wtorek, 11 czerwca 2019

Urodziny

10 czerwca to wspaniały dzień na urodziny*. Pogoda była piękna, ptaszki śpiewały, a ja już od dnia poprzedniego umierałam, ze strachu, z obawy, z niepewności.
Żadne tam fiki miki mi w głowie nie były, jak to sugerowały koleżanki pod poprzednim postem, oj wstydźcie się koleżanki (wink!), bo głowę miałam zaprzątniętą zupełnie czym innym (owszem powiązanym pośrednio z fikami-mikami, tylko nie moimi).
W sumie to nie wiem, wciąż jeszcze jestem w szoku, kto przeżył to wie jak to jest, a kto nie przeżył to musi uwierzyć na słowo. Od wczoraj jestem w dumnym posiadaniu najpiękniejszego i najdoskonalszego daru jakim może zostać obdarzony człowiek w moim wieku.
Trochę ponad trzy kilo szczęścia, córeczka mojej córki, moja wnuczka - jeszcze bez imienia. Urodzona 10 czerwca o godzinie 13.36. Kiedy zobaczyłam tę kruszynkę, oniemiałam, wygląda dokładnie jak moja córka :-) Zresztą, kiedy obejrzałam filmik z porodu (tak, ona kazała sobie to wszystko nagrywać - na szczęście od strony głowy!), pierwsze słowa mojej córki po ujrzeniu maleństwa wyglądały mniej więcej tak:
- Oh my god! (i tak parę razy)
- Czy chcesz zobaczyć co się urodziło? - pyta (chyba) położna. Córka podnosi jedną nożkę noworodka:
- Dziewczynka! Ona wygląda tak jak ja!
Widzicie więc, to nie tylko moje słowa :-)

Podziwiam swoją córkę. Była o wiele bardziej świadoma swojej ciąży i porodu niż ja kiedykolwiek. Chociaż miała nadzieję na lekkie i szybkie rozwiązanie, przyjęła na klatę wszystkie niespodziewane przeszkody i przeszła przez to (jak to ona nazwała) zderzenie z ciężarówką z godnością i pełnym makijażem.

Jeszcze nie wiem, jak to jest być babcią. Mam tylko jedną córkę, teraz ona ma swoją córkę, dla mnie ona jest moim dzieckiem i nic tego nie zmieni. A dla maleńkiej powstała wczoraj osobna kieszonka w moim serduszku ♥


* Sprostowanie - to nie były moje urodziny, moje są w grudniu :-)

poniedziałek, 10 czerwca 2019

Oczekiwanie

Dzisiaj po prostu nic nie napiszę.

Jerzy Stachura "Oczekiwanie"

czwartek, 30 maja 2019

O priorytetach

Zainspirowana prywatną dyskusją na pewnym prywatnym blogu, napiszę dziś o priorytetach życiowych. I jak się one czasami zmieniają, zgodnie z zasadą że punkt widzenia zależy od punktu dupy siedzenia.
Od urodzenia byłam bardzo grzecznym dzieckiem. No może nie zaraz po, bo wtedy to się strasznie darłam, jak to rodzice moi twierdzą, ale ja tam wiem swoje. Młodzi byli i się zająć dzieckiem nie potrafili, dlatego zwalają na dziecko. Ja tam na swoje dzieci nie zwalam, że płakały po nocach, bo chciały spać z mamą na przykład. Jedyne czego naprawdę żałuję, to to, że będąc, a jakże! grzeczną dziewczynką, słuchałam durnych rad i teorii wychowawczych niektórych osób, zamiast zdać się na własny instynkt i robić od początku tak jak chcę. No ale zanim sama wyprodukowałam potomstwo, to celem życiowym było dla mnie właśnie być grzeczną i posłuszną i spełniać życzenia wszystkich tak, żeby byli ze mnie zadowoleni. Byłam dzieckiem tak zwanym genialnym,  niestety ze zmarnowanym talentem, bo dla rodziców najważniejsze było żebym miała co jeść i gdzie spać, czytałam sobie sama, uczyłam się sama, sama sobie grałam na instrumentach, no to przecież wystarczy, po co szkoła muzyczna na przykład. Ech...
W szkole średniej zaczęło się przewartościowywanie priorytetów. Zaczęłam się uczyć żeby iść na studia, wyprowadzić się z domu, żeby być kimś, mieć lepiej, a nie po to żeby mama mogła się pochwalić jakie to mądre ma dziecko. Ale - zaczęły buzować hormony. A że wszystkie koleżanki miały już chłopaków, a ja nie, to priorytetem podrzędnym zaczęło być onego posiadanie. Zbyt wielu priorytetów jednak mieć nie można, więc odbyło się to kosztem kariery sportowej, ale wtedy zaczęłam mieć sport w odwłoku. A raczej - przebranżowiłam się i z hokeja na trawie zaczęłam zajmować się bieganiem, co sprawiało mi wiele przyjemności, aż do czasu kiedy zachorowałam po jednych takich zawodach i chyba to już wtedy nabawiłam się lekkiej astmy. Tak, nauka i sport były całym moim życiem, dopóki nie pojawił się podrzędny priorytet, który zaowocował całkiem toksyczną relacją, na szczęście zakończoną w porę choć i tak za późno, bo byłam już na studiach.
Och, wtedy to mi się dopiero priorytety poprzestawiały... Skończenie studiów ciągle się gdzieś tam przewijało w temacie, ale głównym celem była zabawa, zabawa, beztroska i zabawa. Na szczęście opamiętałam się gdzieś w połowie drugiego roku i zakochałam w człowieku, który okazał się później zostać moim mężem i ojcem moich dzieci. I wtedy priorytetem (oprócz skończenia studiów oczywiście) okazała się rodzina. I mąż. Tak, w tej kolejności. Rodzina, mąż, a na końcu ja.
Źle, źle, źle. Myślę, że skrzywdziłam swoje dzieci podporządkowując życie całkowicie rodzinie, starając się zadowolić wszystkich dokoła, odsuwając swoje przyjemności na szary koniec, który i tak się nieskończenie odsuwał. Pominę tu pewne aspekty związku, który nie był do końca udany, z tego samego zapewnie powodu. Po latach, kiedy moje życie obróciło się o 180 stopni i całkowicie runęło w gruzach, w końcu odnalazłam siebie i postawiłam swoją osobe na najwyższym stopniu życiowego rozwoju. Potem są moje dzieci i koty. Chłop jest kolejny, ale nie na końcu. Na końcu jest bycie grzeczną dziewczynką...
Rozpisałam się, a nie o to mi chodziło. Chodziło mi o najważniejszy życiowy priorytet zwany JA. Każdy z nas jest inny, każdemu zależy na czymś innym w życiu, wiele z nas do czegoś dąży, część z nas nie dąży do niczego bo jest im dobrze tu i teraz. I prawidłowo, świat jest przez to urozmaicony i ciekawy, każdy ma swoje własne JA.
Moje JA nie znosi krytyki własnego wyglądu. Moje JA nie rozumie po co kobiety powiększają sobie cycki, zmniejszają brzuchy i zmieniają kształt twarzy, a wszystko to chirurgicznie, kalecząc własne ciała. Moje JA rozumie, że przypadki są różne, krzywy w eskę nos czy piersi zerówki to jest rzeczywiście coś co może przeszkadzać i powodowac kompleksy, ale poprawianiu urody skalpelem ogólnie tylko dlatego że można, moje JA się całkowicie sprzeciwia. Tak samo jak sprzeciwia się nastrzykiwaniu botoksem, kwasami czy huk-wie-czym jeszcze. Moje JA sprzeciwia się tworzeniu kolejnych i kolejnych klonów z maską na twarzy, ponoć idealnym (dla kogo???) biustem i ustami glonojada. Tak samo jak doczepianym włosom. Moje JA pyta: Po co to sobie robicie?
Stoję codziennie przed lustrem. Robię miny. Uśmiecham się do siebie, naciągam skóre, rzeczywiście, przez chwilę wyglądam jak dwadzieścia lat temu, szkoda że ten czas już nie wróci. W szafce stoi cały szereg kosmetyków, w tym krem na noc za ponad sto funtów, który kupiłam za pół ceny. Chłop pyta, po co mi taki drogi krem, przecież i tak jestem piękna. Odpowiadam, że piękna to sobie moge być, ale lepiej się czuję z drogim kremem na twarzy. Tak samo jak lepiej się czuję wywoskowana gdzie się da, w pomalowanych rzęsach i w nowym biustonoszu :-) A już najlepiej to bym się czuła wyglądając jak szkielet, ale mam co mam, żyć z tym jakoś muszę.
Może jestem hipokrytką. Mam tatuaż na brwiach. Używam drogich kosmetyków. Wiele bym dała, żeby włosy mi przestały wypadać. Robię z tym wszystkim co mogę. Mogłabym więcej, mogłabym zacząć katować się na siłowni, przestać jeść ulubione potrawy, mogłabym zafundować sobie liposukcję czy jak to się tam nazywa. Ale po co?? Czy przez to stanę się lepszym człowiekiem?
Stoję przed lustrem, uśmiecham się. Dostrzegam coraz więcej zmarszczek, coraz więcej siwych włosów, coraz mniej naprężoną skóre. I coraz mniej czasu żeby cieszyć się życiem. A ja chcę cieszyć sie życiem i wiem że tylko wtedy będę mogła się tym życiem cieszyć na starość, kiedy pozwoli mi na to moje własne ciało. Bo co mi z pieniędzy, co mi z gładkiej twarzy, glonojadowych ust czy sterczących nienaturalnie sztucznych piersi, kiedy nie będę mogła wejść po schodach na pierwsze piętro, kiedy nie będę w stanie podnieść się samodzielnie z łóżka, czy samodzielnie napić się herbaty?
Pamiętam, że kiedyś, bardzo bardzo dawno temu, mama chcąc przerobić mnie na swoją modłę, powtarzała co chwilę:
- Spódniczkę byś jakąś krótką nałożyła, szpileczki jakieś, żeby wyglądać jak kobieta, a nie w spodniach i adidasach jak ten chłop.
Na co ja niezmiennie odpowiadałam:
- Dupy nie zamierzam nikomu pokazywać a w starość chcę wejść na własnych, zdrowych stopach.
I tak właśnie jest. Osobisty i najważniejszy priorytet mojego własnego JA to wkroczyć w starość o własnych siłach, na zdrowych stopach. A gęba to niech sobie będzie taka jak chce.




piątek, 17 maja 2019

Na swoim

Od zeszłej soboty jesteśmy w domu. W sumie, nie wiem jak ja to wszystko przeżyłam, wciąż dochodzę do siebie, a jeszcze tyle do zrobienia. Ale od początku.

Dokładnie tydzień temu przywieźli nam rzeczy do domu z przechowalni. Niby roboty zostały zakończone dzień wcześniej, niby poprzedniego wieczoru dom został posprzątany. Niby. Cóż, jak wiecie, trochę mam inne standardy niż przetarcie blatu szmatą. Więc cały piątek spędziłam na szorowaniu czego się tylko dało. Połowa kuchni (bo druga połowa wciąż czekała na dokończenie), salon, wszystkie parapety, dwie łazienki (dwie pozostałe wciąż czekały na dokończenie), lampy i kaloryfery "od środka". Na większość się rzeczywiście nie zwraca uwagi w codziennym życiu, ale ja po prostu nie mogę jak mam gdzieś plamkę z farby. No to szorowałam. Moje zwłoki odebrał wieczorem Chłop i zawiózł na ostatnią noc do lokalu tymczasowego. Hurraaa!
Powiem tylko, że dyspenser chłodnej wody z nowej lodówki uratował mi życie, bo w Szkocji akurat wtedy zrobiło się dość ciepło i bardzo słonecznie. Chłop nie był za bardzo do niego przekonany na początku, ale sam wychłeptał połowę, więc dyspenser jednak się przydaje. 
W sobotę zapakowaliśmy niezbędne rzeczy i koty i pojechaliśmy do domu.


Biedne kotełki całą drogę płakały, ale w domu na nowo odżyły. Tiggy znacznie lepiej adaptuje się niż Migunia, pewnie dlatego, że jego życie jest sterowane żarciem. Migusia, cóż, jest kocim niejadkiem, dla niej życie to nieustająca czujność. Niemniej jednak, od pierwszych chwil widać było, że koty czują się u siebie. Wydawało się, że doskonale pamiętają wszystko, chociaż czuły się trochę niepewnie przez nowe zapachy. Nie chowały się jednak, nie wyglądały na wystraszone. Od razu jak zobaczyły kocią klapkę, chciały dać dyla z domu, ale nie pozwoliliśmy oczywiście. Ale klapkę musieliśmy zastawić ciężkimi pudłami, inaczej rozwaliliby chyba wszystko w pył. 
No a my, zaczęliśmy się rozpakowywać. W sumie, wybaczcie mi, ale nie za bardzo pamiętam co robiliśmy w tamten weekend. Doprowadzaliśmy chałupę do porządku. To powinno wystarczyć. 
W niedzielę koty dostały wychodne. Radość była wielka a nasze obawy bezzasadne. 






W niedzielę po południu pojechaliśmy do tymczasowego domu spakować to co tam mieliśmy. Zeszło nam ładnych parę godzin. W poniedziałek mieliśmy wypożyczonego vana, więc pojechaliśmy, zabraliśmy wszystko i przewieźliśmy do chałupy, po drodze zahaczając o Ikeę, żeby zakupić regały, bo stare zostały zniszczone w czasie zalania. W poniedziałek przyjechał do chałupy stolarz, dokończyć instalację kuchni i wszystkie inne duperele, które zostały do zrobienia.
Ha. Ha. Ha. Oczywiście nie dał rady sam w poniedziałek, więc we wtorek przysłano posiłki, które to pracowały w pocie czoła dzielnie aż do wczoraj, po to żeby i tak zostawić kilka niewielkich spraw do dokończenia. Powiedziałam przy tym kierownikowi projektu, że sobie nie życzę żadnych malarzy z powrotem w domu, chociaż jest trochę do poprawki. Nie chcę już żadnych facetów kręcących się po domu z brudnymi łapami. Sama sobie powoli wszystko skoryguję, przynajmniej wiem że będzie tak jak chcę. Wczoraj na przykład odkryliśmy, że w przedsionku pozostał na szybie kawałek taśmy klejącej, którą przykleiłam światełka na święta. Widocznie ten kawałek taśmy przeoczyłam. A panowie malarze co? Taśma zachodziła trochę na ścianę to ją sobie zamalowali zamiast odkleić! Mam ich dośc. Najgorsze, że drzwi do naszej sypialni się same nie zamykają, bo trą o dywan. I nikt nie chce za to wziąć odpowiedzialności. A ja powiedziałam, że nie podpiszę zakończenia robót dopóki to nie zostanie rozwiązane. Zobaczymy.
W każdym razie, jesteśmy już z powrotem na swoim, powiem szczerze, że nie wiem co się dzieje, czy ja się starzeję (to chyba najgłówniejszy powód) czy jaka inna cholera, ale te dwa lata temu, kiedy się tu wprowadzaliśmy, wszystko szło jakoś łatwiej. Po pięciu dniach ciężkiej fizycznej harówki błogosławiłam dzień, w którym wróciłam do pracy. Przynajmniej mogłam sobie odpocząć. Chociaż, tak właściwie to nie wypoczęłam do dzisiaj. A tak jeszcze dużo do rozpakowania mam!

3mcie się ludziska :-)




środa, 8 maja 2019

Zen

Jeśli wczoraj trafił mnie szlag, to nie wiem jak moge nazwać to co się dzisiaj działo. Podsumowując - założę się, że panowie jak mnie tylko zobaczą (lub usłyszą bo nie ze wszystkimi twarzą w twarz rozmawiam) to od razu myślą: K..wa, godzilla idzie. Tylko nie wiem czy to pierwsze słowo to o mnie czy dopiero to drugie. Ale dzisiaj się nie rozpłakałam, dzisiaj sie po prostu do białości wkurwiłam. I powiedziałam - NIE. Nie będzie wymyślania półśrodków, wyszukiwania winnych, i w ogóle żadnej dyskusji nie będzie. Będzie tak jak się umawialiśmy i ani milimetra inaczej. I że jak taki hydraulik na przykład nie potrafi używac taśmy mierzącej to może ktoś inny powinien za niego zmierzyć. Krzyczeć może i nie krzyczałam, ale jak już dopuściłam się w wymianie zdań do wypowiedzenia formułki: "... jeszcze nie skończyłam" to wiedz że coś się dzieje.
W każdym razie, w tej chwili już jestem zen, chwiejący się na trochę krzywej nóżce, ale jednak zen.

A dla Was kwiatki z ogródka, zanim wszystkie poopadają. W końcu niby jeszcze wiosna, co nie?

Żonkile


I tulipany






I szafirki


I tak to wygląda



A to kupiłam w zeszłym roku na wyprzedaży i za cholerę nie wiem co to jest


Do następnego razu :-)

wtorek, 7 maja 2019

Nie wytrzymałam

A było to tak.
W niedzielę obchoodziliśmy rocznicę ślubu. Pierwszą :-) Ale w sumie to powinna być ta rocznica w sobotę, bo przecież w sobotę była ta cała ceremonia. No to zaczęliśmy od soboty. Zarezerwowaliśmy sobie całodzienną jazdę próbną samochodem elektrycznym Nissan Leaf. I sobie jeździliśmy, na zakupy, do chałupy,  w odwiedziny do córki, tu i tam, i tak jakoś nam zleciało. O samochodzie nie będę się rozpisywać bo to nie na temat, ale ja pierniczę! Oboje byliśmy zachwyceni, pierwszy raz jechaliśmy samochodem, który sam jechał i sam parkował, tak że ubaw mieliśmy niesamowity. Teraz rozumiem te okrzyki radości, które wydają z siebie prowadzący Top Gear. Sama tak wrzeszczałam :-)
A wieczorem zamówiliśmy sobie bilety na Avengers End Game w Imaxie i również byliśmy zachwyceni. Pomimo że oglądaliśmy film już drugi raz, wciąż nam się tak samo podobał, choć oglądało się już bez emocji.
Niedzielę spędziliśmy w zasadzie w łóżku, zostało mi podane śniadanie z kawusią, obdarowaliśmy się kartkami, bo to rocznica papierowa jest i tak jakoś nam zeszło do czwartej, kiedy trzeba sie było zacząć zbierać, bo mieliśmy zarezerwowaną restaurację na piątą trzydzieści. Przedtem wstąpiliśmy jeszcze do Weatherspoons na drinka, głównie dlatego, że zarezerwowana restauracja jest tak zwana bliskowschodnia, żarcie pyszne ale napoje mają tylko bezalkoholowe. Można sobie przynieść swój alkohol, ale nie chciało nam się butelki wina targać, bo kto by to całe wypił. Po kolacji poszliśmy uzupełnić toasty, następnego rana się dziwiłam dlaczego mnie tak głowa boli, okresu nie mam, przeziębiona nie jestem, więc o co chodzi. Chłop słusznie zauważył, że to nie głowa, tylko dżin. No tak, to wiele tłumaczy, wypiłam ze cztery, co ja poradzę że mają taki wybór.
Wczoraj trafił mnie szlag. Głównie to chodziło o szafę, ale tak naprawdę to chyba o całokształt.  Wieczorem Chłopu się dostało najbardziej, bo od siódmej czekałam jak na szpilkach żeby obejrzeć czwarty odcinek nowej Gry o Tron, a ten zaczął sobie humus robić. I tak mu zeszło do dziewiątej, a ja nawet nie miałam co czytać żeby czas zabić, bo kindla zapomniałam w pracy i nie chciało mi się po niego iść choć to przecież tylko pięć minut drogi. No to pielęgnowałam w sobie złość, aż w końcu sobie zrobiłam uspokajającą herbatkę z tonika i dżinu. Albo z toniku i dżina, nie pamiętam.
Poszłam do łóżka tuż przed jedenastą, ale książki nie miałam więc czekałam na Chłopa oglądając komórkę. A ten oczywiście się nie śpieszył. Z samego rana zmyłam mu głowę za to, bo on się wyspał a ja nie. Z tych nerwów całych obudziłam się bowiem o piątej rano i koniec, no ale książki nawet nie miałam żeby sobie do snu poczytać, to się rzucałam tylko jak wesz na grzebieniu.
Do pracy poszłam w nastroju bardzo bojowym, wykonałam od razu z rana obowiązkowy telefon do wykonawcy i do faceta od dywanów, a na koniec do ubezpieczyciela, co mi wcale nie pomogło, a nakręciło zły humor jeszcze bardziej. Chociaż w zasadzie nie powinno, bo niby wszystko jest na dobrej  drodze do końca tułaczki. Wisienką na torcie była rozmowa telefoniczna, tym razem już służbowa, z jednym w kontrahentów. Wisiałam na słuchawce czterdzieści pięć minut tłumacząc co i jak i próbując znaleźć rozwiązanie z sytuacji, ale pan po drugiej stronie miał całkowite ode mnie zdanie na ten temat, bo jak się okazuje w życiu najważniejsze są tylko sztywne przepisy i regułki. W sumie, powinnam mieć to w dupie, bo sprawa wcale nie dotyczyła mnie i mojej firmy, ale błędu w ich kartotece klienta, który chciałam żeby poprawili, po prostu żeby nie dostawać więcej głupich listów. Poddałam się. Nie dałam rady. Powiedziałam na koniec, że dziekuję za miłą rozmowę i wspaniale spędzone czterdzieści pięć minut mojego życia. Rzuciłam słuchawką, a potem się po prostu rozpłakałam. Pewnie brakowało mi płynów w organizmie.

A za chwilę jadę do Chałupy, będę malować ściany. Może się przy tym zrelaksuję i uspokoję. Chłop się chyba przejął moim stanem emocjonalnym bo powiedział przez telefon że mnie kocha. Bardzo.
No, ja jego chyba też ;-)

czwartek, 2 maja 2019

Kot na stole

W ramach przerywnika dzisiaj będzie bardzo krótko za to filmowo. No i kotowo, bo o nich dawno nie było. Chciałabym po powrocie do domu napisać o moich doświadczeniach ze zmianą kotów wychodzących na niewychodzące, a potem z powrotem na wychodzące. Ale dzisiaj tylko tak. To zapraszam :-)


Tiguś i Migusia pozdrawiają!

środa, 1 maja 2019

Już za tydzień!

Powiem szczerze, że nie wiem jak mam to wszystko opisać. Więc może być zupełnie chaotycznie, bo chronologia już dawno się gdzieś po drodze zagubiła.
Dom się ciągle "robi", więc najlepiej będzie zaposiłkuje się (czy to jest w ogóle po polsku??) poprzednimi postami o tej tematyce.
No tak... Kafelki. Zostały położone. Te w kuchni wyglądały całkiem ładnie, te w łazience prysznicowej też. Dopóki się z bliska nie przyjrzałam. To że trochę krzywe miejscami, to jeszcze ujdzie w tłoku na bezludziu, bo to takie kafelki, że raczej nie widać. Ale fugi to już mojej kontroli jakości nie były w stanie przejść w żaden sposób. Tak jakby pan po prostu pacnął i se to rozsmarował jak mu się chciało, tu głęboko, tu krzywo, tu jakoś tak nie wiadomo jak. Ale to jeszcze nic. W ubikacji na samym dole dobrałam bardzo ładne, matowe białe kafle, w których się zakochałam w sklepie od pierwszego wejrzenia. Wchodzę sprawdzić, a tam... kafelki są. W porządku, choć dupy nie urywa. Mogę to zrozumieć, jeszcze nie umyte to nie widać ich ładności. Jedna ściana w porządku. Ale druga, po oknem, no mało mnie szlag nie trafił. Ludzie, kafle są duże, powierzchnia mała, raptem 10 sztuk. I każda, dosłownie każda krzywo położona. Kazaliśmy zrywać i zakładać na nowo.
Piec ogrzewania centralnego, przemontowany dwukrotnie, musiał niestety być wymontowany ponieważ niestety dokonał żywota. Mnie to rybka, przywieźli nowy, ale biedny pan hydraulik musiał go montować jeszcze raz.
O szafie wbudowanej to już mi się nie chce po prostu myśleć. Zrobili takie straszydło, że nie jestem w stanie na to patrzeć, a co dopiero zaakceptować. Powiedzieli, że poprawią tak jak chcemy. Ale za godzinę telefon, że... "Ale pani Barkby, my nie możemy odpowiednich materiałów znaleźć". Powiedziałam im, żeby szli do diabła, tylko w trochę bardziej cywilizowany sposób, zadzwoniłam do ubezpieczyciela i powiedziałam, że niech se robi co se chce, ja chcę tę szafę mieć zbudowaną przez kogoś innego. No to szukam. Prawdopodobnie znajomy mi zrobi, jak już będziemy na miejscu, a ubezpieczalnia zapłaci.
W ogóle, lista niedoróbek i fuszerek w ostatnim tygodniu była taka długa, że zajęła mi cały wieczór i pięćdziesiąt osiem zamieszczonych dla ewidencji zdjęć. Ja rozumiem jakieś tam niedociągnięcia malarsko-dekoracyjne w trakcie, ale większość z tego wszystkiego to miał już być skończony produkt. Panowie malarze mnie dosłownie rozbroili. Pokazuję na przykład palcem, gdzie pomaziana została ściana, która już była pomalowana, a oni, że to nie nie oni, że to na pewno ci, którzy sprzęty wynosili z pokoju. Ta, jasne, a świstak siedzi i zawija... Sprzęty zostały wyniesione w styczniu, a panowie malarze wymaziali ścianę jak im kazałam kontakty szorować, bo całe zamaziane zostawili po robocie. A kontakty to też nie oni, tylko elektryków wina, bo elektryk nie odkręcił. A zamaziany czujnik alarmu to też nie oni, to tynkarze. A ten wieszak na ubrania, to on się nie ruszał jak go przedtem dookoła malowali, oni nie wiedzą jak on się teraz rusza i jak ja w ogóle mogłam pod niego zaglądnąć. Ok, jak nie wiecie o co chodzi, to chodzi o takie dwa pojedyncze wieszaki, na których wieszaliśmy plecaki. Wisiały na jednym wkręcie i się kręciły dookoła, taki dizajn. A panowie je po prostu obmalowali farbą, bo im się nie chciało odkręcić.
(Zaraz nie chciało, oni przecież nie mają uprawnień do trzymania śrubokręta, od tego to jest wkręcacz śrub!).
Albo taki elektryk. Są dwa pstryczki na włączniku światła. Normalnie pstrykasz pierwszy to się włącza to światło, po której stronie jest pstryczek. A drugi zapala dalsze światło. Ale nie, dla pana elektryka to wszystko jedno jest, i jeszcze się dziwi, że my takie wymagania mamy.
Normalnie ręce i nogi nam opadają, po prostu brak nam słów i nie chce nam się o tym wszystkim gadać. W każdym razie, plan jest taki, że kończą co mają do skończenia, bo niestety dla nich, a na szczęście dla nas, czternastego musimy opuścić tymczasowy dom, więc graty muszą zostać przywiezione z powrotem do domu z przechowalni najpóźniej w piątek dziesiątego.
Stiven panikuje, bo czasu ma niewiele a roboty od groma.
No cóż, kiedyś ten moment musiał nadejść. Już niedługo wracam do domu!

czwartek, 25 kwietnia 2019

End Game

Bardzo podekscytowani, naprawdę tak bardzo, że aż wszystko leciało mi z rąk, a Chłop trochę za szybko w zakręty wchodził w drodze, co jemu akurat się raczej nie zdarza, więc bardzo podekscytowani przybyliśmy do "naszego" kina o godzinie 20:39, choć seans miał się zacząć o 20:45. Co nam się nigdy nie zdarza, takie wczesne przybycie przed seansem, bo wiadomo, że najpierw reklamy, potem zapowiedzi, w sumie filmy zaczynają się jakieś dwadzieścia minut później to po co się spieszyć. Powodem ekscytacji była premiera ostatniego filmu o superbohaterach - Avengers Eng Game. Ostatniego w ogóle. Nie będzie więcej.

Kto mnie czyta, być może pamięta, jak zareagowałam dokładnie rok temu po poprzedniej części sagi.  Jak ktoś nie pamięta, to odsyłam tu. Film wbił mnie w fotel. Nie mogłam się pozbierać przez kilka dni, a potem obejrzałam go jeszcze kilka razy, za każdym razem przeżywając tak samo. Po ostatnim razie uznałam, że nie chcę go już oglądać, bo to za bardzo emocjonalne dla mnie. A jednak, kiedy kilka tygodni temu ruszyła przedsprzedaż biletów i w opcji był tzw. double bill, czyli dwa filmy po kolei, nie wahałam się ani chwili. Z tą przedsprzedażą to też heca wyszła, pamiętam była środa rano, kiedy Chłop dostał email z kina, że można kupować. Oczywiście szybko na internet, bo bardzo chcieliśmy zobaczyć to w IMAX, ale... kupa. Wszystko wyprzedane. IMAX, 4DX, 3D, w dwie godziny po rozpoczęciu przedsprzedaży nie było już biletów, zostały tylko miejsca w 2D. Cóż, z bólem serca zamówiliśmy te 2D. Nawiasem mówiąc, jak to się człowiek rozbestwił, że zwykły ekran już mu nie wystarcza.

Tak że, bardzo podekscytowani, wpadliśmy do kina o niebywałej godzinie 20:39, żeby pół godziny później zacząć na nowo seans, który tak złamał mi serce i to wiele razy. Już wcześniej postanowiłam, że potraktuję to jako okazję do drzemki, bo już widziałam to już tyle razy, że nic nie mam do stracenia. Hmmm... jakoś mi się nie chciało drzemać, choć w sali było bardzo gorąco. Trochę się obawiałam, jak wytrzymam w takim razie następny seans, ten właściwy. Infinity War skończył się jakieś dwadzieścia minut po jedenastej. Na koniec weszła pani i powiedziała, że przepraszają bardzo, bo zdają sobie sprawę, że temperatura w tej sali jest nieodpowiednia i że w związku z tym uruchomili dodatkową salę, więc jak ktoś się czuje niekomfortowo to jest zaproszony do sali numer 6, gdzie można sobie zajmować miejsca jak się chce. A film zacznie się równo o północy.

Poszliśmy się więc przejść, napić, rozprostować kości, myślałam o kawie ale kolejka była taka, że mi się odechciało na sam widok. Pozostaliśmy więc o wodzie. I po raz pierwszy w życiu widziałam niebywały ewenement, kolejka do męskiego kibelka ciągnęła się na cały długi korytarz w kinie, a damski był o dziwo nie przepełniony. Zupełnie odwrotnie niż zazwyczaj gdziekolwiek. Chłopu nie chciało się stać w kolejce, więc poszedł do sąsiedniej kręgielni. Po powrocie zapytałam, czy w męskim WC jest tylko jedna ubikacja, a on że nie, jest chyba z dwanaście, czyli tak jak w damskim więc nie rozumiem z czego wynika taka kolejka. A Chłop, że chyba wszyscy kupę robią :-)))

W każdym razie, poszliśmy do tej sali numer 6. Usiedliśmy. Posiedzieliśmy pięć minut. W końcu mówię do Chłopa:
- Wiesz, tutaj chyba wcale nie jest chłodniej.
A Chłop:
- No, i ten ekran jest dużo mniejszy...
Bez słowa, pozbieraliśmy klamory i wróciliśmy do naszej gorącej sali numer 12. Minęła dwunasta, potem pięć po, dziesięć, piętnaście... Ludzie zaczęli się niecierpliwić, jeden chłopak wyszedł na zwiady i wócił mówiąc (na cały regulator oczywiście), ze wszędzie już grają, tylko nie u nas. No zgroza! Dwadzieścia po przyszła pani, przeprosiła za zwłokę i poprosiła o chwilę cierpliwości, bo mają problemy z nagłośnieniem! Nosz kurde, czy tylko nam się zdarzają takie rzeczy w kinie? No ale dokładnie dwadzieścia osiem minut po północy zaczął się film. Bez reklam, bez zapowiedzi.

Avengers End Game.


Film był długi, trwał trzy godziny i jedną minutę. Wytrzymałam. Nie ziewnęłam nawet. Teraz już wszystko wiem, historia została zakończona. Jak to powiedział Chris Hemsworth, czyli filmowy Thor, w wywiadzie z Grahamem Nortonem w BBC, ludzie mają różne oczekiwania więc w zależności od oczekiwań dla jednych kończy się pomyślnie, dla innych nie za bardzo.

Oczywiście, wiem że Marvel to nie jest bajka dla wszystkich. Ale jestem pewna, że Ci, którzy widzieli choć jedną opowieść o Avengers, Spider Manie, Iron Manie, Hulku czy Kapitanie Ameryka, nie będą zawiedzeni, bo ten film po prostu nie jest w stanie zawieść żadnych oczekiwań. Wspaniały finał fantastycznej opowieści, nakręcony z ogromnych rozmachem, takim że momentami opada szczęka. I z tą konkluzją Was zostawiam. I polecam. Naprawdę warto.

piątek, 19 kwietnia 2019

Wesołych Świąt!

Nie wiem jak u Was, ale u mnie święta przebiegną w spokojnej domowej atmosferze, tylko ja, Chłop i Koty :-)
Zakupiłam zgrzewkę białych jajek w polskim sklepie, mieli tylko takie wielkie po 30 sztuk, ale pomyślałam, a co mi tam. Ważne do maja to się zje. Zakupiłam też chemiczne barwniki do jajek. Chłop się na chemii zna to pofarbuje. Uczynił tak w zeszłym roku i tak mu się spodobało, że jak zapowiedziałam wcześniej że nie chce mi się w tym roku nic robić, to tylko smutno napomknął, że może chociaż te jajka... No to niech ma, niech się bawi.

Panowie właśnie kończą zakładać podłogę w domu, a ja zajadam smutki kanapeczką z pasztetem i pomidorkami koktajlowymi. Wiem, dla niektórych herezję uprawiam jedzeniem "mięsa" w Wielki Piątek, nie rusza mnie to jednak. Ziemniaki wegetariańskie jadłam wczoraj.

Jako że post z założenia miał być krótki i treściwy, w zasadzie się pożegnam na dzisiaj życząc Wam Wesołych Świąt i tradycyjnie - smacznego jajca!


A na koniec - nagroda dla cierpliwych, czyli wideło, które nakręciłam jakieś trzy tygodnie temu tylko weny nie miałam na opublikowanie. No i taka to ze mnie jutuberka :-)