wtorek, 16 lutego 2016

A po powrocie...

Nie powiem że powrót do pracy po chorobie był rzeczą fantastyczną, ale nie powiem też że był okropny. Nawet jakoś tak mi się szybko zebrało z samego rana, pewnie dlatego że śniadania nie jadłam, bo po prostu nie miałam ochoty. Do mnie to nie za bardzo podobne, bo ja jeść lubię, a wczoraj dopiero około trzynastej zmusiłam się do lunczu, wcale nie z głodu, a w domu zjadłam tylko odrobinkę kaszy z gulaszem z jelenia i garść orzechów. Dziś rano nawet czułam głód, ale jak otworzyłam lodówkę to NIC do mnie nie przemawiało. A lodówka pełna różnych różności. Wmusiłam w siebie jogurt rabarbarowy. Jak tak dalej pójdzie to w końcu dojdę do wymarzonego rozmiaru, znaczy pomieszczę się we wszystkie ciuchy bez efektu balerona. Dowiedziałam się że brak apetytu to efekt choroby ale muszę coś jeść żeby mieć siły na całkowite wydobrzenie więc będę próbować, ale na razie jak widzę to mi wystarczy do życia sok z buraka. Rzadki to efekt dla mnie, naprawdę rzadki, ostatni raz nie miałam apetytu jak byłam w ciąży. Czyli dawno.
No ale co to ja chciałam?
Po powrocie do pracy, oprócz sterty listów i tysiąca emaili czekało na mnie czekoladowe jajko Lindt od Stefki, które skonsumowałam na lunch oraz nowy wzór kubka z kawą:


Oraz to:


He he, to nie jest Walentynka od Tajemniczego Wielbiciela. Dostałam ją od Dzieci. Nie swoich dzieci, moje nie dają, tylko biorą. 
Przed zachorowaniem koleżanka, która po pracy zajmuje się zajęciami plastyczno-technicznymi dla dzieciaków lat pięć, szukała kogoś do pomocy przy maskach karnawałowych. Dzieciaki miały bowiem w programie na wieczór robienie masek i potem bal maskowy. "Robienie" miało polegać na jako takim wycięciu ich z kartki papieru, pokolorowaniu i przyklejeniu patyczka do trzymania. Maski były w kształcie głowy małpy i głowy smoka. Moja pomoc była bardzo ważna bo chodziło o... oczy. Wiadomo że pięciolatkowi niezmiernie trudno jeszcze panować nad nożyczkami i wycinanie oczu w masce skończyłoby się różnie. A miało być przyjemnie. Więc się zgłosiłam i powycinałam dzieciakom te oczy w ilości pięćdziesiąt par. Pod koniec doszłam do takiej perfekcji że zajmowało mi to tylko krótką chwilkę. Ciach pach i już po oczach!
Za ciężką pracę dostałam pudełko ciastek których i tak nie mogę jeść bo jestem na próbnej diecie bezglutenowej oraz powyższą Walentynkę własnoręcznie przygotowaną przez dzieci na komputerze. Opłacało się mordować ;-)

5 komentarzy:

  1. Dzieciaki sa cudne i tak pieknie umieja dziekowac. Wzruszajace.
    Tylko czy one tak same z siebie, czy im "pani" kazala? .)))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja tam nie wiem. Pewnie im kazala :-)))

      Usuń
  2. Może i nauczyłabym się wycinać oczy błyskawicznie, wcześniej jednak musiałabym wyrżnąć w pień to stado potworów pod nazwą "dzieci"!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale ja te oczy wycinałam w swoim biurze, w godzinach pracy :-) Dzieciorów na oczy swoje nie widziałam.

      Usuń