poniedziałek, 30 listopada 2015

O rzeczach ostatecznych

Depresja dotyka każdego, a pora roku i coroczna presja świąteczna pomagają nawarstwiać się emocjom z których wiele z nich nie ma po prostu żadnej możliwości ujścia. Ja sobie sama zafundowałam stan depresyjny, bo podjęłam w końcu pewną decyzję, tak zwaną ostateczną i nie umiem sobie nijak z tym poradzić. Jestem przekonana o słuszności decyzji w stu procentach, ale świadomość tej ostateczności jest po prostu niemoralnie bolesna.
Chyba żeby się dobić, oglądałam wczoraj romansidło "It's complicated" z Meryl Streep i Alec Boldwin. Fajny film, główni bohaterowie to rozwiedziona para która nawiązuje romans, role doskonale zagrane przez świetnych aktorów ale ja nie o tym. Otóż w czasie nasiadówki z przyjaciółkami Meryl Streep mówi w pewnym momencie do jednej z nich: "Ty to masz najlepiej z nas, Twój przynajmniej zmarł i nie musisz się z nim widywać". O byłego męża chodziło oczywiście.
No i na tym właśnie polega różnica. Są rzeczy ostateczne jak śmierć i "ostateczne" jak na przykład rozwód czy rozstanie. Sama nie wiem która lepsza...
FrauBe, Ty mi tu od razu nie wyjeżdżaj z umoralnianiem bo na temat świetności rozwodu sobie już podyskutowałyśmy. No a ja nie o rozwodzie tylko o rozstaniu miałam. Wyobraźcie sobie że musicie się rozstać z kimś kogo bardzo kochacie, z kim jest Wam po prostu dobrze, z kim wiązaliście różne plany i nadzieje. No ale tak wyszło że musicie, żadne z Was nie może się pogodzić z tą decyzją ale jest ona raz podjęta i ostateczna, odwrotu nie ma. Jak w filmie "Divergent" jeśli ktoś oglądał.
Dla mnie to na razie ciężkie do uniesienia jest.
Czarne ubrania.
Czarne myśli.
Czarny świat.
Jestem w żałobie więc wybaczcie jeśli nie będę pisała przez jakiś czas. A może odwrotnie, wybaczcie że Was zamęczę postami. Ja sama nic już nie wiem. Znam mechanizm, wiem jak to wszystko działa, czas też ma jakieś znaczenie.
Czasie, spraw żebym nie umarła...

sobota, 28 listopada 2015

Always...

Wybaczcie. Dzisiaj tylko tyle.


piątek, 27 listopada 2015

Humor piątkowy

Zgodnie z wczorajszym nurtem, dziś będzie... nie, nie o czkawce, o NAUKOWCACH :-)
Zapraszam!


*****
Student zaczepia profesora na korytarzu uniwersytetu:
- Pan wybaczy, panie profesorze, czy można jedno pytanie?
- Ależ naturalnie, młody człowieku, po to tu jesteśmy!
- Panie profesorze, czy pan śpi z brodą pod kołdrą, czy na kołdrze?
- Hmmm, nigdy się nad tym nie zastanawiałem.
- No trudno, dziękuję, przepraszam.
Po tygodniu student znów natyka się na profesora. Profesor wycieńczony, twarz ziemista, ciemne kręgi pod oczami. Ujrzawszy studenta ryknął:
- A bodaj pana pokręciło, łajdaku! Od tygodnia spać nie mogę - i tak źle, i tak niewygodnie!


*****
Pewnego razu grupa naukowców postanowiła wypróbować nową szczepionkę na kurach. Po jakimś czasie pojawił się raport naukowców:
"W jednej trzeciej przypadków szczepionka okazała się skuteczna. W jednej trzeciej przypadków szczepionka okazała się nieskuteczna. W jednej trzeciej przypadków nie można stwierdzić, czy szczepionka okazała się skuteczna, ponieważ kura uciekła"


*****
Przychodzi Pierre Curie do Marii i mówi:
- Kochanie, ależ dziś promieniejesz!
- Jestem taka uradowana...


*****
Trzech gości obserwuje dom. W pewnym momencie do domu wchodzą dwie osoby. Za pół godziny wychodzą trzy.
Biolog mowi: Rozmnożyli się.
Fizyk: Nie, to błąd pomiaru.
Matematyk: Jak do środka wejdzie jeszcze jedna to dom będzie pusty...


*****
Zespół naukowców badał kameleona. Postawili zatem zwierzę na czerwonym kawałku materiału - w mgnieniu oka kameleon stał się czerwony.
Następnie, naukowcy postawili kameleona na żółtym kawałku materiału - kameleon stał się żółty. Podobne testy przeprowadzono dla materiałów o różnych kolorach - zielonym, niebieskim, brązowym. Na koniec eksperymentu naukowcy rozsypali kolorowe konfetti i postawili na nim kameleona. Ku zdziwieniu naukowców kameleon westchnął ciężko, odwrócił łeb w ich stronę i powiedział:
- Weźcie wy się wszyscy od****dolcie...


*****
Tajne laboratorium. Rozmowa dwóch doktorów.
- Ty, niezła mi wyszła ta ostatnia partia amfy...
- Tak? Po czym poznajesz?
- A, obsypało mi się trochę na kuwetę z ślimakami.
- I co? Gdzie one są?
- Nie wiem, biegają tu gdzieś..


Miłego weekendu!


Skopiowano ze strony:http://potworek.com/dowcipy- potwornie dobre dowcipy!

czwartek, 26 listopada 2015

O czkawce naukowo conieco

Zapewne z powodu braku piątkowego humoru w zeszłym tygodniu, w tym zamęczam Was codziennymi wpisami na tematy różniste. Dzisiaj będzie o czymś czego u mnie jeszcze nie było. O czkawce.
W młodzieńczych czasach miałam bardzo częste czkawki. Niemal codziennie w szkole po przerwie, kiedy ustawialiśmy się w kolejce do klasy. Często po przestraszeniu się, zmarznięciu, zaksztuszeniu, no w różnych różnistych sytuacjach. Co ja się nawyprawiałam żeby zniknęła! Straszenie przez koleżanki czasami pomagało, czasami nie, picie wody, wstrzymywanie oddechu, skakanie. Nawet obietnica czekolady. Wiecie, w latach osiemdziesiątych to był rarytas i w dodatku na kartki. Więc jak się usłyszało: jak jeszcze raz czkniesz to dam ci całą czekoladę to zazwyczaj pomagało. Niekiedy pomagało też zwykłe wejście nauczyciela do klasy.
A czym tak naprawdę jest czkawka?
Czkawka to nic innego jak rytmicznie powtarzające się, mimowolne skurcze przepony i mięśni oddechowych klatki piersiowej, wywołujące charakterystyczny odgłos. Czkawka występuje powszechnie, zwykle po pewnym czasie samoistnie ustępuje i nie stanowi poważnej dolegliwości.
Przyczyną w większości przypadków jest szybkie lub nadmierne przepełnienie żołądka.
Sposoby na czkawkę są rozmaite. Głównym celem jest oczywiście rozluźnienie przepony, a generalnie chodzi o dwa zasadnicze sposoby. Pierwszym z nich jest stymulacja nerwu błędnego innym, silniejszym impulsem. „Powiadomi” on wówczas mózg, że pojawiły się nowe, ważniejsze okoliczności, więc czas przestać zajmować się czkawką (uciskanie różnych miejsc na ciele, ssanie kostki cukru, przełykanie śliny, wystawianie języka, picie wody małymi łyczkami, przestraszenie się). Inne sposoby związane są z odpowiednim oddechem, a raczej z jego brakiem (wstrzymywanie oddechu, oddychanie przez papierową torbę). Zwiększenie ilości dwutlenku węgla we krwi prawdopodobnie sprawia, że organizm za zasadniczy cel stawia sobie usunięcie dwutlenku węgla, niż kontynuowanie czkawki . 

Skąd ten temat? Otóż wracając w niedzielę z Glasgow usłyszałam w radiu nagranie tego co jest na poniższym filmiku:


Biedny chłopczyk, ale poradził sobie dzielnie!
A jako że w samochodzie jechałam z nikim innym a naukowcem chemikiem, z podwójnym doktoratem, zajmującym się farmacją, oczywiście wywiązała się dyskusja na temat, czego główną treść przytoczyłam powyżej. Ale... Najważniejsze jest zawsze na końcu :-)
Uwaga uwaga! To jest coś czego w książkach nie wyczytacie a wątpię że w całym internecie. Otóż ów kolega powiedział coś w co trudno mi było uwierzyć, ale działa, bo już zdążyłam sprawdzić. 
Więc co robicie z czkawką? Na pewno stosujecie jeden z przytoczonych sposobów, plus jakieś może jeszcze inne. A po co to wszystko? Oczywiście w celu rozluźnienia przepony. A co sprawia że ona się rozluźnia? Czym są te wszystkie sposoby? Oczywiście odwróceniem uwagi mózgu od tego co się dzieje i zajęcie się czymś innym. Już to napisałam. Jak się okazuje, wcale nie musimy się katować wstrzymywaniem oddechu i innymi akrobacjami. Dwa najlepsze sposoby to: 
1. Kazać osobie czkającej, lub samemu sobie, wymienić pięć łysych osób (no dobra, mogą być osoby w okularach, słynni aktorzy, zespoły rockowe, koty Za Gosi Drzwiami). Mózg zajmując się czym innym momentalnie zapomina o czkawce.
2. Zadać osobie czkającej (lub sobie samemu) pytanie jakiego koloru jest trawa. Otóż słowo "zielony" ma jakiś tajemniczy wpływ na komórki mózgowe odpowiedzialne za czkanie i samo pomyślenie sobie o kolorze zielonym powoduje że czkawka momentalnie ustaje. Oczywiście będąc osobą dociekliwą zadałam pytanie czy "green" działa też po polsku. Nie chodzi o słowo, chodzi o wyobrażenie koloru.

Wypada teraz Wam wszystkim życzyć owocnej czkawki. Polecam wypróbować dwa powyższe sposoby i nie zapomnijcie podzielić się ze mną komentarzem czy działają. 



środa, 25 listopada 2015

O rocznicach

Im człowiek robi się starszy tym przybywa różnych rocznic, niestety najczęściej tych smutnych.
Na początku są fajne rocznice, skończenia szkoły, studiów, pierwszego pocałunku, rocznica bycia razem, potem ślubu. Kolejne urodziny, dzieci, rocznice ślubu rodziców, kupna domu, przeprowadzki... I tak to wszystko ładnie przebiega aż do momentu kiedy zaczną przybywać te złe momenty. Śmierć. Rozstanie. Rozwód. Choroba.
Myślę że faceci mają łatwiej, bo oni to potrafią zapomnieć o dacie urodzin własnych dzieci. My kobiety mamy większą pamięć do szczegółów i jakoś tak, nie wiem dlaczego, wszystkie kluczowe daty trzymają się mojej pamięci i nie chcą odejść. A potem robią się z tego rocznice. Nie żebym je jakoś obchodziła brońbuk ale zawsze gdzies tam w odpowiedniej szufladce siedzą i w odpowiednim momencie wyłażą. A potem nic tylko smutek, żal, stres, będę sprawiedliwa i uśmiech czasami też się pojawia. Na przykład teraz, kiedy przypomniałam sobie że tydzień temu była trzecia rocznica zamieszkania Migusi z nami. Jaka ona była śmieszna, jaka mała! I taka pozostała do dzisiaj, i śmieszna i mała.
Tak sobie myślę, chyba nie będę już nigdy świętować żadnych rocznic, poza nielicznymi urodzinami. No bo jakie wydarzenia mam świętować? Dzień w którym zrozumiałam że moje małżeństwo jest już skończone? Rocznicy ślubu już nie będzie, no chyba że rocznicę rozwodu :-) Mogę jeszcze rocznicę zakupu motoru, pierwszej jazdy na motorze, albo kupna pierwszych spodni skórzanych na motor (o, to było wczoraj!). A w ogóle to w cholerę z rocznicami! Pamięć tylko zagracają i tyle.


wtorek, 24 listopada 2015

Post o ortografii

Wjecie rze jako dźecko a nawet puziniej, co ja gadam, pszes całom szkołe i nawet na stódjah tesz ńigdy ńe zrobiuam rzadnego buendu ortograwjicznego? To znaczy zrobiuam jeden, byuo to f czfartei klaśe szkouy potstawowei a wyras to był huligan. No tag go napisauam i okazauo śe rze to zile. Bo powino byci pszes ceha. A z kont ja mogułam to wjedźeci jag ńigydy tego wyrazó f kśonszce ńe widźauam fczesińei? Ńigdy potę ńe poftóżyuam tego fstydó, jakjego śe ftedy naiaduam. Pańi ot polskjego byua bardzo zawjedźona rze móśaua postawici mi czfurke s dygdanta.
Ofszem, f czaśe licełóm i puziniei na stódjah mjelisimy rozmajte cificzenja ortograwjiczne, z ogulnopolskim dyktantę wuoncznje i natenczas śe jakjesi buendy robiuo, bo to nje dla normalnyh ludźi pszeciesz iest, kto widźau hodź ras na oczy ten wje rze te wyrazy nawet nje istnjejom. No zobaczće tutai.
A po co ten tegzt? Bo fczorai na fejzbókó zobaczyuam jakiź test na znaiomoźdź ortograwji i s powodu pszypatkowego klikńeńća na ekran kompóter powjedźau mi rze njestety ńe jestę doskonaua! No prorze panistfa, ale to jezt nendzyna prowokacia no bo ile buenduf morzna zrobici f iednym zdańu? No ile?
Te kilka lińiiek pisauam pszes iakjesi puł godźny alybo i durzej. Njestety obawjam śe rze tyle samo beńdźeće to czytaci ze zromumnjenjem. Ortograwja polzka jezt straszyna.

P.S. Jakosici njekturyh wyrazuf szczegulnje f ostatńm zdanjó pozozdawja wjele do rzyczeńa ale tródno iezt zrobici buont f suowje "polska" ;-)

poniedziałek, 23 listopada 2015

Stęskniliście się?

No więc tak. Nie było piątkowego humoru, nie było nic także w sobotę, ani w niedzielę. Już się zaczęły pojawiać stęsknione głosy na blogu i fejzbuku. Trzeba mi się wytłumaczyć.
Otóż nie miałam czasu na bloga!
W Glasgow odbywał się bowiem coroczny badmintonowy turniej Grand Prix, a ja jako członek klubu mam darmowy bilet na całą imprezę, więc trzy dni spędziłam w Emirates Arena podziwiając młodych zawodników. Codziennie trza było rano wstać i późno wrócić, do Glasgow prawie 1,5 godziny drogi a jeszcze w chałupie co nieco ogarnąć tak że niestety, ale blog musiał poczekać.
Mam nadzieję że mi wybaczycie brak cotygodniowej porcji rozrywki. W zamian za to - zagadka.
Bawiliśmy się z kolegą we "flagi". Jak w większości wielkich sportowych obiektów w hali wisiały flagi wielu państw. Dla nas, nieco starszej daty, niektóre z nich okazały się lekko problematyczne, bo na przykład flagi krajów bałkańskich wiele się nie różnią. Ale co dwie głowy to nie jedna, poradziliśmy sobie doskonale. Niestety, problem pozostał z jedną flagą. Na zdjęciu poniżej, już prawdopodobnie domyślacie się z którą :-)

No i zagadka - co to za flaga, ta pośrodku, między Bułgarią a Chorwacją? Uwaga! Spośród prawidłowych odpowiedzi wylosujemy jedną. Dla zwycięzcy będzie nagroda. Nie wymagam podawania linków na swoich blogach, wystarczy że zamieścicie odpowiedź w komentarzu.

No to - do wujka Gugla! I powodzenia!


czwartek, 19 listopada 2015

Znowu o uroku, sraczce i... kawałku ciasta

Tak jest Proszę Państwa! Urok goni urok a ciągła sraczka przynosi więcej pecha.
Żeby nie było końca problemom motoryzacyjnym, no bo przecież wiadomo że najlepiej kupić dziecku motor na osiemnastkę to nie będzie miało kasy na narkotyki i alkohol, a kupić sobie samochód to tak jak zrobić sobie dodatkowe dziecko. No więc to dodatkowe dziecko zabrałam wczoraj do lekarza wyleczyć mu przednią lewą łapkę bo coś mi się w jej stanie nie podobało. Odkąd wymieniłam tę cholerną oponę w ubiegłym roku, musiałam ją co jakiś czas dopompowywać bo schodziło z niej więcej powietrza niż z innych. Zawsze było to kilka barów, nie więcej. Ale jak pojechałam na stację benzynową we wtorek aby przy okazji dopompować koła, to mnie nagły vqrv złapał bo ciśnienie było zaledwie 18 barów, z zalecanych 34. Połowa powietrza się ulotniła! Pomyślałam, muszę mieć przeciek, pojadę jutro niech sprawdzą. Nawet sobie taki specjalny kupon wydrukowałam na darmową naprawę opony.
Jutro było wczoraj. Zajeżdżam więc wczoraj do warsztatu, mówię co i jak żeby sprawdzili. Usiadłam w poczekalni, czekam. Pan puka w szybke i woła mnie. Pokazuje oponę i mówi że on żadnej dziury w niej nie widzi, ale... cholera jedna jest cała zużyta i z regulaminowych 1,6 milimetra zostało 1,6 milimetra czyli samochód nie przeszedłby następnego przeglądu, który mam za miesiąc. W dodatku druga przednia opona taka sama. Wyraziłam najszczersze zdumienie bo prawa opona była oryginalna i miała już trzy lata to miała prawo się trochę zużyć, ale lewa miała zaledwie rok. Pech jak nic! Ha ha, a właśnie że g**no prawda. Najtańszą oponę kupiłam jak mi stara strzeliła, ot co! To się starła, tak to jest jak się najtańsze kupuje.
Po błyskawicznej kalkulacji zysków i strat (głównie strat bo zyski to zupełnie niematerialne są) postanowiłam wymienić obie opony na nowe, raczej wyżej budżetowe, ale za to takie że kup 1 dostaniesz 1 gratis. Co i tak wyniosło mnie więcej niż obie opony do motoru razem wzięte a wiadomo że opony do motoru raczej tanie nie są. No ale - idzie zima, będzie ślisko, opon zimowych się u nas nie praktykuje a bezpieczeństwo najważniejsze. W dodatku i tak bym musiała wymienić bo przeglądu by nie przeszedł. Jeszcze serwis mnie czeka, na to to nawet mój debet nie wystarczy, Jestem oficjalnie bardziej niż spłukana już miesiąc przed świętami. Buuuuuu......

Ale żeby nie było że tylko siedzę i płaczę. Wczoraj wieczorem uśmiałam się i to po same pachy. Byłam bowiem na comiesięcznym spotkaniu Klubu Motorowego Tylko Dla Pań, spędziłam cudowny wieczór w towarzystwie odjechanych babek, a gwoździem wieczoru było ciasto, które zamówiła sobie jedna z koleżanek. Jej mina mówi sama za siebie :-)

Takiego ogromnego kawałka ciasta nie widziałam nigdy w życiu, ona zresztą też nie. Od razu przypomniał mi się film Asterix i Obelix, bo to porcja dla Obelixa chyba była! Dziewczyna nie była w stanie zjeść nawet jednej dziesiątej z tego gigantycznego kawałka, co więcej, nie dał mu rady cały stół! Musze tu usprawiedliwić stół, byłyśmy wszystkie już po sutej kolacji :-)
I na koniec, zdjęcie dowodowe roześmianego towarzystwa. Mamy tu policjantkę, neurochirurga, artystke rzeźbiarza, farmerkę, instruktorke jazdy, kierowcę rajdową, kilka businesswomen no i mnie :-)


One już mają porządne motory. Ja sobie jeszcze musze poczekać... A z takim wsparciem jakie mam - na pewno dam radę!

wtorek, 17 listopada 2015

Post o pechu czyli koniuntura napędza się sama

Od zawsze byłam pozytywną realistką, wierzącą w sny, horoskopy  i czarne koty przebiegające drogę. Czarne koty mi już zdecydowanie przeszły, horoskopy zodiakalne stanowią dla mnie ciekawy materiał do analizy porównawczej, a sny... cóż, realistycznie biorąc coś w tym jest, bo przecież tak naprawdę nikt nie wie czym są marzenia senne i skąd się biorą. Ale ja nie o tym.
Pech, karma, koincydencja... Wszystko to są jakieś zdarzenia wynikające z czegoś. Przez całe życie coś się wokół nas dzieje, na niektóre rzeczy mamy wpływ, a na inne nie. Czasami coś nam nie wychodzi, mówimy wtedy że mamy pecha. A jak jest naprawdę?...
Grałam kiedyś w hokeja na trawie, na dość wysokim poziomie. Widziałam wiele kontuzji na boisku, jakoś szczęśliwie poza poobijanymi czasami piszczelami nicpoważnego mi się nie stało. Nie mogła tak powiedzieć koleżanka z zespołu która straciła połowę zęba bo została uderzona laską prosto w twarz. Miała pecha? Hm... Podeszła za blisko, nie usunęła się w porę, była za mało doświadczona, może nie zjadła odpowiedniego śniadania i mózg nie pracował jak należy. Ja bym powiedziała że miała szczęście bo straciła tylko połowę zęba a nie całego.
Nie zdałam kiedyś egzaminu na studiach. Miałam pecha bo dostałam pytania z tematu który jakoś ominęłam w przygotowaniach. Pech? Nie, własna głupota i lenistwo. Do poprawki nie podeszłam z powodu prozaicznego - wywróciłam się przed autobusem, było slisko, zima, autobus pojechał i nie dojechałam na egzamin. Pech? Nie. Po prostu wyszłam za późno, autobus zobaczyłam na przystanku z daleka i zaczęłam biec, a kiedy byłam już blisko pośliznęłam się i upadłam. Byłam w piątym miesiącu ciąży, przestraszyłam się, a że wpadłam w ciapę pośniegową byłam też cała brudna i mokra. Dodatkowo nikt z ludzi czekających koło przystanku nie drgnął nawet żeby mi pomóc, ot znieczulica. Ale cały ten ciąg zdarzeń miał jedną przyczynę - za późno wyszłam z domu bo się guzdrałam.
Rozwaliłam kiedyś oponę w samochodzie. Jechałam na randkę. Z randki nici a portfel uszczuplony. Pech? Nie, po prostu położyłam telefon na siedzeniu a nie na specjalnym stojaku i jak przyszedł sms to odruchowo sięgnęłam ręką po telefon, w tym samych czasie wykonałam minimalny ruch kierownicą, akurat przy wysepce dla pieszych, najechałam na wysepkę i koło pękło.
O swoich poczynaniach motocyklowych już pisałam, o ostatniej wpadce samochodowej też. Tak mi ostatnio ciągle chodzi po głowie co się tak naprawdę dzieje, od jakiegoś czasu prześladuje mnie ten sławetny pech, w którego przecież nie wierzę a chyba zacząć powinnam bo to jest po prostu niewiarygodne. Kłopoty ze zdrowiem nie wynikają przecież z jakiegoś nieracjonalnego pecha tylko mają jakąś głębszą przyczynę. A wszystkie pozostałe zdarzenia mogą mieć związek z kłopotami zdrowotnymi, bo człowiek rozkojarzony chodzi, czasami płaczliwy, a nawet jak jest czasami w euforii to też można jakąś głupotę popełnić przez nieuwagę. No więc dlaczego zdrowie szwankuje?
Hmmm... z różnych przyczyn że tak powiem, jako główną podaję stres. Przez tyle lat wydawałam się być odporna na stres, zawsze ostoja spokoju i opanowania, nerwy mi dopiero puszczały po zdarzeniu, co objawiało się nagłym, i to dosłownie nagłym, w ciągu kilku minut, osłabieniem ciała i bólami kończyn dolnych. O takich prozaicznych objawach jak drżenie rąk i bóle głowy to nawet nie wspominam bo to dotyczy każdego ale u mnie bardzo charakterystyczne były te bóle nóg od bioder w dół. Niezbyt przyjemna sprawa i na początku nie za bardzo kojarzyłam ale po głębszej obserwacji swojego ciąła stało się jasne że silne nerwy zawsze kończą się tym samym.
Od kilku lat stres zaczął mnie opanowywac coraz bardziej a ja żeby przeżyć musiałam udawać że go nie mam. Zaczęłam też się leczyć alkoholem. I wtedy zaczęły się pojawiać pierwsze symptomy buntu ciała. Pomału zmieniłam sposób odżywiania, odstawiłam alkohol, zmieniłam tryb życia na bardziej uporządkowany. Cóż, długotrwałe zaniedbania przyniosły jednak jakiś skutek i dlatego się męczę z różnymi świństwami które mi się trafiają ostatnio. Nie ma mowy o żadnym pechu, to wszystko to jeden samonapędzający się mechanizm, a przyczyna goni przyczynę.
Psychicznie cóż, też zaczęłam wysiadać. Życie po prostu zaczęło mnie przytłaczać, coraz więcej problemów niemożliwych do rozwiązania, coraz więcej przeszkód wydawałoby się nie do pokonania. No cóż, tutaj potrzebny był ktoś z zewnątrz. Pozwoliłam sobie na zmasowany atak sympatii i zrozumienia z wielu stron i nawet jak w pewnej mierze fałszywy to jakiś pozytywny skutek odczułam. A co mi w tym pomogło? Racjonalizacja właśnie. Próba wyjaśniania zdarzeń, tłumaczenia ich ze strony przyczynowo-skutkowej, tak jak to pokazałam na początku tego posta. Nie zamykanie się w bańce uprzedzeń i zabobonów, a otwarcie na rady i sugestie innych osób. Pozwoliło mi to w jakimś stopniu uporać się z wiecznym poczuciem winy i zaniedbania, które mnie od środka po prostu wyniszczały. Pani perfekcyjna nie jest już taka perfekcyjna i wcale być nie musi a jak się komuś nie podoba to niech się wynosi z mojego życia i naprawdę, wolę zostać sama jak palec niż z osobą zatruwającą mi życie bo nie spełniam czyichś oczekiwań.
Powiem Wam coś, piątek trzynastego i dwa dni po nim to był moment przełomowy w moim myśleniu, nagle dotarło do mnie coś tak odkrywczego że aż boję się tym podzielić, ale jak już piszę to idę za ciosem.
To nie ja jestem zła.
To nie ja robię wszystko źle.
To nie ja psuję wszystko dokoła.
To są wszystko projekcje innych ludzi na mojej osobie. Odbicia ich własnych emocji, ich strachów, ich uprzedzeń. A ja nie zamierzam już więcej być niczyim lusterkiem.
A jaki to ma związek z pechem? Żadnego. Bycie "pechowcem" jest wygodne, prawda? Bo wtedy nie trzeba się starać, każdy pomoże, po główce pogłaszcze, bo on taki biedny, tak się stara i stara a takiego ma pecha, nic mu się w życiu nie udaje.
A ja jestem dziecko szczęścia które sobie na wszystko ciężko samo zapracowuje. No i nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, tak jak z tym samochodem, gdybym nie wjechała w słupek to jeździłabym z porysowanym zderzakiem (inne zdarzenie, nie ma o czym gadać!) a tak będę miała wszystko ładnie naprawione, wygładzone pomalowane, a że portfel trochę wyszczupleje? To będę miała lżejszą torebkę :-) No większą racjonalistką to już się chyba być nie da, co?

Pozdrawiam.

poniedziałek, 16 listopada 2015

Jak nie urok to sraczka i tak w kółko

Nie, nie jestem chora. Nawet już nie wkurzona, ot pogodziłam sie losem i prawdopodobnym ponownym uszczupleniem portfela. Ja zwariuję przez tę motoryzację!
Po ostatnim upadku Heniek Maczek został pozbawiony odnóży w celu reperacji i modernizacji obuwia. Jak się pośliznęłam na tym cholernym zakręcie to się okazało że opony trochę przepuszczące są i pomimo że nie tak bardzo zużyte to jednak na drogi tutejsze nie za bardzo się nadające bo za twarde i w ogóle, nie wiadomo ile w tej hinduskiej fabryce stały a motor też już ma 5 lat. Zamówiłam więc nowe porządne niemieckie opony, pościągałam koła i zawiozłam do garażu (tak się tu nazywa warsztat auto-moto) coby mi te opony zmienili. Okazało się że rzeczywiście był niewielki przeciek na feldze więc naprawili, uszczelnili, skasowali i nawet kółka do samochodu zanieśli :-)
No a wczoraj bawiłam się w mechanika. Dałam radę sama zamontować oba koła, pozakładać wszelkie hamulce, łańcuchy i co tam trzeba było  i nawet nie została mi żadna śrubka luzem! Co prawda tylne koło zakładałam trzy razy, bo za pierwszym razem nie założyłam łańcucha, za drugim założyłam łańcuch ale nie założyłam takich specjalnych nakładek przez które się przewleka taki metalowy pręt na którym się kręci koło (za cholerę nie wiem jak to się wszystko nazywa!), dopiero za trzecim razem założyłam już tak jak należy. No i wymieniłam wykrzywioną nóżkę zmiany biegów. Całość zajęła mi jakieś dwie godziny a że robiłam w rękawiczkach to nawet się potem pazurów nie naszorowałam. Rozruch próbny zrobiłam w garażu, koła się kręcą, biegi działają, ale na ulicę jeszcze nie wyjadę bo ma przyjść kolega na odbiór, znaczy sprawdzić czy wszystko poprzykręcałam jak trzeba i podokręcać największe śrubki takim specjalnym kluczem, który też sobie zakupiłam. Tak więc opony, wymiana opon, stopka do biegów i ten klucz to mnie trochę pociągnęły po kieszeni. A święta idą.
Ale nie na to się wkurzyłam. To było potrzebne. Natomiast zupełnie niepotrzebne i bezcelowe było  wjechanie przeze mnie samochodem w słupek od własnej bramy, w który to zahaczyłam lewym tylnym nadkolem nie wiem jakim cudem bo myślałam że się nie da, szczególnie jadąc do przodu. Ale wjechałam, przeszorowałam, całe nadkole porysowane i nie byłoby tragedii gdyby nie to że część rysy jest do gołej blachy. No i jadę właśnie za chwilę do majstra sztukmistrza który to obiecał popatrzeć na szkodę i ewentualnie mi ją zabezpieczyć coby nie zaczęło rdzewieć bo pogoda ostatnio jest niemal permanentnie wilgotna. No i wszystkie fundusze na moje motorowe prawo jazdy zostaną pożarte przez naprawę mojej perełki którą w tak durny i nieodpowiedzialny sposób uszkodziłam.
O tak, do uszkadzania to ja się na pewno nadaję!

piątek, 13 listopada 2015

Humor piątkowy


Przyznam, niełatwe zadałam sobie zadanie, ale coś tam dla Was wyszperałam, w związku z wczorajszą wizytą Dżordżyka w moim mieście. Zapraszam! 


*****
Dwie gwiazdy filmowe spotykają się po wielu miesiącach w Cannes.
- Och droga, tak dawno nie widzieliśmy się. Jak się masz?
- Właśnie wyszłam po raz siódmy za mąż i jestem zadowolona.
- A jak nazywa się twój nowy małżonek?
- Moment, zaraz ci powiem, w torebce mam jego wizytówkę.


*****
Plac zabaw w Hollywood. W piaskownicy siedzą pociechy gwiazd filmowych i kopią dołki telefonami komórkowymi. Nagle jedna z komórek trafia na kamień i rozpada się. Koledzy pechowego malucha wybuchają gromkim śmiechem.
- No i z czego się śmiejecie? Jutro rodzice kupią mi nową lepszą komórę.
- Tak, ale dzisiaj, jak wieśniak, będziesz kopał łopatką !


*****
Pewien aktor miał w jednej ze scen przeczytać dość długi list. Ponieważ list był faktycznie długi więc na kartce miał całą treść. Jednak koledzy aktorzy postanowili go "ugotować". W scenie z listem służący podał mu... pustą kartkę. Ten rzucił okiem, oddał służącemu i powiedział "Masz, ty czytaj...."


*****
Gwiazda filmowa zgłasza na komisariacie kradzież.
- Co pani skradziono?
- Naszyjnik z pereł.
- Jak wyglądał?
- Jak prawdziwy!


*****
Pewna aktorka opowiada koleżance o niedawnym obiedzie ze znanym reżyserem:
– Pokazał mi scenariusz. Wiesz, główna rola jakby dla mnie stworzona.
Potem poszliśmy do niego, żeby omówić zamysł filmu. I w trakcie rozmowy ten bydlak mówi mi, że widzi mnie w roli pokojówki, która na ekranie nie mówi ani słowa!
– No i co? – pyta koleżanka.
– No wiesz, roześmiałam mu się prosto w jajca!


*****
James Bond, agent 007 wchodzi do knajpy, siada przy barze i zamawia wódkę Martini, wstrząśniętą, nie mieszaną. Rozgląda się uważnie po lokalu i spostrzega wprost nieprzeciętnej urody kobietę, siedzącą przy stoliku w drugim końcu baru przy ścianie. Nie podchodzi jednak do niej tylko wymieniają spojrzenia. Nieznajoma nie wytrzymała jednak długo, podeszła do Bonda i przedstawiła się. James skinął głową i powiedział:
- Jestem Bond, James Bond...
Widząc, że dalsza rozmowa się nie klei, kobieta zaczepia Bonda i mówi:
- Ale masz extra zegarek.
Bond popatrzył...
- Ten zegarek pokazuje mi to, czego ludzkie oko nie widzi
Kobieta ze zdziwieniem:
- Jak to jest możliwe?
Bond:
- Pokażę pani... o, na przykład widzę, że pani nie ma na sobie majtek...
Kobieta patrzy z lekkim uśmiechem i mówi:
- Ten zegarek jest chyba zepsuty, bo ja akurat mam na sobie majtki
Bond lekko zmieszany, podwija rękaw, puka w szybkę zegarka i mówi:
- O cholera! Znowu spieszy się o godzinę!


*****
Wchodzi super agent James Bond do restauracji, przysiadł się do pieknej blondynki siedzącej przy barze. Zaczyna zagajać rozmowe:
- Nazywam się - Bond, James Bond.
Na to odpowiada mu blondynka:
- A ja nazywam się - Off, Fuck Off.


Wesołego weekendu!



czwartek, 12 listopada 2015

Czy mnie jeszcze pamięta

George Clooney jest w mieście!
O wszystkim można wyczytać w internecie, na przykład na stronie BBC http://www.bbc.co.uk/news/uk-scotland-edinburgh-east-fife-34793207

Jako że George jest gościem specjalnym Scottish Business Awards, czyli ceremonii rozdania nagród biznesowym w tutejszym Międzynarodowym Centrum Konferencyjnym, a moja firma corocznie uczestniczy w tym wydarzeniu, tym razem został wydelegowany mój szef, który specjalnie na tę okazję założył czarne skarpetki, bo normalnie to nosi czerwone albo niebieskie albo zielone...  no chyba że go żona przyłapie i każe wymienić.
No więc jakieś piętnaście minut temu szef wsadził głowę do mojego biura i wyszeptał:
- Idę.
- No fajnie - mówię - a gdzie idziesz?
- Idę zobaczyć Georga...
- Dobrze - wyszeptałam również. - Jak go zobaczysz pozdrów go ode mnie.
- OK, ciekawe czy Cię jeszcze pamięta...
- No ba!...
I poszedł...
Czy muszę mówić że wszyscy w departamencie mu zazdroszczą?

wtorek, 10 listopada 2015

Moja lewa stopa

Nie ma co się długo zastanawiać. Tak jak prawa ręka jest dla mnie ważniejsza niż lewa, tak lewa noga jest dla mnie ważniejsza niż prawa, jestem bowiem osobą lewonożną. A szczególnie ważna jest lewa stopa. To jest bowiem stopa "sprzęgłowa". A odkąd usiłuję jeździć na motorze, jest to również stopa "biegowa". Do zmiany biegów w motorze, bo normalnie biegam na dwóch przecież :-)
Od długiego już czasu borykam się z przenikliwym tymczasowym bólem w podbiciu lewej stopy, który jest uwarunkowany albo noszeniem wysokich obcasów (ale tylko niektórych) albo po prostu ilością kroków które robię w czasie trasy, najczęściej zaczyna się po około dwóch godzinach ciągłego chodzenia, nawet w najbardziej komfortowym obuwiu. Boli też najczęściej rano, kiedy jestem jeszcze w łóżku.
Jakieś pół roku temu zajęłam się tym wreszcie, poszłam do lekarza, skierował mnie to poradni podiatrycznej czyli od stóp, dostałam dwa rodzaje wkładek do lewego buta, ale nie za bardzo pomagało. Skierowano mnie więc do specjalnej kliniki podiatrycznej, w celu obejrzenia mnie przez tzw. biomechaników. Wizyta odbyła się wczoraj.
Byłam pod wrażeniem. Po pierwsze wcale nie czekałam, po drugie...
Panie były dwie. Musiałam się przebrać w szorty i zdjąć obuwie. Potem moje stopki zostały dokładnie wydotykane i wymacane (mogłabym tak cały dzień), przy czym pani znalazła od razu chory nerw, pobawiła się trochę palcami stóp, pogłaskała mi łydki, a potem kazała wstać i sobie normalnie chodzić tam i z powrotem. I jak chodziłam na bosaka a obie panie komentowały. Trochę mi szczęka spadła bo mówiły o takich szczegółach że dla mnie niemożliwe do uchwycenia. Okazało się że lewą stopę stawiam minimalnie wcześniej niż prawą i pod jakimś innym kątem, związane jest to z uszkodzonym nerwem przypalcowym, a z tym wszystkim wiąże się wzmożone napięcie mięśni całego lewego obwodu ciała! Ha! To dlatego mnie tak straszliwie czasami bolała cała lewa noga aż do kręgosłupa, a ja głupia podejrzewałam uszkodzone biodro. A teraz wszystko się wydało. Uszkodzenie, a właściwie ściśnięcie nerwa zostało spowodowane lata temu przez niewłaściwe obuwie. I ja to pamiętam, to były polskie buty Ryłko, solidne drogie botki ale z dosyć cienką podeszwą i chyba niezbyt dobrze wyważonymi obcasami. I tak to poszło.
Jako że wkładka do buta nie za bardzo pomaga, zostały mi zaoferowane zastrzyli sterydowe w stopę. A największe zdziwienie dnia było że zastrzyk taki mam dostać już od razu, na miejscu. Zgodziłam się, wstrzyknięto mi co tam trzeba było wraz ze środkiem znieczulającym, takim jak u dentysty. Uczucie było... dziwne. Ukłucie nie bolało, za to w środku jakby mi ktoś szpilę przeciągał. Brrr...
Dzisiaj boli mnie chodzenie, czuję niewielką opuchliznę na podbiciu stopy i bardzo dziwne sensacje, jakby mi się kości stopy przemieszczały przy każdym kroku. Ale podobno tak ma być, podobno ma pomóc. Choć niektórym ludziom nie pomaga. Zastrzyki takie dostaje się najwyżej trzy w ciągu roku, czasami pomaga permanentnie po jednym. Mam mieć nadzieję?
W każdym razie, jazda samochodem dziś rano była dość męcząca i bolesna. Ale dam radę bo jak nie ja to kto?

poniedziałek, 9 listopada 2015

Plaża w listopadzie

Zamarzyło mi się wczoraj zrelaksować nam morzem. Pogoda nie zapowiadała się najlepiej ale kolega zadzwonił i powiedział że po jego stronie jest w miarę spokojnie, chociaż u mnie już zerwał się wiatr i zaczęło zbierać się na deszcz. Różnica tylko 25 kilometrów ale znając już tutejsze warunki postanowiłam zaryzykować. Pojechałam więc na swoją drugą ulubioną plażę Tyninghame.
Powiem szczerze że się nie zawiodłam. Parking pod plażą był cąły zastawiony, ale gdzie ci ludzie się podziewali to ja nie wiem bo spotykałam ich naprawdę rzadko. Ta plaża ma to do siebie że na skarpach może wiać a dołem jest zupełnie fajnie i dość cicho tak że spacer miałam naprawdę udany. Spędziłam sobie na plaży ponad dwie godziny, spacerując, kontemplując. Nie miałam w zamiarach robić żadnych zdjęć bo czas planowałam spędzić wyłącznie na kontemplacji połączonej ze słuchaniem muzyki. Po raz pierwszy w życiu bowiem postanowiłam chodzić w słuchawkach na uszach. Wrażenie naprawdę niesamowite, muszę przyznać. Nie słyszałam prawie nic poza muzyką, a tak wędrując wzdłuż liniii brzegu wyobrażałam sobie że jestem w jakimś teledysku, śpiewałam sobie w duszy (mam nadzieję że nie głośno!), krok robił się przy tym lekki i radosny, a całe ciało zrelaksowane i spokojne. Tak właśnie mogę słuchać muzyki. Tego mi było trzeba, zrobić coś o czym już dawno zapomniałam. W głowie tylko muzyka, przenikająca od środka, wnikająca we wszystkie zakamarki mózgu, a wokół nic tylko spokój, woda i piach... Dawno tak nie odpoczęłam.
No ale nie byłabym sobą gdybym nie pstryknęła kilka zdjęć srajfonem, po prostu aura choć ponura, wydawała się zachwycać. Oczywiście zdjęcia nie najlepszej jakości, nic nie odda tego co człowiek sam na własne oczy przeżyje, ale podzielę się namiastką nadmorskiej jesieni. Zdjęcia robione z tym samym miejscu, niby takie same, a jednak...






A to poniżej to mi się tak o cyknęło ;-)


A to już powrót z plaży. Już jest bardzo jesiennie i nawet listopadowo. Chociaż ciepło, 13-14 stopni to przyznacie, nie jest za bardzo listopadowa temperatura.








Uciekłam w samą porę. Kiedy jechałam do domu, rozpętał się harmagiedon. I tak z przerwami, wieje i siąpi co chwilę do dzisiaj i tak ma już pozostac co najmniej do końca tygodnia. No cóż, zima idzie...

I na koniec, specjalnie dla Gosi Sz. (no dobra, każdy może obejrzeć, nie zabronię), bo wiem że ona tęskni. Morza szum, widok fal... Gosiu, to dla Ciebie :-)


Pozdrawiam!

sobota, 7 listopada 2015

O zwisach i sterylności

FrauBe żeby mnie pocieszyć pokazała kawałek swojego bałaganu. A zaraz potem się tłumaczy w komentarzach że to tylko na chwilę, że na czas remontu. Phi!
Postanowiłam pokazać światu publicznie jak wygląda mój bałagan w sobotę rano.
I od razu tez się wytłumaczę. Odkąd tymczasowo mieszka ze mną znowu córka (mam nadzieję że zaraz się wyprowadzi), po prostu mi się nie chce. Sprzątać mi się nie chce. Bo co posprzątam to zaraz i tak bałagan. Córka niby się stara, niby coś tam ściera od czasu do czasu, ale za chwilę to samo. Postanowiłam więc się nie przejmować, robić swoje, czyli generalne sprzątanie powierzchni płaskich raz na dwa tygodnie plus usuwanie zwisów raz w tygodniu, kuchnia i łazienka ścierana na bieżąco plus dokładne szorowanie wszystkiego jak już widzę że nie dam rady patrzeć.
Mój dom ma trzy sypialnie, kuchnię łazienkę, salon, jadalnię, klatkę schodową i kilka schowków. Sypialnia syna jest zamknięta i tam nawet nie wchodzę bo boję się potknąć i uszkodzić. Do sypialni córki wchodzę tylko kiedy jej nie ma a talerzy i kubków już brakuje, to zabieram i łąduję do zmywarki. W swojej sypialni tylko w zasadzie śpię, czasami gadam przez telefon jak się zanosi długa rozmowa, w mojej sypialni śpią też koty i tam stoi ich miseczka z wodą, bo jakoś nigdzie indziej tak chętnie nie piją jak tam. No to niech stoi, nie przeszkadza mi. Jako że większość walk odbywa się na moim łóżku, przestrzeń dość szybko pokrywa się różnego rodzaju sierścią szarpaną, która w wyniku ruchu powietrza spowodowanego nagłym i pospieszym oddaleniem się sprawców z miejsca konfliktu zawsze ostatecznie znajduje swój stały spoczynek po kątach. I taka to ta moja "sterylna" podłoga. Zazwyczaj boję się strzepać kocyk na którym śpią koty bo wtedy natychmiast musiałabym odkurzać a mi się nie chce. Udaję więc że jest czysto aż do następnego sprzątania. Tyle tytułem wstępu.
A teraz, specjalnie dla FrauBe, dokumentacja zdjęciowa z dzisiejszego poranka. Nie wiem czemu aparat tak źle zrobił mi te zdjęcia ale nie chce mi się robić drugi raz. W każdym razie, sytuacja wygląda tak:

Jadalnia. Służąca także za suszarnię i przechowywalnię wypranych rzeczy. A także rzeczy przeznaczonych do wyniesienia na przykład na strych czy do garażu. Tak jak te pudełka na podłodze. 


Kuchnia. Jak widać, zwisy są na każdej możliwej poręczy w tym domu.


Kąt w salonie. Reklamówka z płytami dvd czeka na wypakowanie od lipca. A reszta... kiedyś się wezmę.


Kącik koci w salonie. To tylko część śmieci, reszta jest poroznoszona indywidualnie po całym domu, najczęściej skrzętnie ukryta pod szafkami, w butach, czy pod sofą. 


"Sterylne" ulubione miejsce Tigusia na parapecie. 


A teraz zwisy w mojej sypialni.


I Centrum Dowodzenia, czyli moje biuro. No dobra, tylko mała część. 


To wszystko na zdjęciu poniżej to chyba tylko celem zmniejszenia powierzchni użytkowej...


"Sterylny" parapet w mojej sypialni. Muszę się przyznać że parapety ścieram w tym domu najczęściej ze wszystkiego, niekiedy dwa razy w tygodniu. Niestety, nie da się utrzymać bieli z tymi kotami. 


Z rozmachu zrobiłam też widok na górę szafy. Przynajmniej będę teraz wiedziała co tam jest :-)


Zwisy jeszcze raz.


A teraz to czego osobiście nie cierpię a na co niestety nie zwróciłam uwagi wcześniej. Zwis z lampy w łazience.


I fenomenalnej wielkości pajęczyna koło kabiny prysznicowej. OESU!!! Tego też nie widziałam!


Jeśli mowa o sterylności to voila! Migusia wchodzi tylko do czystej wanny.


A tu widok Migusi przez niezbyt sterylną szybę kabiny. Się wieczorem posprząta. 


Jedyna sterylna rzecz w moim domu dzisiaj to Tigusiowe łapki.


Ale... Ooooo!


A jednak on też coś ma za pazurami. 


Pada deszcz więc nikomu się nie chce wychodzić na zewnątrz, mam kupę roboty w garażu przy Heńku Maczku, koty mnie w tej chwili nienawidzą bo dostały Profendera na kark. W pralce produkują się już kolejne zwisy, sterylizacja chałupy rozpoczęta :-)

Pozdrawiam weekendowo-deszczowo!


piątek, 6 listopada 2015

Humor piątkowy

Ja przepraszam że taka tematyka, dla odważnych tylko. Ale to w związku z wczorajszą weną poetycką, tak jakoś mnie i dzisiaj naszło. A poza właśnie przeczytałam post Baluma i jestem w temacie. Kto wrażliwy niech zatka nos :-)


*****
Niedźwiedź zakazał robienia kupy w lesie. Jednego razu zając nie wytrzymał, a na jego nieszczęście nieopodal akurat przechodził niedźwiedź. Niedźwiedź pyta:
- Co tam masz, zajączku?
- Nic...
- Gadaj! Co tam masz?
- Motylka...
- To pokaż!
- Nie, bo odleci...
- No to trudno!
W końcu zająć zmiękł, podniósł łapki i krzyczy:
- No nie! Odleciał! A jaką wielką kupę zostawił!


*****
Synowa dzwoni do teściowej i pyta:
- Mamusiu, jak się dziecko zesra to przebiera ojciec  czy matka?
Teściowa odpowiada:
- Oczywiście że matka.
- No to niech mamunia się zbiera i przyjeżdża bo synuś tak się napierdolił że do kibla nie trafił.


*****
Siedzi sobie tasiemiec w jelicie i żre. Nagle widzi biegnące w panice bakterie. Pyta się:
- Co się stało?
- Uciekaj tasiemiec, uciekaj! Antybiotyki nadchodzą!
- Eee tam, głupoty gadacie - mówi tasiemiec i dalej i żre. Nagle widzi uciekająca z walizkami glistę ludzką.
- Ty, glista! Co się stało?
- Uciekaj tasiemiec, antybiotyki nadchodzą!
Tasiemiec tym razem wystraszył się, spakował się i idzie w dół jelita. Idzie, idzie, doszedł do końca, i widzi glistę ludzką, która siedzi na walizkach i płacze.
- Co się stało? - pyta tasiemiec, a glista na to:
- Uciekła mi kupa o czternastej!


*****
Był sobie fanatyk wędkowania. Pewnego dnia dowiedział się o fantastycznym wprost miejscu, małym jeziorku w lesie, gdzie ryby o wielkości niesamowitej same wskakują na haczyk. Nie mógł się już doczekać weekendu, zakombinował w pracy, pozamieniał się na dyżury, nastawił budzik na 4 rano, po długiej podróży odnalazł małe jeziorko w lesie, rozstawił wędki i czekał... Godzinę... drugą godzinę trzecią... wreszcie spławik drgnął... wędkarz szarpnął... i wyciągnął ogromne nadziane na haczyk gówno. Zaklął szpetnie i zauważył, że z tyłu ktoś za nim stoi. Był to miejscowy. Wędkarz z żalem powiedział:
- No patrz pan, taki kawał drogi jechałem, tyle wysiłku, kombinowania, i co? GÓWNO...
Na to gościu:
- A bo wie pan, z tym jeziorkiem związana jest pewna legenda. Otóż niech pan sobie wyobrazi, przed 1 wojną światową żyl tu chłopak i piękna dziewczyna, kochali się niesamowicie. Ale wzięli go do wojska. Po jakimś czasie nadeszła wiadomość że on zginął na froncie. I proszę sobie wyobrazić, że ona przyszła tu, nad to jeziorko i z wielkiego żalu się utopiła!
- Niesamowite - odparł wędkarz
- Ale to jeszcze nie koniec proszę pana! Otóż po wojnie okazało się, że chłopak przeżył, był tylko ranny. przyjechał tu, dowiedział się o wszystkim, przyszedł tu, w to miejsce na którym pan siedzi, i z żalu i wielkiej miłości również się utopił!
- To szokująca historia- powiedział wędkarz - ale co z tym gównem?
- A to nie wiem. Widocznie ktoś nasrał.


*****
Wsadzili 70 letniego dziadka do więzienia. Dziadek wchodzi do celi pełnej strasznych zakapiorów:
- Za co cię posadzili dziadygo?
- Za figle.
- Za jakie k*rwa figle?! Co ty będziesz kit wciskał, gadaj zgredzie za co, bo po tobie!
- To ja to mogę pokazać - mówi dziadzio.
- Ta? No to pokaż! - mówi zaintrygowany herszt celi.
Dziadzio przeżegnawszy się bierze wiadro służące w celi za ubikację i puka w drzwi. Kiedy uchylił się judasz, dziadzio chlust zawartością wiadra przez judasz, odstawił wiadro na miejsce i stanął obok drzwi na baczność.
Po chwili drzwi się otwierają, staje w nich gromada wku**ionych klawiszy, w tym jeden wysmarowany gównem, i mówią:
- Dziadek, ty się odsuń na bok, żeby ci się przypadkiem nie oberwało.


*****
Idzie gówno obrabować bank. Spotyka drugie. Drugie gówno pyta się:
- Gdzie idziesz?
- Obrabować bank.
- Mogę iść z tobą?
- Dobra.
Idą dwa gówna i spotykają trzecie. Pyta się:
- Gdzie idziecie?
- Obrabować bank.
- Mogę iść z wami?
- W końcu co 3 wypierdki to nie jeden.
Idą 3 gówna i spotykają sraczkę. Sraczka pyta się:
- Gdzie idziecie?
- Obrabować bank.
- Mogę iść z wami?
- Nie. To wyprawa tylko dla twardzieli.


Miłego weekendu życzę!

czwartek, 5 listopada 2015

Kącik poetycki

W czwartkowy poranek
usiadł sobie na dupie baranek
Siedzi sobie i oczami łupie
i raciczką grzebie sobie w dupie
co wygrzebie to wytrze w ogonek
I tak skończył się ten piękny dzionek.


* Twórczość własna, kopiowanie zabronione. Można tylko kopiowac paszczą.
I tu zamilknę bo jeszcze mi się co znowu zrymuje :-)


Dobranoc Państwu :-)))

środa, 4 listopada 2015

11 lat minęło

Dokładnie rok temu ogłosiłam koniec żałoby. I że nie będę już nostalgicznie wspominała tej rocznicy. No i nie wspominam. Ot tak, pomyślałam sobie, to już jedenaście lat, dokładnie jedna czwarta mojego życia. A poza tym... zwykła kartka z kalendarza.
Ostatnio nic się nie dzieje pozornie, ale Tyle się dzieje wokół mnie że nie mam czasu na nic, a ciągle wyskakuje nowe. Motor muszę naprawić bo przy upadku nóżka od biegów się wykrzywiła i trzeba wymienić. I postanowiłam wymienić opony, bo choć te które mam nie są jeszcze zupełnie zużyte, ale mają już tyle lat ile motor czyli pięć, poza tym hinduska produkcja (tak, mój motór był wyprodukowany w Indiach!), to nie wiadomo ile lat w tych Indiach stały pred zamontowaniem. No i dla takiego nowicjusza jak ja przydałaby się lepsza przyczepność. Opony zamówione, w sobotę będę wymieniać nóżkę i ściągać koła żeby je zawieźć do serwisu w celu wymiany opon na nowe. A potem te koła będę samodzielnie przykręcać. Zawezwę tylko potem kolegę ze specjalnym kluczem do porządnego przykręcania kół no i żeby mi sprawdził jak ja to wszystko pomontowałam. Przednie koło już robiłam tak że nie ma problemu, z tylnym jest trochę zabawy ale też dam radę. Trochę tylko bardziej skomplikowane niż w rowerze :-)

A poza tym Heniek przemianowany został na Maczek. Widocznie jeszcze nie nadaję się do związku z menszczyznom...

No i na koniec trochę Migusi. Nakręciłam ajfonem jak leżałam z anginą więc jakość kiepskawa. Ilość "zwisów" w mojej sypialni przeraża nawet mnie... Ale nie nakręciłam wszystkich, hehe! No to zapraszam do obejrzenia jak Migusia się nudzi.


Pozdrawiam!

niedziela, 1 listopada 2015

O Aniołach Opatrzności czyli jak się nie przewrócisz to się nie nauczysz

Dźwięk dzwonka telefonu wybił go ze spokojnej konwersacji którą prowadził ze nieznajomymi w kawiarni. Jechał rowerem już ładnych parę kilometrów i czuł że musi odpocząć, napić się kawy, po prostu chwilkę posiedzieć. Traf chciał że miejsc było mało więc dosiadł się do stolika przy którym siedziała sympatyczna para.
- Halo?
- To ja, czy możesz rozmawiać?
- Tak, mogę. chwileczkę... - wstał od stolika żeby nie przeszkadzać miłym ludziom - wszystko w porządku?
- No właśnie nie. Dzwonię bo muszę poprosić Cię o pomoc. Wywróciłam się na motorze, ja jestem w porządku, motor niby też ale dźwignia biegów się wykrzywiła i nie mogę jechać dalej. Poza tym był jakiś wyciek spod tylnego koła i nie wiem co robić. Masz dla mnie jakieś sugestie? Mogę wezwać pomoc drogową, ale może to tylko jakaś głupota i da się szybko naprawić a ja wyjdę na idiotkę.
- Ok, ok.... Poczekaj. Z Tobą wszystko w porządku?
- No... tak, nie mogłam podnieść motoru, ale miły pan jadący z żoną w gaziku zatrzymał się i zrobił to za mnie, chcieli mnie podwieźć gdzie będę chciała bo myśleli że w szoku jestem czy coś, ale mi naprawdę nic nie jest...
- Dobrze. Najpierw powiedz mi gdzie jesteś.
Wyjaśniłam, opisałam miejsce najlepiej jak potrafiłam, a trudno nie było bo bardzo charakterystyczne trójdzielne rozejście dróg... niby w środku niczego ale pomiędzy dwoma miejscowościami.
- Muszę wrócić do domu, zajmie mi to jakąś godzinę zanim dotrę do Ciebie, dasz radę poczekać?
- No jasne że dam.
- Przywiozę narzędzia.
- Dziękuję.
- Zadzwonię jak będę w drodze.
- Dobrze. Pa.
Tak, tak, domyślacie się dobrze, to ja głupia pinda zaliczyłam swą pierwszą glebę.
Dzień był cudowny, a ja od dwóch tygodni nie dosiadałam Hańka więc tęskniłam za tym jak kot za saszetką. Od dwóch dni planowałam trasę, kombinowałam, zmieniałam. Jako osoba będąca świetnym pilotem ale nie za bardzo zwracająca uwagę na drogowskazy jako kierowca, oczywiście zabłądziłam i musiałam zawrócić na obraną drogę, a potem już poszło normalnie. Czyli uważałam na zakrętach, nie rozpędzałam się do nie wiadomo jakiej szybkości (Heniek zresztą i tak by nie wydolił), jechałam uważnie i czerpałam całą przyjemność z jazdy na motorze. A było co czerpać! Słoneczko świeciło, 16 stopni w cieniu, wąskie malownicze drogi prowadzące miejscami przez lasy które w końcu nabrały jesiennych kolorów, ach po prostu szczera radość, uwierzcie mi.
No i zdarzyło się to skrzyżowanie, chwila nieuwagi, zbyt zgwałtowny skręt i położyłam motor. I wiecie co? Obok wszelkiego wstydu któy mnie ogarnął potem czuję się jak "miszcz". Bo w tym ułamku sekundy który miał zadecydować co się ze mną stanie po prostu puściłam Heńka niech się toczy, a ja niech nie mam z nim nic wspólnego. No to motor se pojechał zaliczając szlify po rozstaju dróg a ja cała i zdrowa pozbierałam wszystkie kończyny i pobiegłam wyjąć kluczyk bo pierwsza rzecz którą się powinno zrobić to odciąć dopływ paliwa. Całość trwała pięć, dziesięć, dwadzieścia sekund? Nie wiem. W każdym razie samochód który nadjeżdżał natychmiast zatrzymał się i kierowca zapytał czy jestem OK, na co odpowiedziałam że tak i że dziękuję za troskę i dam radę a powiedziałam tak tylko dlatego że prowadzący miał z osiemdziesiąt lat a jego pasażerka nie mniej i ciężko mi było wyobrazić sobie go dźwigającego sto pięćdziesiąt kilo z asfaltu.  Na szczęście następny przejeżdżający był mniej mężczyzną jak się patrzy i dał radę postawić Heńka na nogi a jego żona wspaniałomyślnie zaofiarowała pomoc, ale odmówiłam mając od razu w głowie inne plany czyli telefon do przyjaciela. Który zajmował był się właśnie jazdą na rowerze, ale to już znacie...
Kolejna częśc mojej historii nastąpiła potem. Po telefonie do przyjaciela zjawiła się skądś pani, która okazała się być właścicielką domu stojacego naprzeciwko i od słowa do słowa, całkiem bezinteresownie zaofiarowała pomoc, Czyli czy nie zechciałabym poczekać na przyjaciela siedząc z nią w jej własnym ogrodzie, rozkoszując się cieplutkimi promieniami słońca, popijając pyszną (ekhem!) bezkofeinową kawę, bo innej pani w domu nie miała. Oczywiście zechciałam, a co innego miałam do roboty?
Oczekiwanie zajęlo mi ponad godzinę, pani użyczyła mi swojej łazienki w potrzebie, ja wygłaskałam jej kota który olewał mnie totalnie woląc drzemkę w kocim hamaku. Piękny, wspaniały wielki kot syjamski... I jaka dostojność od niego biła... No dobra, wracamy do sedna.
Pani okazała się być Świadkiem Jehowy. Czy mam zakończyć w tym momencie? Och, gdzieżbym śmiała, w końcu zawdzięczam to że poświęciła czas obcej osobie. Czy próbowała mnie nawrócić? Może. A może dość umiejętnie wywinęłam się z nawracania zasłaniając się córką która ze Świadkami Jehowy raz czy dwa rozmawiała w ramach buntu. Ulotkę oczywiście dostałam ale wiecie co? Nie czułam się w żadnym wypadku nagabywana czy oceniana, czy inwigilowana. A pani miała bardzo... życiowe podejście do życia. W każdym razie, kiedy mój wybawca się pojawił i naprawił co tam było do naprawienia, pożegnałyśmy się bardzo miło i obiecałam że za każdym razem kiedy będę mijac to miejsce, wpadnę się przywitać.
No i tak się skończyła ta historia....
Chwileczkę. A jak się to ma do tytułu, ktoś zapyta?
Cała ta przygoda z wywrotką została racjonalnie wyjaśniona żeby nie było że to cud boski i takie tam. Miałam bardzo słabo napomnpowane opony choć przysięgam że pompowałam zanim zachorowałam dwa tygodnie temu i nie ruszałam motoru od tego czasu. Czyli jest jakiś wyciek który muszę sprawdzić. A przyznam że przed wyruszeniem na trasę dzisiaj, po prostu nie sprawdziłam. Więc, mało powietrza w oponach plus mokra i bardzo śliska nawierzchnia na zakręcie (sprawdzone palpacyjnie czyli na butach) plus mój błąd że akurat najechałam na tę powierzchnię a nie obok gdzie było sucho plus bardzo ostry zakręt (ponad 90 stopni) równa się to co się stało. Efekt - dźwignia biegów do wymiany, dodatkowa niewielka blizna na ciele Heńka, moje spodnie nieco zjechane na lewym kolanie (dziura po prostu!), lecioutko, ale naprawdę leciutko pobolewająca okolica lewego biodra (to naprawdę nic w porównaniu do wjechania w płot) i nowy kawałek doświadczenia, którego nikt mi nie zabierze.
Jak już dojechałam do domu i wysłałam esemesa do swojego wybawiciela, otrzymałam odpowiedź: "Będę Twoim Aniołem Stróżem. To było przeznaczenie i cokolwiek się stanie w życiu, zawsze będę przy Tobie". Czyż to nie miłe? Co prawda, znając życie takie deklaracje wkładam sobie głęboko do butów i nie zamierzam się nimi zajmować bo to pic na wodę fotomontarz jak się kiedyś mówiło, nie wiem czy jeszcze. Ale... z drugiej strony, odnośnie przeznaczenia - miałam jechać dzisiaj na randkę z jednym z panów, ale odmówiłam po tym jak zobaczyłam jego teksty na fejzbuku. No i nie pojechałam...
W każdym razie, morał z tego taki, że jak to starożytni górale powtarzają "jak się nie przewrócisz to się nie nauczysz". To jest moja dewiza życiowa i póki co zamierzam jeździć na motorze póki się dobrze nie nauczę, czyli sądząc po samochodzie... jakieś dwadzieścia parę lat :-)
No ale swój samochód mam od lat niewielu a swój motor od początku. Moja dewiza życiowa brzmi "Każde doświadczenie jest dobrym doświadczeniem". I tak będę trzymać.

Pozdrawiam niedzielnie, pierwszo-listopadowo, wszystko-świętowo. Ab pogoda dopisywała tak dalej...