piątek, 20 stycznia 2017

Humor na piątek

Dzisiaj różne dowcipy, na pożeganie tego niezwykle durnego tygodnia. Zapraszam.


*****
Dyskoteka, przy wejściu gościa zatrzymuje bramkarz i pyta:
- Jakieś narkotyki?
- Nie.
- Pistolet, taser, kastet?
- Skąd!
- Nóż, maczeta?
- Oczywiście, że nie!
Bramkarz wzdycha, bierze pustą, szklaną butelkę, rozbija ją o ścianę tak, że pól butelki z ostrymi krawędziami zostało i podaje ją gościowi mówiąc:
- To masz chociaż to.


*****
Młodzieniec pyta starszego wiekiem, bogatego dżentelmena o to, jak ten dorobił się fortuny.
Starszy człowiek pogładził palcem drogą, wełnianą kamizelkę i rzekł:
- Cóż, synu, to był rok 1932, apogeum Wielkiego Kryzysu. Zostało mi ostatnie pięć centów. Zainwestowałem te pięć centów w jabłko. Cały dzień spędziłem na polerowaniu tego jabłka, a pod koniec dnia sprzedałem je za 10 centów. Następnego ranka zainwestowałem te 10 centów w dwa jabłka, które następnie cały dzień polerowałem, żeby o 17:00 sprzedać je za 20 centów. W ten sposób przepracowałem okrągły miesiąc, pod koniec którego zebrałem fortunę w wysokości 9,80 USD. Potem zmarł mój teść i zostawił nam dwa miliony dolarów.


*****
Mąż wyjmuje z domowego barku wszystkie spirytualia i starannie układa je w dużej, sportowej torbie. Zauważa to żona i pyta:
- Po co ci tyle tego? Przecież jedziemy tylko na dwa dni na daczę!
- Lusia, to nie my jedziemy na dwa dni na daczę. To nasz syn zostaje na dwa dni sam w domu.


*****
Dwóch prawników weszło do baru. Zamówili po drinku, po czym wyciągają z teczek po kanapce i zaczynają jeść. Natychmiast pojawia się przed nimi właściciel baru.
- Panowie, bez przesady, nie możecie tu jeść swoich kanapek.
Prawnicy wzruszyli ramionami i zamienili się kanapkami.


*****
W pewnym mieście powstał sklep, w którym każda kobieta mogła sobie kupić męża.
Miał sześć pięter, a jakość facetów rosła wraz z każdym piętrem. Był tylko jeden haczyk: jak już kobieta weszła na wyższe piętro, nie mogła zejść niżej, chyba że prosto do wyjścia bez możliwości powrotu. Wchodzi więc tam pewna babka poważnie zainteresowana kupnem męża.
Na pierwszym piętrze wisi tabliczka:
"Mężczyźni tutaj mają pracę" - To już coś, mój były nawet roboty nie miał - pomyślała kobieta - ale zobaczę, co jest wyżej.
Na drugim piętrze był napis: "Mężczyźni tutaj mają pracę i kochają dzieci" - Miło, ale zobaczymy, co jest wyżej.
Na trzecim piętrze była tabliczka: "Mężczyźni tutaj mają pracę, kochają dzieci i są niesamowicie przystojni" - No, coraz lepiej - pomyślała - ale wyżej, to musi być już zajebiście.
Na czwartym piętrze można było przeczytać: "Mężczyźni tutaj mają pracę, kochają dzieci, są niesamowicie przystojni i pomagają przy pracach domowych" - Słodko, słodko... Ale chyba wejdę piętro wyżej.
Na piątym piętrze stało: "Mężczyźni tutaj mają pracę, kochają dzieci, są niesamowicie przystojni, pomagają przy pracach domowych i są diabelnie dobrzy w łóżku" - No niesamowite, wręcz cudownie - pomyślała kobieta - ale jak tu jest tak wspaniale, to co musi być piętro wyżej!?!
Na szóstym piętrze BARDZO zdziwiona kobieta przeczytała: "Na tym nie ma żadnych facetów. Zostało ono stworzone tylko po to, aby udowodnić, że wam, babom, za cholerę nie można dogodzić..."


*****
- Madzia, chodź gdzieś pójdziemy i coś zjemy.
- Ok, a gdzie?
- Może do restauracji z polskim jadłem?
- Nieeee...
- Na kebaba?
- Wczoraj jadłam.
- Pizza?
- We wtorek? Absolutnie!
- No to do chińczyka.
- Nie lubię kurczaków.
- Owoce morza?
- A fe, śmierdzą...
- Burger?
- No wiesz?! Chcesz, żebym była gruba?!
- To gdzie chcesz iść?
- Hubert, wszystko jedno. Gdzie zaproponujesz, tam pójdziemy.


*****
Rano spóźniona matka w pośpiechu szykuje córkę do przedszkola. Jedną ręką się maluje, drugą nakłada dziecku kombinezon i tak dalej. Biegną na autobus. Matka w pewnym momencie patrzy na dziecko i pyta:
- Córuś, a nie zimno ci w rączki bez rękawiczek?
- Nie, ale w nóżki bez bucików tak.



Udanego weekendu!


środa, 18 stycznia 2017

Dziś w południe

Być może dziś w południe sprzedam dom.
Wczoraj na naradzie ustaliliśmy strategię, wszystkie możliwe scenariusze.
Na podjęcie decyzji muszę poczekać jeszcze z godzinę.
Wtedy się okaże, komu i za ile. O ile będzie komu.
Bardzo się denerwuję...



UPDATE.

Sprzedane. Sama nie wiem czy mam się cieszyć czy płakać. W każdym razie. W marcu czeka mnie przeprowadzka. Dokładnie po dziewięciu latach. Biedne kotki... One tu żyły całe życie...

poniedziałek, 16 stycznia 2017

O pieskach i kotkach

Tyle się u mnie dzieje że zaczynam się dziwić jak ja to wszystko ogarniam. W sobote przyszła rodzina na oglądanie domu, bardzo sympatyczna zresztą. Kobieta zanim weszła, zapytała: "Ale Ty przypadkiem nie masz kota?" A ja: "A co, masz alergię?", a ona że nie ale nie lubi kotów. No to ja że mam dwa, ale one raczej się gdzieś po kątach chowają to że jest bezpieczna. Szybko okazało się że ta kobieta nie "nie lubi" kotów, ona po prostu panicznie się ich boi. I uwierzcie mi, słyszałam, czytałam, ale nigdy w życiu nie widziałam osoby, która autentycznie i szczerze BOI się kotów! (Stardust, jeśli czytasz to wiesz o czym piszę :-) ).
Jej dwie dziewczynki były zachwycone, że domek dla kotków, że zabawki, że osobne wejście dla kotków jest, w końcu że same kotki, bo Tiguś się pojawił nic sobie z gości nie robiąc, a na końcu Miguśka wparowała do domu i z prędkością światła pomknęła na górę, wzbudzając śmiech dziewczynek i krzyk matki. Tigusia musiałam wynieść z chałupy, bo baba stała sparaliżowana i chowała się za drzwiami jak go tylko zobaczyła. No cyrk!
Ale ja nie o tym chciałam.
Byłam z Migusią na corocznej kontoli i szczepieniu. Darła japę w samochodzie, potem w poczekalni do pewnego momentu, o którym za chwilę. A potem zamilkła, chyba ze strachu.



Wszystko OK, Migusia przytyła od ostatniego roku... całe 5 gram, czyli waży 3,005 kilograma. Pewnie dlatego że nie była na koopie i siku. Pani weteryniarz była zachwycona stanem jej uzębienia w wieku czterech lat (nie mogę uwierzyć że ona ma już ponad cztery lata!), zapytała czy poluje, a ja na to że owszem ale na pchły i ćmy raczej, choć ze dwa razy myszkę do domu przyniosła. Pani na to że być ona swoją zdobycz po prostu zjada, bo takie zęby to mają koty, które zeżrą to co zapolują. To może wyjaśniać dlaczego ona tak mało je w domu, bleeee....
Ale zanim weszliśmy, w poczekalni zaczął się istny cyrk, bo przyszli na kontrolę tacy goście:



Dwa potężne Nowofunlandy. To nieczęsta gratka, spotkać w jednym miejscu takie dwie wielkie, ciężkie bestie. One były naprawdę ogromne. Nie wiem czy to braciszek i siostrzyczka, czy dwie siostrzyczki lub dwóch braciszków, ale ci ludzie chyba przywieźli je ciężarówką, bo do osobowego samochodu one by się z prewnością nie zmieściły. Miały wielkie śliniaki ze śmiesznymi napisami, były bardzo czyste i zabane. Państwo po kolei stawiali je na wadze, któa ustawiona jest w poczekalni. Wikipedia podaje że średnia masa tych psów to około 68 kilo. Te psy ważyły - uwaga! - czarny 107 kilo, a brązowy 104 kilogramy i to nie była nadwaga! Były potężne, śmieszne i ocieżałe, podziwiam ludzi, którzy się nimi opiekują. Utrzymać to na smyczy to jest już nie lada zadanie. A karmić, wyprowadzać, czyścić... Nie udało mi się zrobić zdjęcia ich obu razem, ale co się naoglądałam to moje.

A w domu... Tak pracuje Chłop. Powiedziałam że niech się czuje zaszczycony, bo do mnie Tiggy w życiu przyszedł na kolana może ze cztery razy, a w taki sposób to nigdy. A Chłopa to on po prostu uwielbia. Ja musiałam tylko co chwilę przychodzić i "control" przyciskać czy jakiś inny klawisz, bo Chłop przecież nie może, bo kota ma :-)


Ale przyszedł moment że Chłop musiał jednak tą ręką poruszyć bo mu zdrętwiała, więc kiciuś uznał to za zachętę zmiany miejsca przebywania. No i po robocie!


Jakieś pół godziny później nastąpiła nieoczekiwana zmiana miejsc :-) I tak to ten Chłop z nimi ma. 
 

Miało być o pieskach i kotkach, ale jak już jesteśmy w temacie zwierzątek, to nie mogłam się oprzeć. Już za niecałe dwa tygodnie będę miała pod tymczasową opieką takie oto stworzonka, trzy:




Córka wyjeżdża do Polski na 10 dni więc poprosiła o opiekę na jej pupilami. Zgodziłam się, mam pusty pokój to mogę je zamknąć i koty nie będą miały do nich dostęu. Ale... jak ja sobie poradzę, ze szczurami i kotami w domu, to ja nie wiem. Dla kogo będzie to większy stres? Czy ktoś miał podobne doświadczenia?


piątek, 13 stycznia 2017

Humor na piątek

Dzisiaj humor rodzinny. Zapraszam.


*****
Żona żali się mężowi:
- Stefan, czemu ja mam ciągle tyle roboty w mieszkaniu!?
- Śpisz w nocy to ci się zbiera!


*****
Żona mówi do męża przy śniadaniu:
- Założę się, że nie wiesz, jaki dziś jest dzień.
- Ależ wiem, kochanie - odpowiada spokojnie mąż.
Następnie małżonek wychodzi do pracy, a po jakimś czasie kurier przynosi żonie wielki bukiet czerwonych róż. Po godzinie kurier doręcza ogromną bombonierkę, i kolejni w ciągu dnia jeszcze kilka prezentów. Mąż wraca z pracy, a żona cała w skowronkach do niego:
- Dziękuję kochanie! To najwspanialszy Dzień Sprzątania Świata w moim życiu!


*****
Wnuczek pyta babcię:
- Babciu, czym ty do nas przyjechałaś?
- Pociągiem, a dlaczego pytasz?
- Bo tata mówi, że cię diabli przynieśli.


*****
Kobieta zamawia u malarza swój portret:
- Proszę mnie namalować w brylantowych kolczykach, z brylantową kolią i z szafirowymi spinkami do włosów. A na nadgarstkach brylantowe bransoletki.
- Ależ proszę pani, pani nie ma na sobie nic z tych rzeczy!
- No nie mam. Ale gdybym umarła wcześniej niż mój mąż, to on się na pewno natychmiast znowu ożeni. A ja chcę żeby tę jego drugą trafił szlag, jak będzie szukać tej biżuterii.


*****
Wigilijny wieczór. Ktoś dzwoni do drzwi. Kobieta otwiera i serce skoczyło jej do gardła. To jej mąż. Ledwo go poznała! Ostatni raz widzieli się, kiedy ich synek - dziś prawie dorosły - szedł do przedszkola...
- Cześć - mówi facet.
- Cześć? - pyta kobieta. - Piętnaście lat temu wyszedłeś z domu po papierosy, teraz wracasz i tyle masz mi do powiedzenia?
- O rany, masz rację! Papierosy! Czekaj, zaraz wracam.


*****
Rozmawiają dwie kobiety:
- Ech, życie... Wracasz z pracy i zapieprzasz w domu. Dzisiaj podłogi myłam, jutro okna...
- A mąż?
- A mąż na szczęście sam się potrafi umyć.


*****
Pan Władek wraca po alkoholowym przyjęciu do domu. Puka do drzwi.
- To ty, Władek? - pyta się przez drzwi żona.
Odpowiada jej milczenie, więc wraca do łóżka. Po chwili znowu słyszy pukanie.
- Władek, czy to ty pukasz?
Cisza, więc żona na dobre udaje się na spoczynek. Rano otwiera drzwi i widzi swojego męża na wycieraczce, trzęsącego się z zimna.
- Władziu, to ty pukałeś w nocy?
- Ja...
- To dlaczego nie odpowiadałeś na moje pytania?
- Jak to nie odpowiadałem? Kiwałem głową.



*****
Żyd postanowił wysłać żonę do sanatorium. Przed wyjazdem dał jej 500 zł i upomniał:
- Stara, tylko ty mi tam nie szalej w tym sanatorium.
Stara wyjechała, a po tygodniu do drzwi małżonka puka listonosz.
- Dzień dobry! Jest przekazik na 5000 zł.
Zdziwiony Żyd sprawdza nadawcę i nie może uwierzyć, gdyż nadawcą jest jego żona.
- Może ona tam jakiś interes zrobiła - pomyślał mąż.
Mija kolejny tydzień i znowu listonosz puka do drzwi. Tym razem paczka. Nadawcą znowu jest żona, a w środku znajduje się piękne, karakułowe futro. Mąż zaczyna się zastanawiać jak sobie radzi jego żona, a w międzyczasie pojawia się kurier z przesyłką. Szok. Po rozpakowaniu w pudełku jest kolia brylantowa... Mąż nie może wytrzymać i chce się dowiedzieć, co za interes zrobiła jego żona i postanawia pojechać do sanatorium. Dociera nad ranem do domu sanatoryjnego, puka do pokoju, w którym przebywa jego żona. Cisza. Puka drugi raz i nic. Wali wściekły w drzwi. Nic. Naciska na klamkę - otwarte. Wchodzi i widzi jak jego żona śpi naga w objęciach nagiego, obcego mężczyzny i drze się co sił w gardle:
- Stara, co ty robisz z tym gołym człowiekiem, do jasnej cholery?!
Na to zbudzona małżonka odpowiada:
- Cicho, cicho bądź - i pyta - kasa doszła?
Mąż odpowiada, że tak.
- A futra?
- Też.
- A co z kolią?
- Też jest.
- No, widzisz, to wszystko od niego - mówi żona.
Żyd milczy przez chwilę, a potem mówi:
- Kochanie, to ty go przykryj, bo on się nam przeziębi.



czwartek, 12 stycznia 2017

Siedem minut po północy

Wczoraj obejrzałam przepiękny film, którego tytuł po angielsku wcale nie przypomina tego po polsku, bo nazywa się "A Monster Calls" czyli polskie "Siedem minut po północy".
Był on ostatni na mojej liście filmów do obejrzenia w tym miesiącu, już nawet miałam go sobie odpuścić, ale wczoraj był nasz wieczór kinowy a to był jedyny film, którego jeszcze nie widziałam. O, jakże się myliłam!



Spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Myślałam, że to kolejny obraz dla dzieci w stylu "BFG" i "Peter's Dragon", a to co zobaczyłam to wspaniały, przejmujący, niezwykle mądry film o uczuciach, emocjach, o próbie radzenia sobie z czymś, czego nie jest się do końca świadomym.
Jak zwykle, nie będę opisywała fabuły, bo nie chcę zepsuć oglądania ewentualnym widzom, zresztą kto chce, może sobie wyguglowac profesjonalne recenzje.
Film świetnie się ogląda, od początku do końca nie zamknęło mi się oko ani na moment, a ostatnimi czasy naprawdę mam trudności z pozostaniem w stanie świadomości w kinie. Nawet na "Rogue One" i "Jack Reacher" przysypiałam i to nie z powodu grypy. O czymś to świadczy. Nie jest to kino akcji, ale sporo efektów specjalnych, ze względu na specyfikę tematu. Wątek główny przeplatany jest przepięknymi animowanymi historiami, plastycznymi i pomyslowymi, a morał każdej z nich jest podobny - że życie nie jest czarno-białe, że wygrany bohater nie zawsze jest krystalicznie czysty, co z kolei nie oznacza że jest to złe zakończenie opowieści. My jako dorośli to wszystko wiemy, ale to nie my jesteśmy głównymi odbiorcami filmu, choć film nie jest przeznaczony dla małych dzieci. Główny bohater nie zna tych prawd, dlatego są mu one wyjaśniane po kolei w tej historii, w sposób bolesny ale zrozumiały.
"Siedem minut po północy" to uniwersalna opowieść dla każdego, o sile wyobraźni, przemijaniu i akceptowaniu swojego losu. Na końcu głównym przyjacielem widza jest chusteczka higieniczna. Ja się trzymałam dzielnie, ale Chłop mi się rozpłakał i ja wiem dlaczego.



Trochę spóźniony ten mój opis, bo film powoli już wychodzi z kin robiąc miejsce na Oskarowe propozycje, ale bardzo zachęcam do obejrzenia, jeśli będziecie mieli okazję, niekoniecznie w kinie. Na pewno się nie zawiedziecie.


środa, 11 stycznia 2017

O spaniu

Ostatnio źle sypiam. To znaczy ostatnio, odkąd wolne się skończyło, rozumiecie. No bo tak, człowiek się przyzwyczaił do późnego chodzenia do łóżka, bo rano spać mógł do oporu. A teraz co. Codziennie rano chcę zamordować budzik, gdyby nie to że jest zamontowany w mojej komórce to bym go już dawno zabiła. Gier mi szkoda.
Codziennie miewam dziwne sny, a to o samochodach na przykład, a to o domu, moim starym polskim domu, który nie wyglądał tak jak naprawdę wyglądał tylko chyba tak jak ja go chciałabym widzieć. A z tym ostatnim to wydaje mi się że ten dom pojawił się już w moich snach wielokrotnie, w różnych formacjach i scenariuszach. Chłop codziennie każe mi opowiadać te sny ze szczegółami, jakby to miało jakieś znaczenie. Jak mu kiedyś opowiedziałam o pierścionku z niebieskim oczkiem, to dotąd dociekał co to za pierścionek był, że aż w internet wlazłam i mu pokazałam to co było najbliższe wyglądem. A może on chce dom kupić taki jak w moich snach, żeby był wymarzony??
Do chęci zamordowania budzika rano w znacznej mierze przyczynia się rozrywka, której to oddajemy się namiętnie ostatnio. I nie jest to seks, alkohol też nie. Bo przestałam pić w większych ilościach, a lampka wina czy jeden drink raz na jakiś czas raczej bezsennością nie grozi, a z tym pierwszym to zarządziłam że owszem, można się zabierać ale pod warunkiem że skończy się przed dwunastą trzydzieści od niedzieli do czwartku, bo rano trzeba wstać. Tak że z seksu raczej nici w najbliższej przyszłości, bo Chłop ogarnięty przemożną chęcią rywalizacji zaczął przynosić z pracy SUDOKU :-) Więc siedzimy i rozwiązujemy i nie kończy się niestety przed północą, bo ja jestem miszcz sudoku, a Chłopu tylko raz udało się mnie pokonać czasowo i to w przewadze, bo byłam po lampce wina i dwóch dżinach z tonikiem, przez co myślało mi się bardzo jasno i przejrzyście, tylko jakoś cyferki się nie wstawiały tam gdzie trzeba. No i walczy teraz Chłop o kolejne zwycięstwo, ale jam Miszcz jest, więc ciężko mu będzie, chyba że się wytrenuje. Żeby się nie nudzić kiedy on kończy - zawsze pytam czy mu pomóc, ale odtrąca pomocną dłoń, drań jeden! - ja oddaję się przyjemnościom takim jak Clash of Clans albo Candy Crush.
No i to dlatego ostatnio źle sypiam. Przez Sudoku.

A tak dla rozrywki, proszę bardzo, coś i dla Was. Średnie w trudności, dajcie znać jak Wam poszło ;-)





wtorek, 10 stycznia 2017

1000 szybkim tempem

Niektórzy ludzie piszą pamiętniki, inni dzienniki, znam takiego, który prowadzi dziennik już 25 lat. Dziennik! Czyli ponad 9 tysięcy wpisów. Wyobrażacie to sobie?
Wczoraj przekroczyłam pewną magiczną granicę.
To jest mój 1002 wpis. Czyli wczoraj był 1001. FrauBe, możesz czuć się wyróżniona, wpis dedykowany Tobie jest moim pierwszym w nowym tysiącu :-)
No ale dlaczego o tym piszę? No bo, Mili Moi, nowy rok to czas podsumowań, a jak wiecie, u mnie żadnych podsumowań roku nie było, bo co tu podsumowywać. Fajnie jest i tyle, człowiek żyje, codziennie go gdzieś w boku łupie, stąd wiadomo że żyje bo jakby przestało łupać to znaczy że trup.
Zauważyłam jednak ostatnio, że zdarza mi się sięgnąć do bloga żeby sobie przypomnieć co się działo wtedy i wtedy, pamięć ludzka bowiem zawodna nieco jest. A że się taki mały jubileusz zdażył, postanowiłam zrobić podsumowanie wpisów. Tak więc, oto 1000 zmagań duszy z ciałem w wielkim skrócie:

Wpis Numer 1 - Znowu Piszę bloga.
Był to piątek, 25 lutego, byłam strasznie niewyspana bo czekałam całą noc na kota. Który to nie raczył zjawić się na pobudkę, ani nawet mnie szarpnąć za łydke jak się już pojawił. Pewnie z głodu.

Wpis Numer 100 - Wigilijne rozterki.
Znowu piątek, tym razem 16 grudnia. Z wielkich planów posprzątania biurka przed świętami nici. Wkurzam się na szwagierkę (teraz już byłą), bo mi kazała żarcie na wigilię przynieść. A co, czy ja nigdy nic nie przynosiłam? Zawsze coś przynosiłam jak wybieraliśmy się do nich, nigdy nie prosiłam jej o przyniesienie czegoś konkretnego. Zawsze przyniosła, oczywiście, bo tak się robi, ale żeby zaraz od razu kazać? Wtedy przestałam ją lubić, a wisieńka na torcie to był mój prezent urodzinowy dwa dni później. O żesz!
Ale za to jakie zdjęcie mam w komentarzach!

Wpis Numer 200 - Konkurs na kocią minkę.
Poniedziałek, 12 listopada. Zdjęcie Tigusia na konkurs u Jasnej. Jaki on był wtedy młody..

Wpis Numer 300 - Dorosłe dzieci.
Kolejuny poniedziałek, 17 czerwca. Chwalę się synem, który właśnie skończył 18 lat i kolejnym dołem, ale jak popatrzę na rok to wcale się nie dziwię że miałam doła. Był to dół właściwie permanentny, z powodu pewnego człowieka, ale wtedy myślałam że to z powodu wyfruwania dzieci z gniazda. A pod spodem Anka Wrocławianka chwali się wnukami ;-)

Wpis Numer 400 - Złota książka.
Tym razem czwartek, 30 stycznia. Narzekam na córkę że zepsuła laptopa i ubolewam że nie mogę dokończyć Winnetou. Chwalę się także zakupiona trylogią w trzech kolorach i postanawiam przeczytać część złotą już w sobotę. Bo normalnie zasypiam po kilku stronach, a w sobotę to nie. Zdjęcie komentarzach mam już  podobne do ludzi.

Wpis Numer 500 - I tak rodzi się historia.
Pamiętna środa, 9 lipca. Niemcy poprzedniej nocy wpieprzyli Brazylii 7:1, a za chwilę zostaną Miszczami Świata. Ja jeszcze tego nie wiem, ale kciuki czymam. Powiewam nawet niemiecką flagą.
Normalnie świat się kończy... Ech, lato było takie piękne tamtego roku.

Wpis Numer 600 - Piękne i dzikie.
Wtorek 25 listopada. Jak ten czas szybko leci. Macham sobie ogonkiem jako syrenka i podziwiam dzikość morza. A także sielskość rzecznej przystani.

Wpis Numer 700 - No właśnie!
Środa 20 maja. Właściwie to nie wiem o czym i po co jest ten wpis. Zakochałam się nieszczęśliwie czy jak?

Wpis Numer 800 -  Post o ortografii.
Wtorek. 24 listopada. O matkozcórkom!!! Czy ktoś umie to rozszyfrować???

Wpis Numer 900 - To co byś powiedziała?
I znowu wtorek, 10 maja. Zazdraszczam koleżankom po fachu i sama montuję wpis refleksyjny. Zastanawiam się długą chwilę co napisać, bo nie jest łatwo, choć zna się odpowiedź. Przytaczam konwersacje z synem, pouczam córkę, któa i tak wie wszystko lepiej, a na końcu chwale sie jaka jestem piękna.
A te sto milionów....

Wpis Numer 1000 - Humor na piątek.
Piątek 9 stycznia. Piątek bardzo niedawno, trzy dni temu piątek. To chyba każdy jeszcze pamięta. O dziewicach orleańskich i o Józku, który nie chciał pożyczyć trzech dych. A może w końcu pożyczył. Kto wie.


I tak to ekspresowym tempem dobrnęliśmy do końca.
Niestety, do samiuśkiego to jeszcze trochę brakuje, bo ja nie zamierzam przestać i będę Was zamęczać różnymi tekstami, Zgodnie z weną którą raz mam a raz jej nie mam. Tak że zapraszam na kolejny wpis, już niedługo.






poniedziałek, 9 stycznia 2017

Specjalnie dla FrauBe

Tego posta miało nie być, w zamierzeniu miałam inny, ale trudno, jak mus to mus, inny będzie jutro.

FrauBe, jako że dwa razy zaliczyłaś stan agonalny, to pozwolę sobie zrobić to jeszcze raz, chociaż wolę Cię żywą niż umartą.

Drodzy Pozostali Czytelnicy, wybaczcie że do Was się nie zwracam z tym postem, ale jak chcecie to oczywiście możecie pooglądać, bo czytać nie ma co :-)

Brzydkie bo brzydkie, wiadomo bo z komórki, ale jak się Tobie FrauBe podobały poprzednie to te może też się spodobają. Oto pozostałe popisy fotograficzne ze Scarborough. Powiększą się po kliknięciu.


























No i na koniec dwa filmiki, o boszszsze jak ja lubię meduzy!





piątek, 6 stycznia 2017

Humor na piątek

Nowy rok nowym rokiem, ale pośmiać się trzeba. Chociaż z góry ostrzegam że dzisiejszy humor jest tylko dla dorosłych, więc jak ktoś nie ma 18 lat to niech nie czyta. A do tych, którzy przeczytają i poczują się oburzeni - uprzedzałam!


*****
Czym się różni nauczyciel od nauczycielki? 
- Nauczyciel drapie się po dzwonku, a nauczycielka po przerwie.


*****
Bóg zesłał na ziemię Dziewicę Orleańską, która obiecała dzwonić każdego dnia z raportem. Pierwszego dnia dziewica dzwoni do Boga i mówi: 
- Tu Dziewica Orleańska, nauczyłam się palić. 
Drugiego dnia: 
- Tu Dziewica Orleańska, nauczyłam się pić. 
Trzeciego dnia: 
- Tu Orleańska...


*****
- Ach, czuję się jak bateryjka - żartuje po stosunku kochanek. Jestem do cna wyczerpany!
- Ech wy, faceci, a potem się dziwicie, że się was wymienia...


*****
Zaczaił się wilk na czerwonego kapturka. Gdy dziewczynka nadeszła wilk rzucił się na nią i ją zgwałcił. Spodobało mu się, to ją zgwałcił jeszcze raz, i jeszcze raz.
Po kilku następnych razach pada wycieńczony obok Kapturka. Czerwony Kapturek unosi się na łokciach i spokojnie pyta:
- Wilku, masz ty chociaż zaświadczenie, że nie jesteś chory na aids?
- Pewnie, że mam!
- No to możesz je podrzeć...


*****
Wieczorem na ławce w parku siedzi chłopak z dziewczyną. Chłopak namiętnie obmacuje jej plecy. Wreszcie dziewczyna się pyta:
- Co robisz?
- Szukam piersi.
- Piersi są z przodu.
- Tam już szukałem...


*****
Syn pyta ojca:
- Tato, kim ja w życiu będę?
- Albo się ożenisz albo nie ożenisz. Jak się ożenisz toś przepadł, a jak się nie ożenisz, to masz dwa wyjścia. Albo pójdziesz do wojska, albo nie pójdziesz. Jak nie pójdziesz toś przepadł, a jak pójdziesz to masz dwa wyjścia. Albo pójdziesz na wojenkę, albo nie pójdziesz na wojenkę. Jak nie pójdziesz na wojenkę toś przepadł, a jak pójdziesz na wojenkę to masz dwa wyjścia. Albo Cię zastrzelą albo Cię nie zastrzelą. Jak Cię nie zastrzelą toś przepadł. A jak Cię zastrzelą to masz dwa wyjścia. Albo Cię pochowają pod brzózką, albo pod dębem. Jak Cię pochowają pod brzózką toś przepadł. A jak Cię pochowają pod dębem to masz dwa wyjścia. Albo Cię przerobią na książki, albo na papier toaletowy. Jak Cię przerobią na książki toś przepadł. A jak Cię przerobią na papier toaletowy to masz dwa wyjścia. Albo będziesz służył mężczyznom, albo kobietom. Jak będziesz służył mężczyznom toś przepadł, a jak będziesz służył kobietom to masz dwa wyjścia. Albo będziesz służył z tyłu albo z przodu. Jak będziesz służył z tyłu toś przepadł, a jak będziesz służył z przodu to będzie to samo jak byś się ożenił.


*****
Spotyka się dwóch kumpli.
- Kto Ci podbił oko?
- Żona kurczakiem.
- Jak to?
- No otworzyła lodówkę, schyliła się po kurczaka a ja ją wtedy od tyłu. A ona odwróciła się i mnie walnęła tym kurczakiem.
- To ona nie lubi od tyłu?
- Lubi, ale nie w TESCO.


*****
Kumpel do kumpla:
- Słyszałem, że masz nową dziewczynę?
- Noooo!
- A fajna chociaż w łóżku?
- W sumie to nie wiem. Jedni mówią, że fajna, inni że niefajna...


*****
Jedzie sobie młode małżeństwo samochodem. Przejeżdżają obok "tirówek". Żona pyta:
- Kochanie, co tu robią te panie i to tak ubrane?
- One zarabiają na nierządzie.
- A co to znaczy?
- Robią ludziom przyjemności za pieniądze.
- A dużo można na tym zarobić?
- Oj, bardzo dużo, kochanie.
- To może i ja bym stanęła? W końcu dopiero co się dorabiamy, auto na spłacie, a czasy takie niepewne...
Mąż unosi brwi ze zdziwienia:
- No, jak ty nie masz nic przeciwko, to ja też się zgadzam.
- A co muszę zrobić? - pyta żona.
- Stań tu, ja stanę 100 metrów dalej. Jak podjedzie klient to powiedz "stówa" i rób co trzeba. W razie wątpliwości mów, ze musisz porozmawiać z menadżerem i przybiegnij do mnie.
- Ok.
Żona staje, stoi 5 min. Zatrzymuje się mercedes. Żona podchodzi, a kierowca pyta:
- Ile?
- Stówa.
- Ale ja mam tylko siedem dych.
- Poczeka pan. Muszę porozmawiać z menadżerem.
Żona biegnie do męża i pyta:
- Józek, ale on mówi, ze ma tylko 7 dych. Zrobić to?
- Nie kochanie, nie możemy od razu robić zniżek. Powiedz mu, że za 70 to mu weźmiesz do ręki.
Żona biegnie z powrotem i mówi, ze zrobi ręką za siedem dych. Gość się zgadza, wyciąga aparaturę. Oczom żony ukazuje się ogromny instrument długi aż do kolana klienta.
Żona wytrzeszcza oczy i mówi:
- Muszę porozmawiać z menadżerem.
Biegnie zdyszana do męża i wola:
- Józek nie bądź świnia! Pożycz mu te trzy dychy!



Wesołego Pierwszego Weekendu w Nowym Roku!

czwartek, 5 stycznia 2017

Gdzie byłam jak mnie nie było

To był mój drugi taki Sylwestrowo-Noworoczny wyjazd w życiu. Pięć noclegów w maleńkiej miejscowości Sledmere w północnym Yorkshire. W domku, który został przebudowany z budynków straży pożarnej. To okienko na górze to moja sypialnia. Nie będę pokazywać jak wygląda w środku, bo telefonem to zdjęcia wychodzą wiadomo jakie, ale jak ktoś chce sobie zobaczyć to może tutaj.


Widoki z tyłu domu mieliśmy jak poniżej. Przestrzeń, pustka, i cisza przerywana co jakiś czas beczeniem owiec. Pogoda była w kratkę, więc wykorzystywaliśmy co się dało i jak się dało. W ramach możliwości oczywiście, bo wiadomo jak się człowiek czuje po Sylwestrze. Ale o tym potem. 



Ostatni dzień roku całą ekipą pojechaliśmy do Scarborough, gdzie trochę połaziliśmy po plaży i porcie, ale głównym celem było Sea Life Centre, czyli tamtejsze oceanarium. 


Nie było duże, ale bardzo ładnie zorganizowane, najfajniejsze było że co pół godziny odbywały się prezentacje różnych żyjątek, gdzie można było usłyszeć indywidualną historię niektóych zwierząt, a także wiele bardzo informacji na temat gatunku. Prezenterzy byli bardzo mili i niezwykle ciekawie opowiadali i odpowiadali na zadawane pytania. Pierwszy raz w życiu widziałam na przykład jak wylęgają się małe rekinki i płaszczeczki. Dowiedziałam się że flądry się nie kamuflują, tak jak ta na zdjęciu, one się po prostu takie rodzą, w dodatku rodzą się normalne a dopiero w miarę rośnięcia wykrzywiają się w ten dziwaczny sposób. 


Smocze koniki morskie


Rozgwiazda z fajnymi białymi oczami



Żółwik morski z fajnym ryjkiem, uratowany z jednego z pubów w Edynburgu (!)


Niebieska mątwa


Nemo i Dory :-)


Najciekawsze meduzy, jakie widziałam. 


Poniżej focze dzieci. Urocze, przypominały mi zachowaniem małe kotki. Podążały za nami krok w krok, zaciekawione i skore do zabawy. Ta najciemniejsza, na dole po prawej, potrafiła wykonywać sztuczkę polegającą na kręceniu się w kółko na sygnał ręki. Po prostu kręciło się wystawioną w jej stronę dłonią, a ona kręciła się w kierunku dłoni. Zdurniała na moment, kiedy z Chłopem zaczęliśmy kręcić dwiema rękami w różne strony. Mieliśmy ubaw przez pół godziny, a kiedy odeszliśmy, foczki popłynęły do innych ludzi w poszukiwaniu zabawy. Nie mają jeszcze roku, zostały wyłowione lub znalezione na plaży w stanie wyczerpania, odkarmione, odchowane, w tej chwili chodzą do przedszkola, gdzie uczą się foczych manier i jak tylko będą gotowe na samodzielne życie, zostaną wypuszczone na wolność. W foczym sanktuarium mieszka kilka dorosłych fok (jedną z nich widać przepływającą na zdjęciu), które nie nadają się do życia na wolności z powodu upośledzeń, jak zanik wzroku czy orientacji przestrzennej. 
W ośrodku znajduje się foczy szpital, w którym aktualnie przebywają dwie kilkutygodniowe foczki, biedaki takie że aż szkoda gadać. Naświetlają je lampami, odkarmiają, przywracają do życia jednym słowem. Bo to miejsce to nie tylko wodne zoo, to także ośrodek rehabilitacji i szpital dla wodnych zwierząt, organizacja charytatywna utrzymująca się z datków i pomocy państwa. Miesięczne utrzymanie takiej foki na przykład to około dwa tysiące funtów.  


A w innym akwarium...


Można podziwiać również pingwiny


i azjatyckie wydry, któe są niewątpliwą atrakcją, jako że są najmniejsze z wszystkich gatunków i tylko dwie, w dodatku bardzo już dojrzałe. Średnia życia takiej wydry wynosi dziesięć lat, a jedna znich ma już lat szesnaście. Najstarszym mieszkańcem jest żółwica morska, uratowana z wybrzeży Grecji po zderzeniu ze statkiem. Ma sześćdziesiąt lat. Żółwicy na zdjęciu nie ma.


Po powrocie z tej wspaniałej wycieczki nastąpiło sylwestrowe party, którego opis zostanie przemilczany, wspomnę jedynie że było bardzo fajnie i poszłam spać około szóstej nad ranem, a obudziłam się około dziesiątej rano z kacem i zachrypniętym gardłem. Nie ja jedyna, więc w celu powrotu do normalności zebraliśmy się na odwagę i poszliśmy wszyscy w mróz i deszcz, w wicher i zaspy, nad morze. Długo nie pochodziliśmy bo wszystkim poodmarzały uszy, ale i tak było fajnie. Następnego dnia pozostali uczestnicy wydarzenia zabrali się i pojechali, bo w Anglii nie ma tak dobrze jak w Szkocji i musieli wracać wcześniej do pracy. A my mieliśmy domek cały tylko dla siebie. Żeby nie było że nic nie robiliśmy, to robiliśmy. Poszliśmy sobe na spacerek, a potem jedliśmy, piliśmy i oglądaliśmy filmy i różne takie programy. 
A trzeciego dnai stycznia wybraliśy się na wycieczkę do miasta York, które jest stolicą hrabstwa Yorkshire i jednym z najstarszych miast Anglii, założonym przez Rzymian, a potem podbitym przez Wikingów. Leży nad dwiema rzekami: Ouse i Foss, które często wylewają, mimo licznych zabezpieczeń. 


Jedną z atrakcji miasta jest Clifford's Tower, czyli pozostałości zamku. 


Ulica zwana Shambles czyli Rzeźnicka, to jedyna w całości zachowana ulica średniowieczna w Europie. 


Nad miastem góruje Minster czyli Katedra. Muszę przyznać że robi wrażenie. Jest ogromna. Nie byłam w środku, bo trzeba płacić za wstęp :-)
Nie, nie jestem chytra. Ale już na początku uznałam że szkoda czas i pieniądze marnować na wnętrza zabytków w miejscu, do którego będę przecież mogła wielkrotnie wrócić, bo rodzice Chłopa mieszkają zaledwie pół godziny drogi stąd, więc zaplanowaliśmy sobie już porządne zwiedzanie na lato, kiedy będzie cieplej i jaśniej. 




Konstantyn Wielki, jeden z najznakomitszych cesarzy rzymskich zapisał się także w historii Anglii. Jego ojciec Konstancjusz zmarł w Eboracum, czyli dzisiejszym York. Po jego śmierci Konstantyn został obwołany cesarzem przez wojska stacjonujące w Eboracum. I wtedy się wszystko zaczęło... Znaczy przeszedł się na chrześcijaństwo, przeniósł stolicę do Konstantynopola, który se w tym celu zbudował i tym samym spowodował upadek cesarstwa.


A potem poszliśmy na mur. Doskonale zachowane mury obronne mierzą dziś jakieś trzy i pół kilometra i opasają niemal całkowicie stare miasto. Naprawdę fajna przechadzka. 


Widok z murów na Minster. Z takich murów wszystko bardzo fajnie widać. 


Interesujący prywatny ogród.


Albo taki...


Żeby dostać się z jednej częścii murów a drugą trzeba przejść się kawałek nad rzeką. 


Murami doszliśmy do celu, którym było Muzeum A celem naszej wędrówki było National Railway Museum, czyli muzeum kolejnictwa. Nudne??


Ależ nic podobnego! Można sobie popatrzeć jak i czym podróżowała (i wciąż podróżuje) rodzina królewska. 


Te wagony wyglądają niesamowicie. Istny dom w pociągu. 


Jeden z królów miał nawet łazienkę z wanną!


Zobaczcie jak fajnie zapakowane do transportu są te rzeczy. 


Stare tabliczki rozśmieszały, a najbardziej te: "Żaden oprócz firmowych koni nie ma prawa pić z tego koryta". I "Mężczyźni zatrudnieni przez farmerów nie mogą przechodzić przez tory żeby zabrać bańki z mlekiem" 


Fascynująca była hala z lokomotywami. Od najstarszej lokomotywy parowej zwanej Rocket czyli Rakieta, ta żółta na drugim zdjęciu poniżej, poprzez najszybszą zarejestrowaną na świecie lokomotywę parową Mallard, do japońskiego Shinkansena. W którym sobie można posiedzieć, posiedziałam i ja. Nie trzeba być wielbicielem pociągów czy maszyny parowej, żeby się nie nudzić. To muzeum jest po prostu wspaniałe.



Kolejna hala to różne memorabilia kolejowe z najróżnistych miejsc. Na przykład ta tabliczka. Rozpoznaje ktoś?


W ostatniej hali, zwanej pracownią, stał sobie słynny Flying Scotsman, czyli ekspresowy pociąg osobowy z Edynburga do Londynu. Zbudowany w 1923 roku  roku, zakupiony przez Muzeum w 2004 za 2,3 miliona funtów, przeszedł gruntowną dziesięcioletnią renowację. Jak Chłop go zobaczył to wykrzyknął: "Rób zdjęcia, rób! Tak jak dzisiaj to już go chyba nie zobaczysz!" Chyba był w przeglądzie. Pociąg, nie Chłop :-)


Flying Scotsman (czyli latający Szkot) to najbardziej fascynujący pociąg w Wielkiej Brytanii, w tej chwili wyłącznie wycieczkowy. Taka jednodniowa wycieczka kosztuje od stu pięćdziesięciu funtów wzwyż i jego trasa jest ogłaszana przez media publiczne, więc ludzie stoją w różnych miejscach i czekają aż przejedzie ten słynny wehikuł. W maju ubiegłego roku Flying Scotsman powrócił na chwilę do Szkocji, możecie sobie zobaczyć co się wtedy działo:

 

Tak że, pomimo że zarzekałam się że nie zwiedzam miasta wewnątrz, jestem bardzo zadowolona że zgodziłam się na wejście do tego muzeum, z którego wyszliśmy wykończeni ale za to szczęśliwi.
Już się ściemniało, ale dokończyliśmy naszą wędrówkę po murach i jeszcze raz przeszliśmy romantycznymi uliczkami uroczego miasta York. 



A potem ostatnia noc w Sledmere i powróciliśmy szczęśliwie do domu. Szkoda że tak krótko, szkoda że tak szybko minęło. A do York wrócę, muszę, to miasto aż kapie historią.