czwartek, 21 września 2017

Nowy mikser

Dzisiaj się chwalę. Zakupiłam sobie byłam nowy mikser. Stary wyrzuciłam, jak opróżniałam stary dom, Elektrolux to był, w Polsce kupiony, zwykły taki ręczny mikser z metalową miską na stojaku, który kręcił tą miskę w czasie kręcenia ciasta przez mikser. Ale silnik mi się w nim spalił, to musiałam wyrzucić. Przy okazji wyrzuciłam jeszcze cały robot kuchenny firmy Kenwood, który dużo mnie kosztował wiele lat temu i wiernie mi służył, ale plastikowe części popękały i część nie nadawała się już do użytku.
W miarę urządzania się w nowym domu zaczął mi doskwierać brak miksera. Robota nie za bardzo, bo mam całkiem przystojny zestaw Kenwood Triblade, w którym jest ręczny blender z kilkoma dostawkami, mała maszynka do siekania i ubijak do piany. Ale nijak tego nie można użyć do stworzenia zwykłego ciasta. Jedyne ciasta jakie mogłam skonstruować więc to kruche i bezy. A mi się marzy zwykły sernik, albo taki placek ze śliwkami na przykład. To w związku z tymi śliwkami, co je sobie z Yorkshire w niedzielę przywiozłam. No więc. Jak przywieźliśmy te śliwki i jabłka i ten rabarbar, to powiedziałam - kupuję mikser, będzie ciasto. Chłop na to jak na lato, bo pokażcie mi faceta, który słodkiego nie lubi. Już miałam wcześniej upatrzony, zwykły mikres ręczny, podobny do poprzedniego. Znalazłam gdzie można kupić najtaniej, weszłam jeszcze raz na stronę, patrzę a tam promocja. 50 % ceny. Co prawda z tą promocją to dwa razy taka cena jak ten co sobie go wcześniej wybrałam, ale jak nie kupić jak taka okazja?
No i wczoraj mi się w końcu udało go odebrać. No i mam. Tadam!


Nie jest to co prawda Kitchen Aid, ale myślę że na moje potrzeby w sam raz.


Metalowa, dość duża miska


Osłona przeciw chlapaniu


Trzy mieszadła i silikonowa szpatuła


Ale to nie wszystko, bo jest również malakser (chyba tak to się nazywa?) ze specjalnym ostrzem i zestawem trzech trących tarcz





Wyciskarka do cytrusów (nie wiem po co, tyle samo czasu zajmuje mi ręczne wyciśnięcie pomarańczy czy cytryny)


I szklany, ciężki blender.  




A całość razem wygląda tak:



Jestem pod wrażeniem. Poprzedni robot Kenwood, pomimo że dość sporo za niego dałam, wykonany był ze znacznie cienszego plastiku i blender był tez plastikowy. Tutaj wygląda to o wiele bardziej solidnie i jakoś tak lepiej wszystko klika ze sobą. Widać, technika posunęła się do przedu przez te dziesięć lat. A ja... chciałam mikser a mam all-in-one. Taka karma.
Żeby wypróbować, upiekłam małe ciasto ze śliwkami. Nie wiem jak smakuje, bo piekłam rano a teraz jestem w pracy, jak wrócę to spróbuję. Wyglądało mi w pewnym momencie na zakalec, ale zakalce chyba nie wyrastają? Już teraz jednak widzę, mikser średnio radzi sobie z połową porcji. No cóż, będziemy piekli ciasta normalnej wielkości :-)

Pozdrawiam.





poniedziałek, 18 września 2017

Kwiaty prawie jesienne

Weekend spędziliśmy w rodziców Chłopa w Yorkshire. Bardzo lubię tam jeździć, chociaż jest tam w domu przeraźliwie nudno, bo z matką się nie pogada, bo ma Alzheimera w coraz bardziej zaawansowanej postaci, a ojciec po prostu cieszy się naszą obecnością, bo to rozrywka dla niego i oderwanie od codzienności. Ale Yorkshire to przepiękna kraina, słynąca wrzosowisk (Yorkshire Moors), które o tej porze roku są jeszcze brunatne, ale za miesiąc-dwa będą całe pokryte fioletowym dywanem. Słynne Yorshire Dales natomiast to liczne wzgórza poprzecinane przepięknymi dolinami, a większość stanowi Park Narodowy. Zawsze wydaje mi się, że jest tam więcej pagórków niż w Szkocji, choć to nieprawda, ale takie ma się wrażenie jadąc samochodem, gdzie co chwili widzi się ostrzeżenie "Zwolnij, zmień bieg na niższy" i znak o nachyleniu 16% w górę lub w dół. Raj dla rowerzystów :-)
Jednak ostatni weekend nie był dla nas łaskawy, co chwilę padało i mżylo, tak apogoda w kratkę. Zamiast na plażę poszliśmy więc na zakupy, z których wróciliśmy z niczym, bo tak naprawdę nie chcieliśmy niczego kupić, ot tak tylko poszwędać się i pooglądać wystawy, żeby w domu cały czas nie siedzieć. W niedzielę po południu się jednak wypogodziło, ale już nie było czasu na spacerowanie, bo trzeba było wracać do domu. Zdążyłam jedka pochodzić sobie po pogrodzie, i pozaglądać we wszystkie zakamarki. Jeszcze jest kolorowo, jeszcze nie za bardzo jesiennie. Choć hortensje już zaczynają przejrzewać.


Róże jakieś słabe były w tym roku,



Szpaler hortensji 


A to nie wiem co, ale ma takie jagódki, które się robią później czarne.


A takie kwiatki mają.


Georginie (chyba bo na lelujach to się nie bardzo znam)


Ulubione miejsce przebywania muszek wszelakich.


Ornament ogrodowy. Musiałam mo oczko lewe przetrzeć, temu lwu, bo miał całe zasypane jakimś wapnem.


Ostrokrzew



I takie coś , co miałam w poprzednim domu jako drzewo, tutaj jest żywopłotem.


Jeszcze rośnie rabarbar. Yorkshire słynie z upraw rabarbaru. 


A tu właścicielka tego bloga zbierająca pałki rabarbarowe. No przecież jak coś rośnie to mu nie przepuszczę. 


W ogrodzie u Chłopa rodziców jest taki jeden zakątek, który ja nazywam dżunglą. Ukryty kawałek dzikości pomiędzy żywopłotem a płotem. Rosną tu wszystkie możliwe chwasty, łącznie. Jak zwykle, musiałam tam wleźć i co zobaczyłam? Prawie całkowicie opadnięte już drzewo śliwkowe z przepysznymi śliwkami. Wiele ich nie było, może z kilogram, tak samo jak jabłek na sąsiedniej jabłonce. Za to ziemia pod drzewami usłana była zgniłymi owocami. Ech... Zaniosłam dwie śliweczki pokazać ojcu, a on wybałuszył tylko oczy i spytał skąd to. Powiedziałam, że z drzewa w jego ogrodzie. Nie miał pojęcia, że ma tam jakies drzewa, ponieważ w dżunglę to on się nigdy nie zapuszcza, a ogrodnik robi mu tylko to co mu każą. Na zdjęciu poniżej widzicie, jakie śliwki na drzewie zostały, Tyle dobra zmarnowanego! Przywołałam natychmiast Chłopa z reklamówką i zerwaliśmy wszystkie ocalałe od spadnięcia jabłka i śliwki. Pyszne śliwki, w ubiegłym tygodniu kupiliśmy dokładnie takie same na targu i wszystkie pożarliśmy, bo takie dobre. Wyrwałam też cały rabarbar, bo inaczej to by się zmarnował. Z jabłek i śliwek będzie ciasto. Napiekę a potem zamrożę. W rabarbaru to jeszcze nie wiem. Może ciasto, może dżem. A może nalewka. La la la! Już się cieszę na to pieczenie. 


I jeszcze takie kwiatki, które nikt nie wie jak się nazywają. 



I najpiękniejsza w ogrodzie róża. 


A po drodze do domu kupiliśmy w przydrożnym straganie na farmie, takim, co to się samemu obsługuje i pieniążki wrzuca do skarbonki, wielką kapustę (będzie na gołąbki) i taki sam wielki kalafior (będzie zapiekany z serem). A potem będziemy to jedli przez dwa tygodnie i pierdzieli przez kolejne trzy.

Koniec.

piątek, 15 września 2017

Humor piątkowy

Dzisiaj bardzo eklektycznie. Zapraszam.



Kosmicznie
*****
Amerykanie wylądowali na Marsie. Nagle podbiegła do statku kosmicznego jakaś grupka zielonych ludzików i zaspawałą im wyjście. Amerykanie męczą się i męczą, po jakichś dwóch godzinach udaje im się w końcu otworzyć drzwi. Wychodzą, a tam zielone ludki tarzają się po ziemi ze śmiechu i mówią:
- Polacy otworzyli drzwi w piętkaście minut!
- Polacy?? To Polacy tu byli? - pytają Amerykańscy kosmonauci.
- No tak. I nawet dostaliśmy prezenty!
- Prezenty? Jakie?
- Jakiś wpie*dol, ale każdy dostał!


Dogmatycznie
*****
Budzi się facet na tylnym siedzeniu jadącego auta. Spogląda na siedzenie kierowcy, a tam wielki, napakowany typ z czerwoną skórą i rogami na głowie.
- Co się dzieje? Gdzie ja jestem?! - pyta kierowcy.
- Umarłeś. Jestem diabłem i wiozę cię tam, gdzie twoje miejsce.
Facet wygląda za okno i blednie.
- Jak tu strasznie, brzydko... I tak szaro, depresyjnie.
- Zgadza się - mówi diabeł.
- Te sypiące się ruiny, jak po zagładzie.
- Tak...
- I ten czarny dym, smog... Jak tu śmierdzi, nie ma czym oddychać!
- To prawda.
- To piekło jest straszne! - woła przerażony pasażer.
- Jakie piekło? - Dziwi się diabeł - jeszcze ze Śląska nie wyjechaliśmy.


Medycznie
*****
W rejestracji do przychodni.
- Chciałbym się zapisac na rehabilitację.
- Ale wolne terminy są dopiero za dwa lata.
- Ale ja nie wiem, czy tak długo pożyję...
- To zapisze pana ołówkiem i najwyżej wygumuję.


Geograficznie
*****
Żona do męża:
- Wiesz co? Nasz Walduś dostał dzisiaj pałę z geografii, bo nie wiedział, gdzie leży Afryka.
- A to musi być gdzieś niedaleko, bo u nas w warsztatcie pracuje Murzyn i dojeżdża rowerem.


Romantycznie
*****
Żona ZOMO-wca zażyczyła sobie na rocznicę ślubu buty z krokodyla. Ten więc wybrał się do Egiptu. Po powrocie zwierza się kolegom:
- Poszedłem nad ten Nil, szukałem, szukałem, szukałem, wreszcie znalazłem krokodyla. Wyskoczyłem z krzaków, dopadłem gada, pała, gaz, pała, gaz, pała gaz...Wreszcie krokodyl padł, odwracam go do góry nogami i...
- No i co, i co??
- No nic. Bez butów był, sk**wysyn.


Pragmatycznie
*****
Trzy katolickie matki chwalą się swoimi synami.
- Mój jest biskupem i wszyscy do niego mówią "Eminencjo" - mówi pierwsza matka.
- O, a mój niedawno został kardynałem i teraz wszyscy się do niego zwracają "Ekscelencjo" - mówi druga.
Trzecia z matek zamyśla się na chwilę, po czym mówi:
- A mój syn ma 186 cm wzrostu i jest striptizerem. Jak wychodzi na scenę i zaczyna tańczyć, to wszystkie kobiety wołają "Mój Boże!"


Politycznie
*****
Baca zapisał się do PiS-u. W karczmie sąsiad pyta go:
- Ale Jondruś, co Ci się stało, dyć Ty zawsze byłeś za PO?
- Ano widzis Wicuś, Maryna mi się z kochankiem łajdacy, syn Jontek w kreminale za kradziejstwa siedzi, córka Hanusia sie psy Zakopiance prostytuuje, tom se pomyślał: "Zobacyta, ku*wy, kto komu wienksego wstydu narobi!"


Pornograficznie
*****
Badania dowodzą, że najczęściej praktykowaną pozycją seksualną u par małżeńskich jest pozycja "na pieska". Mąż siada na łóżku i prosu, a żona wywraca się na drugi bok i udaje martwą.


I na koniec o sztuce
*****
Podczas sprzątania na strychu facet znalazł bardzo stary obraz. Postanowił sprawdzić, czy jest coś warty i zaniósł go do wyceny. Specjalista ogląda, zastanawia się i pyta:
- Słyszał pan o Vincencie van Goghu?
- Oczywiście! Któż by nie słyszał? - odpowiada podjarany podekscytowany mężczyzna.
- No... To on by tym nawet dupy nie podtarł.


czwartek, 14 września 2017

To zawsze jest trudne

Barrie to szczurek Córki. Zabrała go od kolegi, który przechowywał go w fatalnych warunkach, o Barrie mieliście okazję przeczytać tutaj i tutaj.
Barrie to ten biało-szary, zdjęcia już[pokazuywałam, ale pokażę jeszcze raz.

Barrie w transporterku (oczywiście różowym, Barrie to dziewczynka)


Barrie ze swoją siostrzyczką Silly.


Barrie i Silly u córki na rękach.


Barrie wspinająca się na córkę.


Barrie u Bapci (czyli u mnie)


Barrie w hamaczku.


Barrie na hamaczku.


O ostanie zdjęcie Barrie. 


Barrie już nie ma. Zapłakana córka zadzwoniła z wiadomością dziś przed południem. W poniedziałek coś jej wyskoczyło na oczku, przez dwa dni urosło i szczurek bardzo źle się czuł, widać, że był chory. Córka poszła z nim do weterynarza, gdzie stwierdzili, że to rak. Niby można było próbować operacji, ale odradzono, bo przy takim małym zwierzątku szanse na przeżycie prawie zerowe, bardzo prawdopodobne, że nie wybudziłaby się się z narkozy, a poza tym rak bardzo zaawansowny, szkoda żeby się męczyła. Córka z bólem serca podjęła dezyzję i Barrie uśpiono. Miała niecałe dwa lata.

Bądź szczęśliwa maleńka, za Tęczowym Mostem...




środa, 13 września 2017

Nie staram się ale mam wymówkę

Blog u mnie ostatnio szwankuje, zauważyłam właśnie że nie było piątkowego humoru w zeszły piątek. Ałć!
No właśnie. Bo mnie znowu rozłożyło. Zaczęło się kaszlem w czwartek, źle się poczułam, w piątek nie poszłam do pracy, bo nie mogłam ruszyć ani ręką ani nogą. Trudności z oddychaniem, ciągły kaszel i totalne wyczerpanie. Miałam tak już parę razy, ja to nazywam atakiem astmy, choć astmy u mnie nie stwierdzono jeszcze, głównie dlatego, że się nie skarżyłam i nie dopominałam. Więc skoro miałam tak już parę razy, jedeń dzień i przeszło, to pewnie teraz to samo. Piątek więc przespałam, praktycznie zasnęłam w czwartek a obudziłam się w sobotę, z małymi przerwami, które w sumie trwały około czterech godzin. W sobotę trochę przeszło, ale już wiedziałam że to coś poważniejszego, niż moje "ataki astmy", bo trochę za długo trwało. W niedzielę ledwie dla Was wymodziłam ten post o Petersburgu, a w sumie to nawet zaszalałam, bo upiekłam chleb i bułki i ciasto. I rosół ugotowałam, pyszny wyszedł. Ale to małym nakładem. Kaszel nadal trwał.
W poniedziałek poszłam do pracy, bo się ogólnie czułam lepiej, kaszel jeszcze była, ale już po południu zaczęłam się czuć tak jakby zaczynało się przeziębienie. I trwa do dzisiaj. Heloooł! Czy ja już totalnie zwariowałam, czy mi się zupełnie poprzestawiało? Co to za przeziębienie, które zaczyna się kaszlem a kończy katarem? Kto jeszcze tak ma?

niedziela, 10 września 2017

Przystanek Trzeci - St Petersburg, część czwarta i ostatnia

Po zwiedzeniu Carskiego Sioła zostaliśmy zawiezieni na obiad. Tym razem eksklusywna i restauracja "Trojka" w centrum miasta, na rogu Zagorodnego Prospektu i Pierieułku Dżambula, którą co nieco opisałam w Poście Za potrzebą. Właściwie to tylko o kibelku napisałam, a chyba należy się trochę więcej. Bardzo rosyjska restauracja, o przyjemnym ludowym rosyjskim wystroju, kelnerach ubrzanych "na ludowo" i pysznym jedzeniu. Tym razem podano sałatkę jako starter, ale nie jakąś tam sałatkę, tylko taką jaką znamy w Polsce pod nazwą "sałatka", czyli gotowane warzywa z groszkiem pomieszane z majonezem. Brytyjczycy zdziwili się tylko, ale jedli aż im sie uszy trzęsły. Chłop już tę potrawę znał, więc się nie zdziwił. Oczywiście na stole, obok Rossijskiego Szamapańskojego - kieliszek wódki dla każdego. I oczywiście, tak jak wczoraj, część gości nie chciała, to Chłop poczęstował siebie i mnie, a wódka była dobra, łagodna i zimniutka. Na danie główne dostaliśmy przepyszny Stroganoff, a na deser jabłecznik. Po obiedzie okazało się, że nie tylko Chłop miał pomysł z wódką, bo w toalecie spotkałam panią chińskiego pochodzenia z naszej grupy, która chichotała i oznajmiała wszystkim po kolei konspiracyjnym szeptem że "ona wódkę piła, po raz pierwszy w życiu!" Wesoło było!
Poszliśmy do autokaru, ale jak zwykle, połowa wycieczki była jeszcze w restauracji, więc szepnęłam do Chłopa, żebyśmy wyszli i poczekali sobie na zewnątrz. A jak wyszliśmy, to poszliśmy sobie zobaczyć, co jest tuż za rogiem. A tuż za rogiem, Proszę Państwa, był SKLEP! Przypomnę, że jako wycieczka zorganizowana z grupową wizą, nie mieliśmy pozwolenia na łażenie sobie samopas po mieście, więc siłą rzeczy nie mogliśmy wejść do żadnego sklepu, zresztą żadnego sklepu w pobliżu naszej trasy nie było. Więc jak zobaczyłam tem mini-supermarket o szumnej nazwie "Real", od razu zarządziłam wstęp. Obiecałam bowiem synowi flaszkę zwykłej ruskiej wódki, a i sama chciałam spróbować tego specjału, z poza tym skończył nam się sok jabłkowy do Żubrówki, którą kupiliśmy w gdańskiej Biedronce. Więc, wpadliśmy do sklepu, szybko znaleźliśmy półkę z wódkami... Ojacie! Szczęka mi spadła a Chłopu jeszcze bardziej. Okej, butelki tylko półlitrowe, ale taka, jaką widzieliśmy na statku za dwadzieścia funtów, kosztowała 360 rubli, czyli jakieś 4 funty. Kupiliśmy sobie, wydawało się, lepszą butelkę za rubli 380, a synowi wcale nie najtańszą, ale chyba popularną, bo w promocji kosztowała 240 rubli. Wódka w Rosji, Mili Moi, o połowę jeszcze taniej niż w Polsce, a w Polsce jest bardzo tania. To się nie ma co dziwić, że Rosjanie tak piją. 
Przy kasie pani zapytała, czy chcemy torbę. Ja że nie. Ale ona dalej pyta czy chcemy torbę, no to rozdziawiłam gębę i kręcę głową. Druga pani mówi do tej pierwszej: "Ani inastrańce, nie panimajut". No dobra, zapłacilim te sześć funtów za dwie butelki wódki, dwa soki i coca-colę i z kopyta ruszyliśy do autobusu, gdzie cała wycieczka już na nas czekała, a przewodniczka nerwowo dopalała papierosa. Nikomu się nie pochwaliliśmy :-) Wsiedliśmy i pojechali. Poniżej kilka zdjęć z autokaru.

Takiego znaku nie widziałam nigdzie indziej, okulary!



W tym momencie proszę, żebyście zwrócili uwagę na niebo. Bo to co się działo tamtego dnia w St Petersburgu, to była niesamowita mieszanka wszystkiego, co na niebie dziać się może. Mijamy Plac Pałacowy (Dworcowaja Płoszczad, Дворцовая Площадь) - plac położony w samym centrum Petersburga. Miały tu miejsce wydarzenia o światowym znaczeniu: krwawa niedziela w 1905 roku oraz rewolucja październikowa w 1917 roku. Na samym środku placu Kolumna Aleksandrowska. W bezpośrednim sąsiedztwie znajduje się Pałac Zimowy oraz gmach Sztabu Generalnego, pośrodku którego znajduje się łuk triumfalny sławiący (podobnie jak Kolumna) zwycięstwo wojsk rosyjskich nad Napoleonem w 1812 roku. No niestety, z powodu napiętego grafika, niektóre miejsca możemy zwiedzić tylko przez szybę autokaru.



Przejeżdżamy przez miasto, na niebie dzieją sie rzeczy niesłychane, a my zbliżamy się do następnego celu naszej wędrówki - Twierdzy Pietropawłowskiej, ze słynnym Soborem Świętych Piotra i Pawła.


Niestety, gdy parkowaliśmy przed twierdzą, otworzyło się niebo i zaczęto z góry rzucać piorunami. Na szczęście żaden w nas nie trafił, ale ulice niemal natychmiast spłynęły potokami. Przeczekaliśmy chwilę, żeby minęła największa ulewa, ale w końcu przewodniczka podjęła wspaniałomyślną decyzję, że szkoda czasu i kto chce niech idzie, a kto chce niech siedzi w autokarze. Nikt nie został. 
Jednak zanim wyszliśmy z Chłopem, ujrzałam przez okno coś, co sprawiło że o mało bym nie została, bo prawie się posikałam ze śmiechu. A musiałam śmiać się ukradkiem, bo nie wszystkim było wesoło, a szczególnie panu, który (jak w tym filmiku na YouTubie) uznał, że kamień stojący na kałuży może z powodzeniem posłużyć za mostek, po czym kamyk się usunął, a pan tak jak stał, całą długością swego prawie dwumetrowego człowieka, runął na wznak do wody razem z głową :-)
Na szczęście żona była zapobiegliwa i zabrała ciuchy na przebranie. Ale co się pośmiałam to moje.

Po tym małym incydence, wciąż w deszczu, przedarliśmy się wśród tłumu do twierdzy, gdzie postaliśmy chwilę pod murkiem żeby przeczekać kolejną nawałnicę. W międzyczasie przejeżdżał wielką czarną wołgą jakiś Bardzo Wielki Generał, tak wielki, że oprócz przedniej szyby wszystkie inne były zaciemnione i towarzyszyły mu dwa inne samochody pene ochroniarzy. Mieliśmy nadzieję że to Putin, ale powiedziano nam że raczej nie.  Udawał się do Twierdzy na obchody  Święta Marynarki, o którym już pisałam. 

A poniżej, zdjęcie Katedry Świętych Piotra i Pawła w strugach deszczu, dlatego pusto na placu, co było raczej wyjątkowym zjawiskiem. 


Cerkiew ta, założona oczywiście przez cara Piotra Pierwszego, była pierwszą świątynią prawosławną w nowo budowanej stolicy Rosji, a zarazem pierwszą znaczącą budowlą St Petersburga. Car zażyczył sobie, że dzwonnica ma być wyższa niż dzwonnica Iwana Wielkiego na moskiewskim Kremlu.  Kościół od momentu powstania uważany był za najważniejszą wojskową świątynię w Rosji.  

Niezwykle trudno było mi uchwycić prawdziwą kolorystykę wnętrza, która jest w delikatnych żółto-zielonych odcieniach, z bogatymi złoceniami. Nigdy wcześniej nie byłam w prawosławnej cerkwi, więc byłam zachwycona i maniakalnie fotografowałam co tylko się dało. 



Wspaniała mównica, rzecz raczej nie bardzo spotykana w ortodoksyjnym kościele.



Ołtarz główny




I wspaniałe, unikatowe ikonostazy. 





W cerkwi znajdują się groby wszystkich carów rosyjskich począwszy od piotra I, za wyjątkiem jego wnuka Piotra II oraz Iwana VI, który był ostatnim męskim potomkiem rodu Romanowów. A wiecie, że w ciągu całej historii Rosji panowały tylko dwie dynastie? 


Groby Katarzyny II Wielkiej, Piotra III i Piotra I Wielkiego. Jak już pisałam, tylko dwoje władców zostało zaszczycone oficjalnym przydomkiem Wielki. 


A to Grób Piotra I, założyciela Petersburga, wielkiego cara i reformatora, imperatora i Cesarza Wszechrosji. Piotr był rzeczywiście wielki, miał 203 cm wzrostu, a po jego śmierci złożono go w trumnie tak okazałej, że nie zmieściła się w drzwi pałacu. Piszę to, bo nigdzie się nie spotkałam z czymś takim, może gdybym była ostatnio na Wawelu, to widziałabym podobne obrazki, z tym że tam to raczej groteska, natomiast w Pietropawłowsku jest to bardzo szczere i przejmujące. Pielgrzymki do grobu cara. Starsze Rosjanki i Rosjanie, cisnący się w tłumie (jakby nie mogli stworzyć kolejki), aby tylko podejść, przeżegnać się i dotknąć katafalku Piotra Pierwszego. Widać to spełnienie na twarzach, skupienie jak do modlitwy. Oni go muszą tam naprawdę szanować i wielbić. Ja musiałam odczekać swoje i być naprawdę szybka, żeby Wam zrobić to zjęcie.


Podobnie jest tłumnie jest tutaj, choć raczej z innych względów. Groby ostatnich Romanowów, zamordowanych cichaczem w Jekaterynburgu w 1918 roku znajduja się w specjalnej kaplicy. Pochowani zostali razem 17 lipca 1998 roku, w 80 rocznicę popełnionej zbrodni. Zwłoki Mikołaja II, cesarzowej Aleksandry i trzech ich córek, wielkich księżnych Olgi, Tatiany i Anastazji, a także czterech dworzan, którzy dobrowolnie towarzyszyli Romanowym na zesłaniu. Groby przeznaczone dla Marii i Aleksego pozostały puste, bo historykom nie udało się wówczas natrafić na ich prochy. Dopiero w lipcu 2007 r. udało się odnaleźć szczątki, a właściwie fragmenty kości o wadze około 60 gramów, zaledwie 70 m od miejsca, gdzie w 1991 r. znaleziono Mikołaja, Aleksandrę i trzy wielkie księżne. Prokuratura Federacji Rosyjskiej wznowiła śledztwo w sprawie zabójstwa Romanowów zawieszone w 1998 r. Ustalono, że kości należą do młodej kobiety w wieku 17–20 lat (w chwili śmierci Maria miała 19 lat) i 12–14-letniego chłopca (Aleksy miał prawie 14). Pierwotnie ich pogrzeb mial się odbyć w 2015 roku, jednak Cerkiew Rosyjska zażądała dodatkowych badań DNA, które trwają do dzisiaj.

A tuż obok kaplicy Romanowów taki widok... Wybaczcie, że tak niewyraźnie.


Wśród 41 grobowców królewskich (wśród nich grobowce carskich dzieci i wnuków), tylko dwa różnią się od pozostałych - grobowiec Aleksandra II (tego, który był również Królem Polski w czasie zaborów) i jego małżonki Marii Fiodorownej. 


Zawsze odczuwam wielką zadumę w takich miejscach. Niby nie cmentarz to, a jednak leżą tu najwięksi przedstawiciele narodu. I jak tak sobie teraz przeglądam różne informacje, to ze zdumieniem zauważam, że władcy Rosyjscy byli naprawdę wielcy, jeśli chodzi o wzrost. 


Z Cerkwi Piotra i Pawła udaliśmy się na dalsze zwiedzanie miasta. Zwiedzanie polegało głównie na tym, że zatrzymywaliśmy się w kluczowych (dla przewodniczki) miejscach, wychodziliśmy z autokaru i robiliśmy szybkie zdjęcia. W pewnym miejscu niemal zmusiłam przewodniczkę do zatrzymania, bo jedyna z całego autokaru wiedziałam co to jest i dlaczego. Krążownik Aurora. 


I kilka innych ujęć z autokaru.


Pola Marsowe.



Ciągle padał deszcz, ale nie przeszkodziło nam to w obejrzeniu z zewnątrz jednej z najbardziej charakterystycznych budowli St Petersburga, przecudownego Kościoła Zbawiciela, czyli Na Krwi. Nie wyobrażam sobie być w tym mieście i nie widzieć Cerkwi Na Krwi. Oczywiście, niestety, nie było nam dane wejść do środka. Ale rozumiem, w tym krótkim czasie jaki mieliśmy, nie jest możliwe zobaczyć niczego dokładnie. Jestem wdzięczna, że widziałam to co widziałam, bo tego się nie da odzobaczyć.




Cerkiew została zbudowana w miejscu, gdzie śmiertelnie zraniono cara Aleksandra II. W zasadzie jest to Kościół Zmartwychwstania Pańskiego, ale Rosjanie nazywają go po prostu Na Krwi.
Architektonicznie to jest po prostu cudo, podobne do Katedry Świętego Bazyla w Moskwie. W środku jest około 7500 metrów kwadratowych mozaiki, więcej niż gdziekolwiek indziej na świecie. W czasie Rewolucji Październikowej poważnie zniszczony i zrabowany, nastęnie zamieniony na magazyn żywności, a podczas II Wojny Światowej na kostnicę. W latach siedemdziesiątych Sowieci chcieli zburzyć kościół, ponieważ według nich nie miał żadnej wartości architektoniczno-historycznej (!) Podobno nawet założono już ładunki wybuchowe, jednak mieszkańcy zjednoczyli się przeciwko decyzji władz i zamknęli w środku w celu obrony zabytku. Zaskoczone władze ustąpiły i kościół można podziwiać do dzisiaj. Nie jest jednak miejscem kultu.


 I jeszcze kilka obrazków z miasta.


Pani przewodniczka obiecała, że będziemy mogli zrobić zakupy w bardzo dobrym sklepie. I oto, do czego nas zaprowadzono. Myślałam, że mnie zczyści. No ale czego się można było spodziewać, wycieczka pełna zagranicznych turystów bez indywidualnej wizy. Specjalny sklep dla takich jak my. Ruskie bańki wstańki i matrioszki. Można się było napić "wspaniałej" herbaty i kawy z automatu. 


Współturyści udali się więc "na zakupy", a co zrobiliśmy my? Nawialiśmy :-) Całą godzinę mieliśmy spędzić w jakimś szemranym sklepie, gdy tyle piękna tuż za rogiem? Nigdy!


Centralna Sala Wystaw


Biblioteka Publiczna im. Borysa Jelcyna


A najważniejsze To!
Miednyj Wsadnik, czyli Miedziany Jeździec.


Pomnik wystawiony Piotrowi Pierwszemu przez Carycę Katarzynę, pod wpływem dzieła Puszkina.


I widok na Świątynię Świętego Izaaka.



I sama katedra, od tyłu jak się okazało :-)


A potem pędem biegliśmy do autobusu, bo cała wycieczka już zrobiła zakupy w tym durnym sklepie z bryloczkami i czeklai tylko na nas. Jak zwykle zresztą. I pojechaliśmy... zobaczyć Katedrę Świętego Izaaka :-)


Największa świątynia w St Petersburgu, czwarta pod względem wielkości na świecie. Wybudowana przez Cara Aleksandra I, pomimo swego ogromu na wielką nie wygląda. Dopiero jak się podejdzie bliżej i zobaczy tych małych ludzików na wieżyczkach, widać jak monumentalna to katedra. Za wiele nam przewodniczka nie opowiedziała, ot tyle, że jest to druga świątynia w Rosji i że kopuła pokryta jest 100 kilogramami czystego złota. Podczas bombardowań wojennych zamalowano kopułę szarą farbą, aby nie była widoczna z powietrza. Dlatego też nie została zniszczona. Po upadku komunizmu częśc świątyni zistała oddana wienym do użytku, ale w nawie głównej nabożeństwa oidbywają się bardzo wyjątkowo. Sobór św. Izaaka stanowi aktualnie jedną z największych atrakcji turystycznych Petersburga. Poza swoją imponującą wielkością i bogatym wystrojem architektonicznym, dysponuje jednocześnie jednym z najlepszych punktów widokowych w mieście – na szczycie znajduje się taras widokowy. Kolejka do kościoła jest ogromna. 


Pomnik na Placu Świętego Izaaka



Wydawało mi się, że coś ma na głowie...


A to taki kapelusz :-)


I jeszcze kilka zdjęć z miasta



Widok na Plac Pałacowy kilka godzin później (na początku było zdjęcie tego samego placu)


I statki na Newie


I most na Newie


I rzeka Newa




Widok na pałac Zimowy


To był nasz ostatni przystanek w St Petersburgu. Przykro, że tak krótko, ale staraliśmy się zaczerpnąć tyle ile się dało a nawet więcej. 



Pomimo protestów przewodniczki (była już piąta po południu, a o szóstej trzydzieści mieliśmy odpływać) odbyliśmy spacer wzdłuż promenady nad Newą. Tak żal było odjeżdżać...


A jak odcumowaliśmy, niebo zwariowało ponownie. Z jednej strony taki widok...



... a z drugiej taki.


Błyskawice rozrywały niebo raz po raz, nad nami jednak ciągle świeciło słońce. W dali widzimy najwyższy budynek St Petersburga i chyba Rosji - nie wkończony jeszcze biurowiec Gazpromu.




I tyle. Do zobaczenia Rosjo!