środa, 26 lutego 2020

Coronavirus to to nie jest ale...

Dokładnie dwa tygodnie temu sie źle poczułam. Po lanczu zaczęło mnie trochę mulić, trochę kręcić w środku, no standard jak na byłego wrzodowca, pomyślałam że to jak co roku, dzień czy dwa pomuli i przestanie. Do wieczora doszedł ból głowy, brak apetytu, na badmintona nawet nie poszłam. Zległam na łożu i z trudem zasnęłam. W nocy kręciłam się z boku na bok, w brzuchu mi grało i kręciło, aż gdzieś tak koło trzeciej prawie wybiegłam do łazienki. Nie, nie wymioty, tylko takie rzadkie, z drugiej strony. Raz, dwa, potem jeszcze raz. Udało mi się zdrzemnąć na chwilę, kiedy zadzwonił budzik, ale byłam tak obolała i wykończona, że powiedziałam, pierniczę, nie idę do roboty. W dzień prawie nic nie jadłam, za to jeszcze parę razy poszłam do łazienki z tą samą przyczyną, aż w końcu wzięłam Imodium, takie porządne, arabskie, z samego Dubaju, po czym sraczka mi przeszła.  Ups, przepraszam za wyrażenie, wymsknęło mi się, ale jak już piszę to nie będę skreślać. 
Następnego dnia również nie poszłam do pracy, bo chociaż z "tamtym" już wszystko w porządku, to ciągle się czułam jak na grypie, tylko tak bardziej wewnętrznie niż objawowo. Na weekend niestety mieliśmy umówiona wizytę w Yorkshire, bo Dziadek miał wkrótce obchodzić 99 urodziny, to pojechaliśmy. Przyznaję, że z wahaniem pozwoliłam się uściskać, ale nic nie powiedziałam w nadziei, że to jednak tylko chwilowy kłopot żołądkowy. Dziadek z Teściem bowiem wybierali się na wakacje za tydzień w celu celebracji Dziadkowych urodzin (znaczy w zeszłą sobotę) i nie chciałam im psuć humoru.
Wróciliśmy w niedzielę, ja ciągle nie w stu procentach w formie, ale życie się toczy i trzeba wykonywac wszystkie czynności, nie tylko życiowe. Nadszedł wtorek. Chłop wrócił z pracy i przysięgam, jak go zobaczyłam to się trochę przestraszyłam. Biały na twarzy, telepiący się w dreszczach, zamarznięty na kość. Rozumiem, że zimno na dworze, ale on jechał samochodem z pracy. Zapakowałam go do łóżka, ugotowałam herbatkę, rosołek, dałam paracetamol bo gorączkę dostał, piżamę nawet dostał i termofor pod kołdrę. Nie nadeszła jeszcze noc, gdy sie zaczęło. "Przynieś mi wiadro bo czuję że będę rzygał". Przyniosłam. Ale nie rzyga. Upewniając się, że ma wszystko co potrzebne, zeszłam na dół zająć się swoimi sprawami, po krótkiej chwili usłyszałam jakiś rumor, jakiś hałas, wydawało mi się, że Chłop mnie woła, więc lecę na górę, mało kotów nie podeptałam. Chłop na kiblu, przed nim wiadro. Niestety, u niego wyszło z obu stron...
Cóż, tamta noc znowu nie należała do udanych, Chłop co chwila wstawał w tym samym celu, w którym ja wstawałam tydzień wcześniej. Rano nie poszedł do pracy. Mało co jadł. Niemal dokładnie te same objawy, z troszkę inną reakcją organizmu.
W sobotę Teść z Dziadkiem mieli jechać na dwutygodniowy cruise na Wyspy Kanaryjskie. Nie pojechali. Znaczy byli już w samolocie, lecieli od około dwóch godzin, kiedy  nagle ich zawrócono z powrotem do UK, z powodu tego że Wyspy Kanaryjskie zamknęli. Przyczyną nie był koronawirus, nie :-) Przyczyną była pustynna burza znad Sahary (Calima), która zapyliła całą okolicę i zamknięto lotniska na Gran Canarii, Lanzarote, Teneryfie i Fuertaventurze. No nic, umieszczono wszystkich pasażerów w hotelu na lotnisku w Doncaster, czekając na zmianę w powietrzu i na decyzję organizatora wakacji. Na szczęście, w niedzielę otwarto lotnisko na Teneryfie więc jeszcze tego samego dnia nasi wakacjowicze znaleźli się na wymarzonym statku. Urodziny Dziadka były wczoraj, tak że złożyliśmy mu z samego rana życzenia przez Fejzbuka, jak będzie w porcie to sobie przeczyta, bo na statku internet jest strasznie drogi więc mało kto korzysta.
Po powrocie a pracy wyśledziłam, że statek z nimi na pokładzie wyruszył właśnie Madeiry na Teneryfę. Ledwie podzieliłam się tym odkryciem z Chłopem, gdy na telefonie wyświetliły mu się dwa sms-y od ojca:
#1 "Utknęliśmy na Madeirze dwa dni zamiast jeden z powodu awarii silnika"
#2 "Zgadnij co Dziadek dostał w prezencie na urodziny. Biegunkę!"
Ups...
Żadna biegunka nie jest fajna, a co dopiero w wieku 99 lat.
Po dokładnej analizie przypadku uznaliśmy, że koronawirus to to nie jest, ale wykluwa się około 8 dni i jest jednak zaraźliwe. Podejrzewam, że dzisiaj teść siedzi na kiblu. Ale tego to się dowiemy w weekend, jak połączą się Skypem.
Mam nadzieję, że Was przez internet nie zaraziłam. Ale jakby co to weźcie Imodium, na pewno Wam przejdzie.

poniedziałek, 10 lutego 2020

Na zakupach.

Z powodu wykupienia kolejnych wakacji w te, że tak powiem, tropiki, odezwało się moje OCD, czyli jakby po polsku powiedzieć, zaburzenie obsesyjno-kompulsywne. W tym przypadku objawia się to natrętnym wyszukiwaniem jak największej ilości informacji na temat miejsca, kultury, infrastruktury, fauny, flory i pogody, a także zwyczajów i obyczajów tam panujących. Wciąż mam w pamięci Malediwy i pokąsanego przez komary Chłopa, ale żeby nie było to jego kąsają wszędzie, choć ja całe życie byłam przekonana, że to tylko do mnie się zlatują, że niby słodka krew czy coś. No to Chłop ma nawet słodszą, a ostatnie ekscesy komarowe mieliśmy w ubiegłym roku w Polsce. Chcąc temu zapobiec najbardziej jak się da, wyszukałam odpowiednie w tamte klimaty chemikalia do pryskania, z truciznami i bez, chociaż ja w te bez trucizny to nie wierzę bo niby skąd te ugryzienia? Wyszukałam też, że są specjalne ubrania z dożywotnią powłoką antykomarową i postanowiłam nam je zakupić. Oczywiście, jako typowy Janusz, postanowiłam zakupić je taniej w internecie po uprzednim przymierzeniu w sklepie. Wyszukałam, które sklepy paraja się sprzedażą tej marki, a że nie ma ich za wiele, postanowiłam odwiedzić je wszystkie w jeden dzień. Niestety, w sobote udało nam się tylko obejść trzy z nich, w sumie myślałam, że wystarczy. O ja naiwna! W dwóch markę co prawda sprzedawano, ale tylko dla mężczyzn, jakby kobiety nie jeździły w tropiki! No a co najgorsze, w asortymencie miały tylko albo odzież w wyprzedaży, albo w europejskie klimaty, tak jakby mężczyźni nie jeździli w tropiki! W ostatnim co prawda nie mieli tego konkretnego modelu, ale mieli COŚ podobnego, więc poprzymierzaliśmy, ustaliliśmy mniej więcej rozmiary i poszli.
W niedzielę pojechaliśmy więc do najbliższego Wielkiego Centrum Handlowego, gdzie miały być trzy sklepy z pożądaną marką, w tym jeden specjalistyczny. No i dopiero w tym specjalistycznym BYŁO! No ale ten konkretny poszukiwany model ubrania, czyli spodnie z odpinanymi nogawkami i koszule z długim rękawem, który można zawinąć do łokci, niestety tylko w wersji dla panów. I co? To co na Chłopie leżało wczoraj znakomicie w podobnym wydaniu, okazało się złym rozmiarem w tym kokretnym przypadku. A to, co leżało na mnie dobrze w podobnym modelu, teraz nie leżało wcale w modelu podobniejszym. Mało się nie popłakałam gapiąc się w lustro.
Nienawidzę kupować spodni. Mam głupi rozmiar, pomiędzy 10 a 12, gdzie 10 czasami trochę ciasno leży, ale 12 mogę sobie z dupy bez odpinania zamka ściągać. Wybieram więc zawsze 10, bo nie lubię podciągać spodni. No i wyobraźcie sobie mnie, stojącą w przymierzalni w tym specjalistycznym sklepie, wkładającą na dupę specjalistyczne spodnie w moim normalnym rozmiarze 10, które na tę dupę wlazły, ale dopiąć się to mogłabym może w siedemdziesiątym dziewiątym. Biorę rozmiar 12. Szlag mnie trafił. Na dupie zwisają jakbym narobiła w gacie, na udach powiewają jak chorągwie, ale w pasie... no cóż. Może dopięłabym się w osiemdziesiątym dziewiątym.
Poinformowano mnie w sklepie, że tych ubrań normalnie nie mają na stanie i mogą mi zamówić przez internet. Na wkurwie, z uśmiechem na ustach powiedziałam, że przez intenet sama sobie moge zamówić w dogodnym dla mnie czasie.
No i to by było tyle z moich "zakupów". Dobrze, że dla Chłopa przynajmniej udało się wycelować dokładnie w punkt, bo to o jego komary głównie chodzi. A ja? No cóż, ja sobie kupię w ciemno przez ten internet, najwyżej potem zwrócę.


sobota, 18 stycznia 2020

Dwa stare konie w parku rozrywki

A następnego dnia byliśmy z powrotem w Emiratach, tym razem w Abu Dhabi. Tak jak w Dubaju, w porcie Abu Dhabi nie można poruszać się pieszo, ale tym razem przynajmniej były podstawione darmowe autobusy, które podwoziły do granic portu. A potem się robi co się chce. My jednak postanowiliśmy zrobić coś, na co prawdopodobnie ja osobiście nigdy się już nie zdecyduję. A może się zdecyduję, w końcu do śmierci jeszcze trochę daleko, a przynajmniej taką mam nadzieję. Pojechaliśmy do Parku Rozrywki Ferrari World.


Co ja Wam mogę o tym powiedzieć - przepraszam wrażliwe uszy - po prostu JA PIEROLĘ! A w ogóle jak ktoś wrażliwszy to niech nie czyta bo tu będą przekleństwa.
Nie jest to największy park na świecie, jest raczej mały jak na światowe standardy, jest głównie pod dachem i jest po prostu cool.


Chwileczkę, chwileczkę, ale jesteśmy w Emiratach, a w Emiratach wszystko jest naj, więc o co chodzi?? Ha, więc chodzi o to, że pomimo że nie jest to największy park rozrywki pod żadnym względem, na moje nieszczęście jest tam NAJSZYBSZY rollercoaster na świecie i rollercoaster z HIGHEST NON-INVERTED LOOP - zupełnie głupio to brzmi po polsku, w każdym razie chodzi o kolejkę z najstromszym i najszybszym kablowym wzniesieniem i najwyższą pętlą nieodwróconą, znaczy że nie jest się do góry nogami. Podaję linki do tych atrakcji przy ich opisie, są po angielsku ale jak ktoś chce to sobie może chociaż pooglądać obrazki.
Najpierw poszliśmy oczywiście na Formula Rossa, czyli najszybsza na świecie kolejkę.


Osiąga 240 km/h i produkuje takie przyspieszenie, że musisz mieć założone specjalne gogle i nie możesz mieć na sobie niczego co mogłoby się odpiąć, mnie na przykład kazali ściągnąć klamrę z włosów.


Zanim napisze więcej przyznam, że na rollecoasterze byłam tylko raz w życiu, takim małym gdzieś pod Glasgow. Nie jestem również fanem karuzel, po prostu się boję. Wiele odwagi mnie kosztowął sam przyjazd do tego parku masakry, ale zrobiłam to w stanie całkowitej poczytalności i sama sobie jestem winna. Wsiedliśmy. Zapięto nas. Złapałam się kurczowo poręczy, zacisnęłam wszystkie mięśnie w oczekiwaniu. Ludzie w kolejce mogli słyszec mój oddech i na pewno widzieli tłukące się po klatce serce moje. A potem - KUURWAAA! Gdyby nie te gogle to oczy na pewno (!) wlazłyby mi do mózgu, chociaż po pierwszym ułamku sekundy zacisnęłam je z całą dostępną siłą i już dzielnie trzymałam zamknięte przez cały czas trwania ten wątpliwej atrakcji. A nie, skłamałam, bo pamiętam że spojrzałam przez mgnienie oka na Chłopa po mojej lewej stronie i on także się darł. Pozostały czas spędziłam na modleniu się do wszystkich bóstw świata, żeby mnie tylko wybawiły od niechybnej i nieuchronnej śmierci i jak najszybciej zakończyły te tortury.
Ulga po zatrzymaniu była tak wielka, że uśmiech nie chciał mi zejść z twarzy przez następne pół godziny. Albo i dłużej. Cały misternie zakręcony kok szlag trafił, ale zapięłam gumką i było dobrze. Nogi przede wszystkim, ale całe ciało także mi się trzęslo jeszcze przez długie chwile, chyba nigdy nie puściło aż do momentu, o którym powiem na końcu.
Po tym najstraszliwszym przeżyciu nie spodziewałam się, że coś straszliwszego mnie jeszcze spotka. O, jakże się myliłam... Ale nie uprzedzajmy faktów. Poszliśmy tymczasem poszukać czegoś mniej emocjonującego.


Na początek poszliśmy sobie na symulator Formuły 1, gdzie spowodowałam z pięćdziesiąt wypadków śmiertelnych własnych i innych użytkowników, a i tak przyjechałam trzecia. Potem było Viaggio in Italia, taki jakby symulator lotów przezd wielkim ekranem, bardzo malownicze wrażenia, tak jakby się leciało małym samolotem nad Włochami. Naprawdę fajne.


Potem było Made in Maranello, czyli kolejka z historyczną wycieczką przez fabryke Ferrari w Maranello, dość ciekawe i informatywne. No i takie coś dla małych dzieci, samochodziki w które ledwo zmieściliśmy dupy, jadące powoli przez miniaturowe Włochy. I mieliśmy przy tym spory ubaw oczywiście.


Jeszcze był pokaz kinowy o Enzo Ferrari i galeria Ferrari, a potem bardzo fajna kolejka 4-D pod nazwą Speed of Magic. Siedziało się w wagoniku z okularami 3D i to była chyba najfajniejsza rzecz w całym parku, bo zrobiliśmy ją dwa razy. Chciałabym żeby kino przysżłości takie było. Po prostu tak jakby się było w centrum historii, w dodatku ze świetnymi efektami trójwymiarowymi.


No ale nadeszła ta wielkopomna chwila, kiedy musieliśmy, po prostu musieliśmy zaliczyć Flying Aces, czyli tę drugą kolejką z NAJ. Oddalałam tę nieprzyjemność jak najbardziej mogłam, nawet zapowiedziałam, że tego nie zrobię, ale gostek od przechowywania bagaży z Chłopem mnie namówili. Przez całą droge do kolejki starałam się oddychać głęboko i powtarzałam sobie - to tylko roller coaster, tu się nie umiera, to tylko półtorej minuty i będzie po wszystkim. Bałam się jeszcze bardziej niż przez Formula Rossa, bo wiedziałam już co to jest roller coaster, a poza tym, co najważniejsze, widziałam kawałek przez okno.


Cztery krzesełka w rzędzie. Ślepy los wrzucił mnie na zewnętrzne siedzenie, stopy zwisały mi swobodnie, kurwa. Stopy. Wróć. To nie moje stopy. Ja nie siedze w zewnętrznym krzesełku, to stopy Chłopa. Poprawia sobie sandały, chyba żeby mu nie spadły. Moje sandały razem ze stopami opierają się kurczowo o kawałek rurki. Ręce zaciskają się na nie wiadomo czym. Oddech, serce, oddech, serce... Jedziemy. Chwilę pierwszego wjazu pamiętam, ale zaraz potem zaczął się wrzask, oczy zatrzasnęły się na kłódkę, a wszystkie członki kurczowo zacisnęły na czym się dało. Kuuuurwaaaa, ja pierdolę! Dobrze zapamiętałam instrukcję na dole, mówiła żeby trzymać głowę na oparciu, ale jak trzymać głowę na oparciu jak ją z tego oparcia normalnie po chamsku wyrywa?? Ja pierdolę, moja głowa, zaraz mi odpadnie głowa! Udało mi się przyciągnąć łeb do oparcia, ale nie na długo, siła odśrodkowa momentami była taka wielka, że przysięgam, gdyby nie te specjalne zabezpieczenia to byłaby z nas miękka miazga. A najgorsze, że ta kolejka była chyba z dwa razy dłuższa niż ta pierwsza. Miałam wrażenie, że nigdy się nie skończy, po kolejnym brutalnym zakręcie myślisz, że to koniec, a to dopiero początek następnego. Oczy dzielnie trzymałam zamknięte przez cały czas, z wyjątkiem oczywiście zerknięcia na Chłopa, który na szczęście też wrzeszczał. No ale przyszła kryska i w końcu wylądowaliśmy. Tym razem nie tylko drżały mi wszystkie mięśnie, tym razem lewa noga nie chciała mi iść razem ze mną. I chciało mi się rzygać. W celu uspokojenia poszliśmy sobie jeszcze na taras widokowy pooglądać tych samostraceńców bez zmysłu samozachowawaczego, którzy odważyli się na to szaleństwo. Nawet cały przejazd nakręciłam. A co!


Zostały nam jeszcze dwie atrakcje. Obie zrobiliśmy po dwa razy, bo po tym wszystkim co mnie spotkało, nic już nie wydawało się straszne. Turbo Track to reverse free fall coaster, nie wiem jak to można na polski przetłumaczyć, może kolejka grawitacyjna (opadowa) odwrócona? Taka zwykła mała kolejka po trzy osoby w rzędzie. Wsiada się, zamyka się oczy i się jedzie, najpierw powoli w górę na 64 metry, pod kątem około 90 stopni,  Czyli zupełnie pionowo. A jak się już jest na samej górze to wagonik obracając się wokół własnej osi spada z prędkością 102 km/h. Jak już wspomniałam, po tych wszystkich Flying Aces, bułka z makiem, pikus, sekund sześć. Oczywiście z zamkniętymi oczami. Za drugim razem otworzyłam jadąc pod górę. A potem jak zwykle :-)
A ostatni to był prawdziwy roller coaster! Nazywa się GT Challenge i z założenia ma być wyścigiem dwóch kolejek po dwóch sąsiednich torach, ale jedna nie działał więc jechaliśmy w pojedynke. To jedyny roller coaster, na którym trzymałam otwarte oczy i nie krzyczałam, a właściwie to się normalnie cieszyłam.


Było szybko, było fajnie, bez przegięć, po prostu dla starszych dzieci.
O mało się nie spóźniliśmy na autobus powrotny przez to wszystko. Jak zwykle, mieliśmy za mało czasu. Brak czasu to jedyny tak naprawde wielki mankament wakacji na statkach wycieczkowych. Tyle by się mogło więcej zrobić, zobaczyć, zwiedzić, gdyby nie trzeba było wracać do portu na określoną godzinę. No ale cóż.
Przez cały czas po tym straszliwym doświadczeniu z Flying Aces miałam gulę w gardle, kamień w żołądku i chciało mi sie rzygać. Nawet blisko godzinna podróż autokarem nie złagodziła żadnego z tych objawów. Dlatego też, zaraz po wparowaniu na statek, zamiast do kabiny udaliśmy się szybkim krokiem do najbliższego baru, gdzie poprosiłam o Black Russian i lufe tequili na przekąskę. Dostałam podwójną porcję, barman wiedział co robi :-) Dopiero po tequili mi odpuściło. Wódka jednak pomaga na stres ;-)


środa, 15 stycznia 2020

Wpis o wakacjach ale do końca daleko...

Zapragnęłam dokończyć dziś wspomnienia z wakacji po Bliskim Wschodzie, bo myślę już o kolejnych a blog nie jest z założenia turystyczny tylko.

Do portu Fujairah wpłynęliśmy 14 listopada, ponieważ z powodu opóźnienia nie udało nam się dotrzeć do Dubaju. Oczywiście musiałam stać na górnym pokładzie i się gapić, zresztą nic innego nie było do roboty, chociaż Chłop znalazł sobie jakieś łucznictwo czy innego pingponga na ten czas. Ja nie powiem, lubię w te gry i zabawy, ale wjazd do portu po czterech dniach na morzu był dla mnie wystarczająco interesujący, żeby stać i patrzeć jak kapitan parkuje wielki statek. W porcie Fujairah stały dwa amerykańskie statki wojskowe, ale następnego ranka już ich nie było.


W każdym razie, parkowanie wyglądało cąłkiem fajnie, tym bardziej, że z budynku terminala wystawiono czerwone dywany, chyba na powitanie i pożegnanie gości. Bo połowa pasażerów właśnie kończyła podróż, a potem miała dołączyć grupa pasażerów zaczynająca wakacje. Trochę to wszystko trwało, tak że zanim wszystko popakowano i porozstawiano, zapadła noc. Ja oczywiście wypatrywałam nieboszczyka, ale musieli go zapakować w jakąś walizke bo nic nie widziałam. Musieliśmy pozostać w Fujairah do następnego wieczora z powodów logistycznych, ale ponieważ zgodnie z pierwotnym planem mieliśmy być 15-go w Dubaju, zorganizowano darmowe autokary i kto chciał mógł sobie pojechać do Dubaju na te parę godzin. No to wzięliśmy i pojechaliśmy.
Podróż Fujairah do Dubai Mall zajęła około dwóch godzin, w czasie których pan przewodnik opowiadał nam o kraju i okolicach, tak że nie nudziliśmy się ani trochę. Ponieważ musieliśmy wracać dość wcześnie (statek odpływał o 18.00), mieliśmy w sumie około pięciu godzin i postanowiliśmy je dobrze wykorzystać, zwiedzając to czego nam się nie udało w czasie podróży poślubnej. Przeszliśmy więc z Dubai Mall (największe centrum handlowe na świecie) do stacji metra, co zajęło jakieś dwadzieścia pięć minut - nie żartuję. Tam kupiliśmy sobie bilety dzienne i pojechaliśmy na Palm Jumeirah, czyli słynną wyspe sztucznie usypaną w kształcie palmy. Żeby dojechać na Palmę, trzeba się przesiąść do tramwaju, a potem przejść jakieś dziesięć minut parkingiem do stacji monorail, czyli kolejki jednotorowej. Zapomnieliśmy jednak na śmierć, że nie przyjmują tam płatności kartą (!) i mieliśmy do wyboru albo wracać przez parking do stacji tramwajowej, gdzie był bankomat, albo wymienić pieniądze u jednego z "koników", którzy oczywiście już czatowali na takich jak my, sprzedając im dinary arabskie po korzystnej dla siebie cenie. Oczywiście wybraliśmy wariant drugi, ale za bardzo nie straciliśmy na przeliczniku, może funta. Przejazd kolejką był szybki i fajny, z góry widać było osiedla mieszkalne i oczywiście na końcu słynny hotel Palm Jumeirah. Ostatni przystanek kolejki jest właśnie przy hotelu, więc wysiedliśmy żeby sobie obczaić okolicę.


Na końcu palmy wzdłuż ostatniego wielkiego "liścia" jest promenada, można sobie ją objechać samochodem czy autobusem czy po prostu przejść, ale przejście całości było dla nas nie do zrobienia z powodu organiczeń czasowych i poza tym było bardzo gorąco, pochodziliśmy sobie więc tam i z powrotem wzdłuż wybrzeża, obserwując milionerskie dzieci ujeżdżające swe wypasione jachty.


Na koniec poszliśmy pozwiedzać przedsionek hotelu, który jest jednocześnie mini-centrum handlowym. A potem wystarczyło nam tylko czasu żeby wrócić do Dubai Mall, wstąpić na mały lanczyk do sklepu i wrócić do autokaru, a potem na statek.


Widok na hotel ze strony kolejki.




Następnego dnia przybiliśmy do portu w Dubaju. Co najdurniejszego jest w porcie w Dubaju to to, że nie można się po nim poruszać pieszo. Czyli nie można sobie z niego po prostu wyjść. Trzeba albo wziąć taksówkę, albo autobus turystyczny, tzw. hop-on hop-off bus. Po przeliczeniu kosztów wyszło nam, że bardziej do naszych celów opłaca się nam autobus, który i tak kosztował niemało, bo jakieś 45 funtów na łebka w najtańszej opcji. A cel mieliśmy jeden - Jumeira Beach. A potem co popadnie. No to pojechaliśmy na słynną dubajską plażę miejską, czyli dla każdego. Plaż bowiem w Dubaju jest do upęku, ale prawie wszystkie są prywatne i trzeba zapłacić wstęp do hotelu przy której się znajdują. I tu wyjaśnię wątpliwości. Nie jesteśmy aż takimi gównojadami, żeby nas na taksówkę nie było stać czy na piwo w hotelu. Niestety, znowu byliśmy ograniczeni czasowo, bo statek odbijał z portu o 18.30 więc najpóźniej o 18.00 musieliśmy być z powrotem. Na plażę chciałam pójść, ale nie plażować, jeśli wiecie o co mi chodzi, więc całą eskapadę musieliśmy zaplanować z głową. Tak więc, pojechaliśmy tym autobusem, podziwiając widoki z górnego otwartego pokładu, słuchając komentatora przez słuchawki.

Oczywiście ze wszystkich stron widoczna była Burj Khalifa. 


Muzeum Przyszłości, bardzo skomplikowany budynek zbudowany specjalnie na Expo 2020.


A ten budynek pod spodem zaciekawił nas szczególnie, ponieważ gdy byliśmy tam w maju 2018 to był niedokończony, brakowało kilkunastu górnych pięter. A teraz proszę.


I Burj Khalifa jeszcze raz. Naprawdę, nie sposób się oprzeć. 


Na szczęście w tych autobusach dają zimniutką wodę, bo byśmy tam zupełnie pousychali, tak było gorąco. Wysiedliśmy przy plaży całkiem niedaleko Burj Al Arab, pomoczyliśmy się chwilę w cieplutkiej czyściutkiej wodzie, pozbieraliśmy kilka muszelek, posiedzieliśmy na białym piasku i po godzinie zebraliśmy się do odwrotu.



Jak się okazało, czasu wystarczyło nam na jedną jeszcze tylko pętlę autobusem, która trwała jakieś trzy godziny. Gdybyśmy mieli cały dzień, moglibyśmy znacznie fajniej spędzić czas, no ale mieliśmy co mieliśmy. Powiem, że ta najdłuższa pętla była całkiem fajna, bo objechaliśmy cały Dubaj w okolicach, w których byliśmy mało albo wcale poprzednim razem, czyli tak zwany Stary Dubaj.


Wejście do Dubai Medina, czyli do targowiska.


Poniżej Dubai Creek, czyli sztucznie stworzony kanał-rzeka, z lokalsami łowiącymi ryby. 


Przepłynięcie na druga stronę specjalną tradycyjną łódką dhow kosztuje dinara, czyli chyba złotówkę. 



No i kilka migawek z podróży.



Miło nam było zobaczyć nasz miodowomiesięczny hotel. Uśmiechnęliśmy się na wspomnienie.


I niedawno wybudowany budynek, tzw. Dubai Frame, czyli Dubajska Rama, można sobie tam pójść, wjechać windą i przejść po górnej krawędzi. Z dołu tego nie widać bo jest to takie jakby lustro weneckie, ale jak się jest wewnątrz to pośrodku podłoga jest zupełnie przezroczysta, jakby się stało na szkle. Można podziwiać widoki na cały Dubaj, ponieważ rama została postawiona w takim miejscu, żeby sprawiała wrażenie łącznika między starym a nowym Dubajem.


A ten pan to miał po prostu fajne włosy :-)


Żal, po prostu żal, bo im więcej widziałam tym bardziej chciałam tam zostać, zobaczyć jeszcze raz, spróbowac czegoś nowego. Cóż, na pewno Dubaj jest tym miejscem, do którego chcę jeszcze wrócić, miasto nie tylko nowoczesności ale także kontrastów, kosmicznie zwariowane, na granicy groteski ale także wspaniałe i monumentalne.
Dubaj opuściliśmy wieczorem 16-go listopada, a następnego dnia z samego rana byliśmy w Doha.

Doha rankiem.


W ciągu tego krótkiego dnia  Katarze można było robić różne rzeczy, my wybraliśmy Safari po pustyni w jeepach :-) No cóż powiedzieć - po prostu jazda po bezdrożach pustyni w Land Roverach!


Normalny odjazd, szczególnie jak zjeżdżaliśmy pionowo w dół po wydmach. Ja od razu dostałam ataku astmy, ale żadna astma nie zakłóci mi radości wariackiej jazdy. Na zdjęciu poniżej widać, że będziemy zjeżdżać w dół. Kierowca obserwował kolegę z prawej, bo mieliśy zjeżdżać w tym samym czasie.


Ja bez butów na pustyni :-)


Jedyny minus, że nie ja kierowałam :-) Nasz kierowca był Pakistańczykiem i ledwo mówił po angielsku, ale po wydmach zasuwał znakomicie. Pewnie wysysają to z mlekiem matki.

Pod spodem ja nad brzegiem morza. Pustynia w Katarze jest jedną z dwócj na świecie, gdzie wydmy wpadają bezpośrednio do morza. 


A tu my z naszym kierowcą i jakimś innym, który się podłączył. Nasz to ten mniejszy.


Te góry daleko na horyzoncie to Arabia Saudyjska. 


A tu jedziemy brzegiem morza.


Na koniec zatrzymaliśmy sie w nowiutko wybudowanym ośrodku rekreacyjnym na plaży, gdzie pomoczyłam dupsko w wodzie i wypiłam pyszny napój miętowo-mangowy.


Przemysł turystyczny w Katarze dopiero raczkuje, nie ma za wiele ośrodków turystycznych, główną rozrywką jest tu jazda po wydmach.



Powiem Wam, że to była najfajniejsza wycieczka jaką mogliśmy zrobić tego dnia, super doświadczenie. Wróciliśmy zakurzeni ale szczęśliwi. Co jeszcze dodam w tym momencie? Że akurat było jakieś ich katarskie święto w połączeniu z naszą niedzielą (a ich piątkiem), taki ich długi weekend. Ciekawostką było, co zastaliśmy na pustyni. Pełno obozów, tak, ogrodzonych obozów z wielkim namiotami, antenami satelitarnymi, wielkimi dżipami i bukwi czym jeszcze. To katarskie rodziny wybrały się na piknik weekendowy, gdzie największą rozrywką jest - właśnie - jazda po wydmach. W ogóle, przemysł wydmowy widać jest tam dość rozwinięty, bo przy każdym wjeździe i wyjeździe z pustyni stoją stacje pompowania powietrza, coś jakby mobilna stacja benzynowa, z tym, że zamiast benzyny stoją pompy powietrzne. Dlatego, że żeby wjechać na pustynię trzeba spuścić powietrze z opon, a żeby z niej wyjechać na drogę trzeba opony ponownie napompować. Ot taka ciekawostka turystyczna :-)

Wieczorem opuściliśmy Dohę i udaliśmy się z powrotem do Emiratów, do Abu Dhabi. Poniżej Doha nocą. A co się działo w Abu Dhabi to to jest materiał na cąły kolejny odcinek :-)



P.S. Dorzucam zdjęcia do Jordanii i kilka linijek tekstu, jak sie komuś chce to zapraszam ponownie.

poniedziałek, 6 stycznia 2020

I po świętach.

W Chłopa wczoraj coś wstąpiło. Wstał sobie rano, normalnie wyszedł z sypialni jakby nigdy nic, zamykając za sobą drzwi, żebym przypadkiem nic nie słyszała. No to nie słyszałam, żeglując po oceanie w poszukiwaniu ośmiornic, które nie chciały się złapać, za to łapały się rozmaite ryby. W dodatku nadkruszyłam sobie paznokieć i nie miałam na tym statku pilnika, musiałam sobie go wyrównać nożyczkami i jak już zaczęłam wyrównywać to nic z niego nie zostało, no to wyrównałam pozostałe w lewej ręce. No i już miałam się zabrać za prawą rękę, kiedy znienacka otworzyłam oczy i spojrzałam na zegarek. Oczy rozwarły się tak, że ledwo z orbit nie wyskoczyły, bo na zegarku była 11.55 (Chłop potem starał mi się wmówić, że tylko do jedenastej spałam, ale ja tam wiem co widziałam). Zerwałam się z gracją i powoli zeszłam na dół, zanużając się w promieniach słońca, które to resztkami sił przedzierały się przez okna. Chłopa nie zauważyłam, zauważyłam tylko rozebraną choinkę i poskładane na kupkę otrzymane kartki świąteczne - tak, tak, jeszcze są tacy co wysyłają kolorowe kartki z prawdziwego papieru! Zrobiłam sobie więc kawę i zjadłam pączka. No co, pączek do kawy w sam raz. Wtedy wszedł ON. Z MOIM sekatorem w ręce.
- A co ty robisz? - zapytałam.
- O, dzień dobry kochanie, pączka jesz? - odpowiedział pytaniem na pytanie.
- No pączka, chyba pączek do kawy jest w sam raz, co nie? No to co z MOIM sekatorem robbisz?
- Choinkę będę demontował.
- Co??? To ty nie wiesz, że ja miałam choinkę demontować?
- No ale ty spałaś przecież, a teraz pijesz kawę... - nieśmiało próbował oponować.
- No to zaraz wypiję a ty idź znaleźć sobie co innego do roboty, bo ja BĘDĘ tę choinkę rozmontowywać, tylko skończę kawę.
Najgorsze, że on już z tej choinki odciął jedną gałązkę. W salonie! Wygoniłam z domu razem z choinką i kazałam ją walnąć na trawnik. Gdzie miała czekać aż skończę i się zbiorę. No to wziął i wyniósł, po drodze szczodrze rozsypując igły i wylewając wodę z doniczki, w której stała choinka, na szczęście na taras.
Rozmontowanie choinki zajęło mi pięć minut. Poobcinałam wszystkie gałęzie, po czym przymierzyłam pieniek do kosza na śmieci ogrodowe, ale by wystawał więc znalazłam piłę w garażu i przecięłam pieniek na pół. Poskładana choinka już się zmieściła. Na kawałki rozczłonkowałam również poobcinane wcześniej gałązki i umieściałm w koszu. Zamiotłam taras. Popakowałam do pudła wcześniej pieczowicie przez Chłopa poskładane w małych pudełkach dekoracje. Bo on musi mieć wszystko ładnie poskładane, osobno bombki, osobno sopelki, jakby moje wcześniejsze worki z gazetami nie wystarczyły. Zamknęłam pudełko, Chłop wyniósł do garażu, job done.
I tak to u mnie wygląda po świętach :-) 

P.S. Musze dopisać, że rozczłonkowywanie i pakowanie do kosza z odpadami ogrodowymi choinki całkowicie nie jest u nas obowiązkowe. Po prostu wyleniałe choinki się wystawia koło kubła i służby porządkowe zabierają do recyclingu. Ale ja tak lubię ciachać sekatorem...

piątek, 3 stycznia 2020

O braku postanowień

Moi Drodzy.
Witajcie serdecznie w Nowym Roku Anno Domini 2020. W nowej dekadzie. W Roku Szczura.
Cokolwiek by to nie znaczyło, jak będzie tak będzie. A teraz czas na podsumowanie - bo co roku jakiesś robię, to czemu teraz nie?
Na początek odpowiem na pytania zadane w poście dokładnie rok temu.
Iwona otrząsnęła się z tragedii. Ubezpieczalnie pokryła koszty z nawiązką. Migusia choruje na... bycie kotem. Iwona wybrała się z Chłopem w różne miejsca na świecie. Ilość wesel wyrównała się z ilością pogrzebów. Zima? Jaka zima?? W Walentynki były kwiatki i czekoladki, a kilka miesięcy później zostałam babcią :-)
No, ale to tylko odpowiedzi na pytania zadane rok temu. Podsumowanie właściwe to będzie dopiero teraz. Uwaga - żeby było ciekawiej- nie wszystkie informacje, o których teraz przeczytacie, znalazły się na blogu. No to Voila!

Styczeń.
Staliśmy się bezdomni. Ale zanim do tego doszło, dosłownie dzień przed przeprowadzką, dokładnie w miesiąc po poprzedniej tragedii z domem, wzięłam udział w kolizji drogowej z udziałem trzech samochodów. Ze mną na szczęście z przodu. Dupa zbita, samochód do kasacji. A ja na kilkudniowym zwolnieniu, bo nie byłam w stanie żyć. No ale żyć trzeba było i coś tam robić trzeba było, więc miesiąc minął nam na przeprowadzce, uspokajaniu zagubionych kotów, oglądaniu antelopów przez okno, nieustannych rozmowach z naprawiaczami domu i kupowaniu nowego samochodu. Jak ja przeżyłam tamten styczeń to sama nie wiem i nikt nie wie i się już nie dowie.  I niech tak zostanie. Ament.

Luty.
Upiekłam pierwszy chleb w nowej maszynie, zapach pamiętam do dziś. Spacerowaliśmy w poszukiwaniu pierwszych oznak wiosny, które znaleźliśmy w ilościach hurtowych. Nagrałam pierwszy gadający filmik na Youtube, na szczęście nikt się nie zainteresował kanałem. W Walentynki Chłop się postarał i ukrył róże tak, że ledwo znalazłam. A potem ja ugotowałam romantyczną kolację, z muszlami, ślimakami, i różnymi takimi owocami morza, którą popiliśmy czerwonym winem i było bardzo romantycznie.... Zaczęliśmy poznawać tajemnice budowy naszego domu i tajemnice głupoty ludzkiej w postaci budowlańców.

Marzec.
Prace nad odbudową domu powoli zaczęły się toczyć, a ja zaczęłam toczyć coraz więcej piany z pyska na samą myśl o kolejnej konfrontacji z wykonawcą. No ale działy się też dobre rzeczy - zaczęliśmy planować kuchnię i wybierać. Kolory ścian, podłogi, kafelki, sprzęt AGD. To były rzeczy wyczerpujące ale także ekscytujące. Poza toczeniem piany z pyska i pary z uszu podczas każdorazowej inspekcji domu, działo się dużo i namiętnie. Na przykład północna premiera "Captain Marvel" na Imaxie. Duchy i inne potwory na strychu w tymczasowym domu. Albo zwiedzanie Muzeum, Galerii Narodowej i Galerii Obrazów. Albo wycieczka na wyspę Cramond i Lauriston Castle. A poza tym, ciągłe, nie kończące się problemy i niedomówienia z wykonawcą robót remontowych. Sam miód normalnie.

Kwiecień.
W Prima Aprilis nasza Alexa próbowała być dowcipna. Ale zaraz potem wykonawca popsuł mi humor na całych ładnych kilka dni. No ale powinnam być już przyzwyczajona. Tylko dlaczego, qurva, ja??? Kwiecień wystawił mnie na kolejną próbę nerwów. Jakoś przetrwałam, pewnie dlatego, że była Wielkanoc. Nagrałam kolejny jutuberski filmik, i żarłam pasztet w Wielki Piątek. A na koniec, po długim oczekiwaniu, poszliśmy na premierę "Avengers - End Game". I przynajmniej film nie zawiódł naszych oczekiwań. Nie tak jak różni ludzie.

Maj.
No czego oczekiwać o maja? Było cudownie. Koty chodziły po stole, a my jeździliśmy sobie elektrycznym samochodem, spędzaliśmy rocznicowy weekend w kinie, w łóżku i w restauracji. A potem trafił mnie szlag. Nie pierwszy raz i nie ostatni zresztą. no ale czego się można było spodziewać po budowlańcach? Wisienką na torcie było zamówienie za małych drzwi do kabiny prysznicowej i próbowanie wmówienia mi, że nie da się inaczej. Że trzeba założyć stare, pęknięte. Wtedy to właśnie miarka się przebrała. We wtorek 7 maja. Zrozumieli, że jak mówię to mówię i zrobili to co im kazałam tak jak im kazałam. I w dupie miałam, że ośmieszam właśnie pół brygady remontowej, z kierownikiem projektu na czele. No ale... maj był piękny. Cieplutki. Ostatni spacer na Braid Hills, sekscesy w krzaczorach pachnących wanilią. Kwiatki w ogródku. Koty w ogródku. Wróciliśmy do domu.

Czerwiec.
Czekaliśmy, czekaliśmy i się doczekaliśmy. Na świat przyszła Esme i od tej pory wszystko się zmieniło. Córka przeżyła bardzo ciężki poród, ale dość szybko doszła do siebie, aby po dwóch tygodniach znowu wylądować w szpitalu. Akurat wtedy, kiedy zaczynałam wakacje w Polsce. Wakacje były niejako wymuszone wydarzeniem rodzinnym, na które zdecydowaliśmy się pojechać, bo być może to ostatnia okazja, żeby zobaczyć rodzinę w całości. Odwiedziliśmy okolice Karpacza i Jeleniej Góry, czeski Adrspach, a potem Wrocław, Nysę, Mazowsze, a całą polską eskapadę skończyliśmy w Warszawie.

Lipiec.
Zaczął się w Warszawie, która nas pozytywnie zaskoczyła. A potem wróciliśmy do domu, w którym zastaliśmy zarzyganą przez koty wykładzinę, zalaną podłogę w kuchni i cieknący kibel, na szczęście na samym dole. Cieknący kibel wraz z cieknącym kaloryferem w kuchni i otaczającą go podłogą naprawili panowie w ramach gwarancji. Zarzyganą wykładzinę próbowaliśmy wyczyścić sami, z fatalnym skutkiem ale mam to gdzieś. Tajemniczą plamę na podłodze w salonie wyczyściliśmy sobie sami, przy pomocy sztuczki chemiczki. Jak ktoś ma podobną to zapraszam, podam sposób. Aha. I byłam z wnusia na spacerze. I z Chłopem na Holy Island. I z całą załogą z pracy na rejsie statkiem po zatoce. I w Princess Street Gardens. Oraz odkryłam, jak nazywa się moja jabłonka. James Grieve. Fajnie, nie?

Sierpień.
Dostałam zaproszenie do szpitala na warsztaty żywieniowe w celu wyeliminowania objawów jelita drażliwego. Dowiedziałam się ciekawych rzeczy na temach dość skutecznej diety zwanej FODMAP.
Spędziliśmy weekend w Filey i Scarborough. No i oczywiście wiele godzin na Edinburgh Festival. 16-17 pokazów? Chyba tyle, nie pamiętam dokładnie. Najfajniejsze były spotkania z dawno nie widzianymi znajomymi. Szkoda, że tak krótnie. Zdołaliśmy wybrać się jeszcze do Sekretnego Bunkru Szkocji, który jak widać nie jest taki sekretny, jeśli go znaleźliśmy :-) Wnuczka rośnie :-)

Wrzesień.
Miesiąc zaczął się wycieczką nad wybrzeże, w pobliżu elektrowni jądrowej Torness. Bardzo fajny spacer w kierunku Dumbar, nigdy tam jeszcze nie byłam. Dwa razy opiekuję się wnusią. Dochodze do wniosku, że niemowleta są bardzo wymagające :-) Do Edynburga przyjeżdża ekipa Fast and Furious, udaje mi się być na planie zdjęciowym i zrobić kilka zdjęć dublowi Vin Diesela. Kupujemy z synem samochód. A poza tym, czuję się wypalona.

Październik.
Kupiłam sobie nowe buty i nowe lakiery do paznokci. Pilnowałam wnusi, kiedy rodzice byli w kinie, jakie to cudowne dziecko. W sumie, jak teraz patrzę, to październik upłynął mi na zakupach, zakupach i jeszcze raz zakupach. No i na wyzwaniu pisania 10 dni pod rząd. Udało się. Piekliśmy z Chłopem ciasta, oglądaliśmy kwiatki w ogródku i szykowaliśmy się do wakacji. Tak to właśnie było.

Listopad.
Tuż przed wyjazdem na wakacje gościliśmy córkę z wnusią. A potem pojechaliśmy w świat. Ale zanim pojechaliśmy, popsuł mi się samochód, na szczęście szybko i sprawnie został naprawiony w dwa dni, w czasie których miałam samochód zastępczy. Dobrze, że mam fajne ubezpieczenie. No to pojechaliśmy. Londyn, Jordania, Zatoka Omanu i Fujairah, z międzylądowaniem w Dżibuti. Dubaj, Abu Dhabi, Doha, pustynia Al Wakrah. I jeszcze raz Fujairah, a na koniec Muscat w Omanie. A potem to już tylko czekanie na grudzień.

Grudzień.
W grudniu nie działo się właściwie nic. W pierwszy weekend na podwórko przypałętał się bażant, udało się nam go przegonić przez płot na pole. Śmialiśmy się potem, że wygoniliśmy świąteczny obiad :-) Zakupiłam żywą choinkę. Na choince zawisł mały aniołek z imieniem Esme. Poza innymi bombkami, oczywiście. Zakupy zrobiliśmy wyjątkowo wcześnie, już osiemnastego grudnia skończyłam pracę, w sam raz na premierę ostatniej odsłony Gwiezdnych Wojen. Obejrzeliśmy premierę wraqz z dwoma poprzednimi filmami, w sumie dziesięc godzin w kinie. W sumie było warto, i tak nie mieliśmy nic lepszego do roboty. Syn nie przyjechał na święta, wspólnie uznaliśmy, że tak będzie lepiej. Córka spędziła święta z dopiero co upieczoną rodziną w Hiszpanii, a my spędziliśmy je w małym gronie z teściem i dziadkiem. Za dwa miesiące dziadek kończy 99 lat i być może to jego ostatnie święta. Dlatego tak. Spokojnie, zrobiłam skromną wigilię, z barszczem z uszkami, pierogami z kapustą i grzybami, rybą w warzywach (że niby po grecku) i trzema rodzajami śledzi. A w pierwszy dzień świąt pieczeń z trzech ptaków (kaczka, gęś i kuropatwa) z pieczonymi ziemniakami, marchewką, brukselką i tym białym co wyglada jak pietruszka i nazywa się parsnip. Taki normalny brytyjski świąteczny obiad. A w drugi dzień świąt to nie wiem co jadłam bo mi było wszystko jedno. W końcu to były moje urodziny. A po świętach goście pojechali, a my obejrzeliśmy tradycyjnie kilka filmów w kinie i telewizji, a nawet zaczęliśmy i skończyliśmy dwa seriale - Mandalorian i The Witcher. No i co jeszcze? W ostatnią niedzielę roku wygrałam świąteczny turniej badmintona, po którym dochodziłam do siebie aż do nowego roku. A Sylwestra spędziliśmy tradycyjnie w gronie znajomych, alkohol lał się strumieniami i w całkiem miłych nastrojach przywitaliśmy nowy 2020 rok. Nową Dekadę. Rok Szczura. Oby to był Lepszy Rok...

Żadnych postanowień noworocznych nie będzie. Poza tym, że chcę schudnąć 7 kilo, chcę nauczyć się tańczyć tango, chcę zacząć biegać i jeździć na rowerze, a także biegać za wnuczką, która za parę miesięcy zacznie chodzić. No i chcę jechać na wakacje gdzieś daleko. To tyle :-)


wtorek, 31 grudnia 2019

Oby nam się!

Święta święta i po świętach, nadchodzi Nowy Rok (do niektórych już przyszedł), a na moim blogu posucha jak była tak jest. Nawet, jeśli jeszcze ktoś nie zauważył, nie zmieniłam jak co roku tapety bloga na zimową. Ale nic nie martwcie się, Kochani Moi, bo wszystko kiedyś się kończy i na mój marazm osobisty też przyjdzie niedługo kryska jak na tego tam Matyska.
A tymczasem pozwolę sobie w ten ostatni wieczór tego, niezwykle obfitego w różne wydarzenia roku, złożyć Wam najlepsze życzenia na ten czający się tuż za rogiem, młodziutki i nowiutki 2020 rok. Oby był dla Was udany, pełen nowych wyzwań i iszczących się powoli marzeń, pełen wyzwolenia od tego co Was tłamsi i rujnuje. Kochajcie się i kochajcie innych, aby każdy dzień był dla Was powodem do czekania na ten następny.
Kocham Was.


poniedziałek, 23 grudnia 2019

Dnia czwartego, ale także Wesołych Świąt!

A czwartego dnia było tak. Już poprzedniego wieczora zapowiedziałam Chłopu, że rano nigdzie nie idę, nie wstaję, w doopie mam śniadanie, potem se zjem, przecież żarcie jest cały czas, co to trzeba się zaraz na śniadanie zrywać na wakacjach? Więc czwartego dnia rano skoro świt, o ósmej trzydzieści Chłop się zwlekł na śniadanie, a raczej mruknął coś w stylu: Zobaczę jaka dziś pogoda (a jaka miała być? No słońce przecież) i poszedł. O ósmej czterdzieści siedem wparował do kabiny z okrzykiem na ustach:
- Zgadnij gdzie jesteśmy!
- O, niech zgadnę, piraci somalijscy nas porwali i jesteśmy w Afryce? 
- No to pierwsze to raczej nie, ale drugie - zgadłaś!
- Co??? - jeszcze wciąż zdziwiona, zapytałam całkiem retorycznie.
- Jesteśmy w Dżibuti.
- Kurde, i dopiero teraz mi to mówisz? - wyskoczyłam z pieleszy, wciągnęłam jakieś spodenki na gołą dupę i koszulkę bez biustonosza, wskoczyłam w klapki i w biegu już zapinając włosy w kucyk, krzyknęłam raczej donośnie:
- Komórka! Gdzie jest moja komórka?? 
Znajdnąwszy - znaleziwszy - znalazłszy (nic nie poprawiać, tylko sobie niepotrzebne skreślić) szybko komórkę, wybiegłam z kabiny. 
Na szczęście na windę nie musiałam długo czekać. Po chwili byłam już na najwyższym pokładzie, razem z tysiącem innych ludzi przechylającym się niebezpiecznie przez burtę. Z jednej strony statek mielił błotnistą wodę jednym ze swych silników, z drugiej widać było coś co się szumnie nazywało portem, co prawda stały tam jakieś budynki ale całość przypominała raczej szemraną okolicę portową gdzieś na afrykańskim wybrzeżu, na którym przecież jednak byliśmy. Prawdziwe Dżibuti - ja nie mogę! Afrykańskie słońce od rana prażyło, a afrykańscy pracownicy portu uwijali się jak muchy w smole. Czyli normalka. I jeszcze coś - ambulans. Aha! Oświeciło mnie. Ktoś zachorował. Tylko dlaczego właśnie tutaj? Okazało się, że około piątej nad ranem, gdy pędziliśmy wzdłuż wybrzeży Arabii Saudyjskiej, żeby nas piraci nie dopadli, jakaś kobieta zachorowała. Na tyle poważnie, że kapitan zdecydował się na odbicie z kursu do pierwszego z brzegu portu. właśnie w Dżibuti. Co się kobiecie stało, nie dowiedzieliśmy się. Ale co się stało w Dżibuti to dowiedzieliśmy się jakiś tydzień później, rozmawiając z sympatycznym pracownikiem załogi. Otóż Afrykańcy, kiedy dowiedzieli się, że dopływamy i prosimy o pomoc, zamiast wysłać łódź ratunkową (bo mogli, bo było blisko, bo tak byłoby najlepiej), wysłali komunikat, że niestety, nie mogą wysłać łodzi ratunkowej bo coś tam coś tam, tylko musimy podpłynąć do portu i spędzić w nim kilka bezsensownych godzin. Bo - cumowanie w porcie kosztuje. No i to by było na tyle na temat gościnności afrykańskiej. Nic nie zrobią bez pieniędzy. Ten przystanek kosztował właściciela statku, czyli naszą firmę turystyczną, dwadzieścia sześć tysięcy dolarów. Prawdopodobnie zostanie zapłacone z odszkodowania kobiety, ale kurde! Można to było zrobić za dwa tysiące. No ale nie w Afryce, jak się okazuje. 
A potem dzień był jak codzień, z tym wyjątkiem, że dowiedzieliśmy się że Wielka Brytania cofnęła właśnie stan zagrożenia w Zatoce Perskiej i wracamy do oryginalnego planu podróży. I w dodatku wszystkie upusty, któr nam dano z powodu wcześniejszej zmiany zostały uhonorowane. Yupiii!!
Ale - 
No właśnie. Nastała noc. Następnego dnia mieliśmy zacumować na krótko w porcie Fujaira, a potem na dwa dni do Dubaju. Tymczasem, około trzeciej nad ranem, obudziły mnie jakieś dziwne głosy na korytarzu. Ktoś jakby przechodząc powtarzał...
- Słyszysz to? - zapytałam, cała w nerwach, Chłopa. 
- Słyszę. Ciiii... - Chłop nasłuchuje.
"Kod Alfa, Kod Alfa, kabina 2073, kabina 2073, kod Alfa, kod Alfa..." kroki ucichły. Chłop też to słyszał. Trochę, mówiąc szczerze, odetchnęłam z ulgą, bo mi się nie przesłyszał ani nie przyśniło. A przysięgam, miałam wrażenie, że to przez sen. Ale niepokój mnie nie opuśccił aż do rana. Naprawdę myślałam, że piraci i te sprawy...
Pogłoski szybko się roznoszą. Zanim zjedliśmy śniadanie, dowiedzieliśmy się, co znaczył ten kod Alfa. W kabinie 2073 mężczyzna doznał rozległego zawału serca. Nie przeżył. Miał tylko 47 lat.
Jego śmierć pokrzyżowąła wszystkim plany. Jak się dowiedzieliśmy później, kapitan słysząc o zawale zboczył z kursu, w kierunku najbliższego portu w Arabii Saudyjskiej. ale zanim do niego dopłynęliśmy, ambulans nie był już potrzebny. Natomiast manewr spowodował dość spore opóźnienie, co sprawiło, że w Fujaira byliśmy dopiero wieczorem, tyle, że zdążyliśmy wyrzucić na brzeg pasażerów kończących rejs. I nieszczęsnego pasażera także. Tak że zamiast do Dubaju, pozostaliśmy w porcie Fujaira,
Ale o tym któregoś z kolejnych razów...


A tymczasem, Kochani Moi, ponieważ Święta już dosłownie tuż tuż, pożegnam się z Wami najlepszymi życzeniami szczęścia, zdrowia, pomyślności i tego wszystkiego co się z powodu Świąt składa. Żeby się Wam udało spędzić je jak najlepiej, to znaczy tak jak chcecie, bez gotowania albo i z gotowaniem jak ktoś lubi, po prostu na luzie. Odpoczywajcie, Ludziska Drogie, odpoczywajcie...
A foto pod spodem to autentyczne zdjęcie z dzisiejszego wieczornego spaceru.

Wesołych Świąt!


poniedziałek, 9 grudnia 2019

I tak to się zaczęło czyli pierwszy post o wakacjach.

Ludzie do tej pory się mnie pytają: "Jak tam wakacje, fajnie było?" Chce mi się odpowiedzieć: "Jakie wakacje? Coś Ci się chyba pomyliło..." ale odpowiadam grzecznie: "Tak, było świetnie, już się nie mogę doczekać następnych", no bo nie chcę ludziom zrobić przykrości, chociaż większość to tak naprawdę w dupie ma te moje wakacje i mnie razem z nimi.
No ale nie Wy chyba? No to dla Was teraz coś o nich napiszę, ale będzie bez obrazków. Z kilku powodów - bo mi się nie chce, bo nie mam czasu, bo jak mam czas to mi się telefon nie łączy z komputerem i nie ma jak ich wgrać na dysk - niepotrzebne skreślić, a najlepiej nic nie skreślać bo to wszystko prawda jest. No to tylko napiszę, zanim zapomnę.

UPDATE - OBRAZKI WŁAŚNIE DODAŁAM :-) I dopisałam conieco więc zapraszam na ponowne przejrzenie, jakby kto chciał.

Najgorsza była jazda samochodem. Bo postanowiliśmy lecieć z Gatwick pod Londynem, a do tego to jest sporo godzin jazdy, jakieś osiem non stop a wiadomo, że non stop się nie da, więc conajmniej dziewięć i pół. Jazda na lotnisko była fajna, bo noc przed wylotem spędzaliśmy w hotelu na samiuśkim terminalu, więc nigdzie nam się nie spieszyło.  Za to z powrotem było już mniej fajnie, bo przylecieliśmy o wpół do trzeciej nad ranem, zanim dostaliśmy bagaże i odebraliśmy samochód z parkingu to już była czwarta, a trzeba było jechać te przeklęte dziewięć godzin. W deszczu. No ale daliśmy radę i już w południe byliśmy w domu. A potem odpoczywaliśmy cały weekend, bo cztery godziny różnicy czasu to niby nic, ale jednak trochę po kościach daje, szczególnie, że byliśmy na nogach grubo ponad dwadzieścia cztery godziny. W samolocie trochę przysnęliśmy, ale wiadomo jak to w samolocie. A to kolacja, a to soczek, a to woda, a to śniadanko o drugiej nad ranem...
No ale wróćmy do wakacji. Zaraz jak wparowaliśmy na statek w Jordanii w czwartek wieczorem, zanim do kabiny pobiegliśmy szybko do obsługi turystycznej kupić wyjazd do Petry następnego ranka. Na szczęście mieli jeszcze wolnych parę miejsc i się udało. Jechało się ponad godzinę autobusem, po drodze stając niby na siku, ale tak naprawdę, żeby okoliczni sklepikarze mogli sobie zarobić. Wiadomo, norma. Petra przywitała nas, no co tu dużo mówić, upałem.



Niby było tylko dwadzieścia sześć stopni w cieniu, ale że cienia raczej nie było to upał po prostu piekielny. Dobrze, że zabrałam swój biały cienki szal to sobie go zarzuciłam na łeb i tak chodziłam, jak jakaś matka boska. Wydaje mi się, że jakby każdy przeżył taką przygodę, to więcej osób by zrozumiało, dlaczego kobiety w tamtym rejonie świata noszą chustki na głowach. Faceci zresztą też. No nie da się inaczej. No chyba, że się jest chińskim turystą, to się nosi nad sobą parasolkę. No cóż, to sa po prostu skały na pustyni, nagrzane do czerwoności non-stop świecącym słońcem.


Najpierw trzeba było iść dwadzieścia minut w takich okkolicznościach jak poniżej, w palącym słońcu. 

A potem już się weszło w skały i było znośniej. Przewodnik opowiadał nam co mijamy po drodze, kto to wybudował i kiedy, ale tego nie będę tu opisywać, bo można sobie to wszystko poczytać na Wikipedii znacznie szerzej niż ja to zapamiętałam. W każdym razie, szliśmy i szliśmy i szliśmy, omijając inne wycieczki i dorożki prowadzone przez biedne konie. W pewnym momencie przewodnik kazał nam się ustawić jeden za drugim, położyć osobie przed nami rękę na ramieniu, zamknąć oczy i powoli iść, a on liczył do dziesięciu. Kiedy było dziesięć, powiedział żeby otworzyć oczy i wtedy zobaczyliśmy taki dosłownie obrazek:


A teraz tylko kilka zdjęć z naszej wizyty, bez podpisów:











Petra robi wrażenie. Niby tylko skały, ale czuć w tych skałach oddech historii, pewien monumentalizm, ten niesamowity charakter, jaki mają wielkie wiekowe budowle. I tylko żal mi było zwierząt, tych biednych koni, którym każe się ciągać powozy z turystami tam i z powrotem, w upale, po skałach. ech... i tak mają lepiej chyba niż te w Zakopanem.


Wracaliśmy przez okolicę Wadi Musa, czym zachwycał się Chłop bo Lawrence z Arabii tam był kręcony. A ja się zachwycałam wszystkim bez wyjątku.

A potem spędziliśmy pięć dni na morzu, odddając się kąpielom słonecznym i robieniu kolejnych mil po pokładzie. Nie bez kilku atrakcji. Ponieważ wpływaliśmy na niebezpieczne wody Zatoki Adeńskiej na Morzu Arabskim, zanim wpłynęliśmy na cieśninę Bab al-Mandab przydzielono nam tzw. 'guns' czyli przystojnych panów w mundurach z karabinami, których zatankowaliśmy prosto z ich statku na czas trwania rejsu aż do wpłynięcia do Zatoki Perskiej. Musze powiedzieć, że jakimś cudem statek nasz nie zatonął, kiedy wszyscy pasażerowie wychylali się przez prawą burtę, żeby przywitać podpływających uzbrojonych panów. Widocznie pilnowali nas skutecznie, bo żadni piraci nas nie zaatakowali, ale pewnie to zasługa kapitana, który podjął dodatkowe środki ostrożności - na noc wygaszano światła, zasłaniano wszystkie okna i zakazano przebywania na górnych pokładach po zmroku. Biedni palacze, zostali upchani w maleńkim kąciku na zewnątrz narzędziowni na pokładzie czwartym.
A czwartego dnia....
ale o tym w następnym odcinku :-)