale kiedy przyszło wyjść z sali, poczuliśmy się jak ci rodzice z filmu, którzy mieli zakaz wstępu na imprezę. Głupio i staro. Najstarszy szacowany przez nas wiek wszystkich (!) widzów to 25 lat. I tylko my, jak te stare dziady. Hi hi hi!

piątek, 30 marca 2018

A w Wielkanoc

Chłop w pracy, a ja jak zwykle mam wolne w piątek i poniedziałek. Przywilej pracowania w instytucji. Postanowiłam nam wyprawić święta jednak, bo siedzę te cztery dni w domu to co sie będę nudziła. Naszło mnie tak wczoraj, kiedy przejeżdżałam obok sklepu polskiego. Zrobię buraczki z chrzanem, bo Chłop bardzo lubi a mnie sie tego normalnie robić nie chce, ale mam cztery dni wolnego więc się poświęcę. Zakupiłam więc cztery buraki i dużą laskę chrzanu. Bo był. Do koszyka wrzuciłam też dwie kostki sera, sernik sobie zrobię, a co! Zobaczyłam kwas na żurek. To zakupiłam. W końcu mam cztery dni wolnego, coś jeść trzeba. Do żurku przydałoby się kiełbasę jakąś. Zauważyłam taką dziwną, białą, kiełbasa gospodarza sie nazywała czy jakoś tak. Pani mówi że do żurku będzie w sam raz. Kupiłam jedną. Kątem oka spostrzegłam stosik czegoś co nazywał sie resztkami na bigos, a były to całkiem pokaźne kawałki wędlin i mięs, takie po 10-15 deko. Pomyślałam, kupię, a co, zawsze jakaś odmiana od lokalnych szynek. Poprosiłam o cztery kawałki. Dostałam dwie fajne szynki wędzone, kawałek schabu i kawałek przyzwoitego boczku. Usmażę to wszystko w postaci "święconki" na wielkanocne śniadanie o dwunastej w niedzielę. Dokupiłam jeszcze słoiczek musztardy, bo ja polskich wędlin na gorąco bez musztardy nie ruszę. Już przy kasie zobaczyłam barwniki do jajek. No to zakupiłam, Chłopu bardzo się podobało kolorowanie jajek w zeszłym roku to będzie sobie jutro malował. Ja nie, bo ja mam cztery dni wolnego to będę miała co innego do roboty. No ale żeby uzyc te barwniki to trzeba mieć jajka. Najlepiej białe. W polskim sklepie białe mieli ale tylko w paczkach w ilości 30 sztuk. To zdecydowanie za dużo. Pojadę gdzie indziej i poszukam. Najwyżej kupię kacze albo przepiórcze, też będą fajne. I wiecie co? Zjeździłam wszystkie lepsze sklepy i supermarkety w okolicy (bo w takich rodzaju Lidla czy Aldi to i tak nie ma) i nigdzie nie było białych jajek. Najbliższe jakie udało mi się wypatrzeć to "niebieskie" czyli takie prawie białe w Sainsbury's. Takie same mieli w Marks and Spencer. Wszystkie kacze i przepiórcze wykupione. Najpierw się wkurzyłam, ale zakupiłam te niebieskie i pomyślałam, a do cholery z tym wszystkim, przecież sześć sztuk w zupełności wystarczy, jak se Chłop chce to se brązowe zafarbuje.
I takie to moje świąteczne zakupy.
A dzisiaj siedzę sobie w domu, bo przecież mam cztery dni wolnego to muszę je wykorzystać. No to postanowiłam, że dzisiaj pomaluję ostatnie nietknięte pomieszczenie w tym domu, czyli toaletę na dole. Przytaszczyłam więc z samego rana wszystkie potrzebne sprzęty z garażu, umyłam już ściany i sufit mydłem cukrowym i teraz czekam aż wyschnie. Machnę to wszystko w pół godzinki, bo pomieszczenie jest małe, półtora na dwa metry, z czego dwie ściany są w kafelkach a w trzeciej są drzwi. No to idę zaczynać sernik.

A Wam, Moi Drodzy, życzę udanych świąt, każdemu takich jakie sam sobie chce




środa, 28 marca 2018

Rok w pigułce

Dokładnie rok temu o tej porze przeprowadziłam się do Chłopa i dokładnie w środę zabrałam ostatnie rzeczy z domu. Wróciliśmy tylko wieczorem posprzątać ostatecznie i zabrać koty. Jak ten czas leci. Oglądam sobie zdjęcia z tamtego okresu i powiem Wam, było znacznie cieplej! Widzę to po kwitnącej na fotografii forsycji, białej tawułce, wielkim bukiecie żonkili w wazonie. I po wiosennej kurtce, w którą byłam przyodziana. Dzisiaj ciągle mam na sobie puchową. Co zdarzyło się w czasie tego roku?

Kwiecień - minął pod znakiem zwierzątek. Tymczasowa adaptacja kotów w domu Chłopa, pierwsza ucieczka, nocne eskapady, poznanie Nażyczonego, który się później okazał Nażyczoną (i nota bene nadal od czasu do czasu zjawia się w naszym nowym domu, który jest przecież tuż za rogiem). Ucieczka Olusia, papugi mojej siostry w Polsce i cudowne znalezienie jej. Oglądaliśmy "Księgę Dżungli" na Imaxie w 3D a potem karmiliśmy wiewiórki w Ogrodzie Botanicznym. Zwiedziliśmy pobliski pałac i jego tereny, obejrzeliśmy pokaz ptaków łownych. No i Wielkanoc była w połowie kwietnia w zeszłym roku. Czyli pierwsze farbowanie jajek Chłopa :-))) W tym roku też będzie, farbki już kupiłam ;-)

Maj - ponowna przeprowadzka, tym razem do nowego domu na stałe. Po harówce przez pierwsze kilka dni maja pójście do pracy okazało się wypoczynkiem. Nowe łóżko, nowe zasłony. Cały maj upłynął na malowaniu, porządkowaniu, układaniu, czyszczeniu. Jak my to przeżyliśmy, to sama nie wiem. Pogoda była bajecznie majowa, ponad dwadzieścia stopni niemal non stop. Kąpiele słoneczne po pracy, grill u znajomych pod koniec miesiąca, a na końcu końcu najważniejsze - nowa pralka. Automatyczna i w dodatku mądra technologicznie. Ha, bingo! Koty odnalazły się w nowym terenie doskonale. Pierwsze odwiedziny Nażyczonej w nowym domu.

Czerwiec - Drugie odwiedziny Nażyczonej zwanej odtąd Tiggy 2. Tiguś śpi na szmatach a Migusia przynosi upolowanego nietoperza. Zaczynają się białe noce a ja rozwalam sobie palca blenderem. Siostrzeniec ucieka z domu bo spalił router. Zamawiamy wakacje, kupuję sobie nowe sandałki żeby mieć w czym ganiać po Leningradzie. Montujemy nową wykładzinę w największym pokoju i kosimy trawę. Przy okazji wycinam starą śliwkę, drzewo takie. Chłop rozbiera (konstrukcje ogrodowe między innymi). Tiguś uwielbia nową wykładzinę a ja KOCHAM.

Lipiec - opiekuję się WNUCZKAMI.  Dywaguję na temat pamięci i nic-nie-robienia. Szykujemy się na wakacje, a ja podziwiam czerwone Lamborghini. Robie użytek z wosku i kupuje prezenty wnuczkom. Tiguś po raz pierwszy włazi do wanny a ja znajduję martwego wróbla na schodach. A 15-go lipca wyjeżdżamy na wakacje. Oslo, Gdańsk, St Petersburg, Helsinki, Sztokholm, Karlskrona, Berlin, Warnemunde, Kalundborg i Kopenhaga.

Sierpień - pobierają mi krew, biję Chłopa i w końcu zdaję relację z wakacji. Wciąż wspominam. Wybieram się na bieganie i fotografuję czarnego kota. A także pręgowanego, żeby było po równo. Piekę bułki i jabłecznik z pierwszych spadniętych jabłek. Pisanie o wakacjach zajmuje mi mnóstwo czasu.

Wrzesień - szaleję z postami o St Petersburgu, przestaję być najważniejsza i otrzymuję od Róży jej książkę o Gastronautce, którą czytam w dwa wieczory. Dostaję okropnego ataku astmy, której mi jeszcze nie stwierdzono. Umiera moja najstarsza wnuczka - Barrie. Córka w rozpaczy. Odwiedzamy rodziców Chłopa w Yorkshire i zrywam rabarbar. Kupuję sobie nowy mikser, żeby pomógł mi piec ciasta. Piekę ciasto śliwkowe i zrywam wszystkie jabłka z naszej jabłonki. Jest tego bardzo dużo.

Październik - blog mi zdycha, Migusia  siedzi na Chłopie, dostaję wielki bukiet kwiatów i wybieram się na grzyby. Budujemy szafy i kupujemy żyrandol do sypialni. W końcu mamy lustro, a młody człowiek z domu naprzeciwko gra nago na konsoli. Jedziemy do Polski. Chłop poznaje Rodzinę, a Rodzina Chłopa. Zwiedzamy Nysę. Jedziemy do Zakopanego, gdzie spędzamy dwa wspaniałe dni. Mamy niesamowite szczęście z pogodą. Zwiedzamy Kraków, Auschwitz, Wieliczkę. Chłop uwielbia Galerię Krakowską i nażera się pierogami po same uszy. Po powrocie robię sobie serię portetów halołinowych.

Listopad - piszę skargę do polskiego przewoźnika na kierowcę. Otrzymuję odpowiedź, od której spada mi szczęka. Chwalę się wakacjami na blogu. Mama grozi ucięciem łba gdyby mi przyszło na myśl porzucić Chłopa, a ja walczę z systemem zdrowia. Nawiedza nas Mikołaj i nakazuje pakować prezenty. Czynimy to do północy. Cieszę się, bo w końcu stwierdzili astmę. Uczę się z nią żyć.

Grudzień - Mikołaj się mści za moje kawały, a potem się rehabilituje. Piekę setkę pierniczków, albo nawet więcej. Kupujemy w Ikei naszą pierwszą żywą choinkę. Oglądamy "Ostatni Jedi" w kinie 4DX, którym jesteśmy zachwyceni. Chewbacca przybija mi piątkę. Kończymy dokańczać co zostało do dokończenia w domu i szykujemy się do Świąt. Przyjeżdża rodzina Chłopa, a ja mam spieprzone święta zanim się jeszcze zaczęły. Okazuje się, że ojciec Chłopa wcale nie porysował blachy a mi jest głupio, choć się do tego przecież nie przyznam.  Święta, święta i poświętach a ja zaczynam kolorowanie. Kupuję od dawna upatrzone obrazy, wygrywam coroczny turniej badmintona i spędzam Sylwestra w gronie znajomych.

Styczeń - zaczynam nowy rok z kacem gigantem. Dobrze, że mam zupę ogórkową, ona ratuje życie. Chłop gada z Alexą i sprząta dom. Zamarza mi samochód i zaczynam poszukiwanie wakacji. Spada pierwszy śnieg, a ja uchylam rąbka tajemnicy. Chwalę się planowaniem, a koleżanka córki chce ukraść dziecko.

Luty - planowanie ślubu odbiera mi rozum. Poczta Chińska pęka w szwach, a ja wyżywam się artystycznie. Bawimy się w podchody na Walentynki. Robię bukiet z róż. W lutym umiera moja ostatnia babcia, Rodzina jedzie na pogrzeb a ja nie. Wciąż wyżywam się artystycznie. Zostaję ofiarą urody, a na koniec dopada nas Bestia ze Wschodu.

Marzec - zima, zima, zima i zima. I zima. Ja daję się ponieść (znowu), a resztę to pamiętacie bo to było w tym miesiącu zaledwie. Oficjalnie jest już wiosna, a formalnie... to ja nie wiem. Wiem tylko, że w zeszłym roku było znacznie, znacznie cieplej o tej porze.


wtorek, 27 marca 2018

Wiosna w ogrodzie (?)

No i niby przyszła i niby już jest. Od tygodnia. A niech jej tam i będzie, nie będę się sprzeczać, choć prognozy na pierwszy weekend kwietnia są niezbyt zachęcające.
Długa to była zima, oj długa i ciężka, dałą się wszystkim we znaki i ja jej mam już tak dość, że nawet nie potrafię wyrazić. Co z tego, że weekend był ładny i słoneczny, jak wciąż zimno i znowu zapowiadają śnieg. Ech...
Żeby się pocieszyć, zmieniłam sobie bloga na zielono. No i postanowiłam pokazać Wam kwiatki z mojego ogrodu. Znaczy z tego ugoru zarośniętego ziemią, z którego usunęliśmy jesienią wszystko co daliśmy radę, sama nie wiem po co. Mamy umówioną firmę na ostatni tydzień kwietnia na przebudowę terenu i jestem tym bardzo podekscytowana. Będę miała trawę! I prawdziwy taras! Nie taki, jak sobie pewnie większość z Was wyobraża, ot ziemia wyłożona płytkami, na których będzie można sobie krzesło i stolik postawić, kawę wypić, posiedzieć. Co prawda w sobotę przeżyłam niemal atak histerii, kiedy facet zadzwonił i powiedział, że w związku ze złą pogodą są bardzo opóźnieni w robocie i będą mogli wejść na teren w pierwszym tygodniu maja. No ale na moją prośbę, że nie ma żadnej mowy o maju, bo w maju to my mamy ślub a potem wyjeżdżamy, poprzesuwał terminy i mają zacząć 23-go kwietnia. Co z tą moją biedną trawą będzie jak nas nie będzie to ja nie wiem. Syn będzie musiał podlewać, jak przyjedzie koty karmić, albo sąsiada poproszę. Aby tylko ogród był gotowy.
A na razie jest to co jest. Co niniejszym Wam pokazuję (po kliknięciu się powiększy).

 Tego przebiśniega juz nie ma. Był w lutym. Było ich ze trzy, ale ten wyrósł na samym środku.


No i takie kwiatki mam w ogrodzie:


I grzyby :-) W doniczce z zeszłoroczną melisą.


Drzewko figowe, już wypuszcza pąki.


A to... tulipany? Żonkile?


Mięta już zaczyna odżywać


Zeszłoroczna pietruszka przetrwała zimę


A nawet ubiegłoroczny szczypiorek w zamszałej doniczce


No ale prawdziwe kwiecie też rośnie. O, proszę! Osamotniony nagietek.


Kilka krokusów. Muszę powydłubywac cebulki i zasadzić je ponownie jak już będzie ogród.


I samotna żółta główka żonkila. 



I na koniec Migusia, bo oczywiście była ciekawa co ja też wyczyniam. Przynajmniej w tym świetle udało się zrobić zdjęcie kota, a nie tylko czarną plamę.



Pozdrawiam "wio-sennie"