poniedziałek, 20 kwietnia 2015

O upadaniu i podnoszeniu się

W weekend przedobrzyłam. Nie śpię ostatnio za dobrze, nie wysypiam się, więc czekam na sobotę jak na zmiłowanie, bo wtedy mogę sobie pospać, a przynajmniej poleżeć ile chcę. Ale pogoda była piękna to i żal w łóżku ją marnować. Zabrałam się więc do prac ogrodowych. Ale najpierw musiałam dokonać pewnych zakupów. Kwiatki, doniczki, a przede wszystkim kora do mojego wrzosowiska. Dużo kory. Ciężkie worki. Ale dałam radę sama. Całą sobotę pracowałam, przesadzałam, wyrywałam chwasty bo mi ogród mniszkami zarósł, ledwo się poruszałam pod wieczór ale jeszcze miałam siłę pójść pobiegać. Zamiast spać snem zabitego miałam to co zwykle. Moje wrzosowisko zarosło chwastami, więc aby doprowadzić wszystko do porządku poprosiłam syna żeby przyjechał matce pomóc, bo chłop jak dąb to mu pójdzie szybko. Ale jak zwykle, umocniłam się tylko w przekonaniu że dzieci są dobre tylko jak czegoś potrzebują. To niech spada.
W niedzielę ciężko było mi poruszać członkami, ale jak tylko wyszłam do ogrodu i zaczęłam kopać, jakoś mi się lżej zrobiło. Przekopałam całe wrzosowisko, jakieś 25 metrów kwadratowych. Usunęłam pół śmietnika chwastów. Wykopałam kilka przestarzałych wrzosów, uschnięty rododendron i starą lawendę. Uporządkowałam pozostałe krzewy, poprzesadzałam to co w nowym porządku już nie pasowało, w puste miejsca powsadzałam młode sadzonki. Wywiozłam dwa wory odpadów ogrodniczych do recyclingu. Miałam jeszcze skosić trawę w ogródku, ale byłam głodna więc chciałam coś zjećść. Jak tylko weszłąm z powrotem do domu, poczułam nagłą niemoc, zaczęło mną telepać, ale gorączki nie miałam. Zjadłam dwa gołąbki które zdążyłam ugotować rano i natychmiast po nich poczułam się jeszcze gorzej, położyłam się więc do łóżka. I już z niego nie wstałam aż do późnego wieczora, kiedy trzeba było iść spać. Bolało mnie wszystko, ale bo to pierwszy raz? Wiadomo, dźwigałam, schylałam się, umordowałam po pachy to i mięśnie mają prawo boleć. Ale tym razem było inaczej, bo także wewnętrznie. Takiego czegoś jeszcze nigdy nie przeżyłam. Było mi niedobrze, bolało mnie w piersiach, bolały oczy, w głowie szumiało, mózg łkał bezgłośnie bo krzyczeć nie mógł... Noc nie należała do najspokojniejszych, rano ledwo co się zwlekłam z łóżka. Przyjechałam do pracy, jakoś funkcjonuję ale nie czuję się dobrze. Coś mi się znowu popsuło i mam nadzieję że to tylko chwilowe, prawdopodobnie się po prostu "przerobiłam". Wyniki badań krwi dopiero jutro, jak znam życie to jestem zdrowa jak koń.
To wszystko tytułem wstępu.
Wczoraj do poduszki poczytałam sobie blogi. Zastanowił mnie wpis Róży.
Przeczytałam go raz i drugi i trzeci... i ciągle nie wiem jak się do niego odnieść. Czy jest on dzieciach które wychowujemy pod kloszem, a które chcemy nauczyć zaradności życiowej czy o tym że nie wolno się poddawać?
Róża pisze, że chciałaby żeby każdy mógł o sobie napisać:

"Przeżyłam to, co przeżyłam. Jestem twarda jak stal i silna jak góra nie do zdobycia. Nic mnie nie złamie i nie pokona - tylko ostateczna śmierć, która czeka na nas wszystkich u schyłku naszej drogi. A jak znowu życie mnie kopnie, to dam sobie chwilę na zastanowienie się, pomyślenie. Obandażuję ranę i pokonam przeciwność. Tę pewność mam w sobie i nikt mi jej nie odbierze, póki sama tego nie zrobię. Ja to po prostu WIEM."

Do niedawna myślałam zupełnie tak samo. Życie jest ciężkie i twardym trzeba być nie mientkim (nie poprawiać!). Dostanę kopa w dupę to się otrząsnę, zastanowię, otrzepię i pójdę dalej. Tylko że teraz już wcale nie mam tej pewności. 
Kolejna osoba z mojego otoczenia zachorowała na raka. Kobieta w moim wieku. Przyznam że zaczęłam się trochę bać. Nie będę jednak siedzieć i zamartwiać się w oczekiwaniu na coś co nigdy może się nie przydarzyć. Dlatego staram się jak najwięcej czasu spędzać aktywnie, odżywiać się zdrowo i generalnie coś zawsze robić. Ale dopada mnie coraz częściej ta cholerna natrętna myśl - po co to wszystko, co to jest warte, po co to komu potrzebne... Nie wiem dlaczego, depresja wiosenna? Wiem tak jak Róża że jak upadnę to wstanę, bo całe życie takie było, ale tej pewności już mieć nie mogę. Wczoraj zawiodło mnie moje ciało. Owszem, być może odpocznę, poleżę, naprawi się. Starość nie radość, chyba trzeba zacząć się oszczędzać. Jeszcze dusza tylko twarda jak stal, choć widzę że też zaczyna mięknąć. Czy opłaca się byc twardym? Coraz częściej zaczynam w to wątpić...




18 komentarzy:

  1. I ja się zgadzam z Tobą, Iwonka. Coś podobnego napisałam dziś w komentarzu u Róży. Jasne, że sobie poradzę, ale czy ze wszystkim... Nie, na pewno nie, a w każdym razie dopóki mnie to nie spotka to nie będę wiedzieć.
    Dobrze, ze pognałaś się przebadać, dbaj o siebie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przeczytałam Twój komentarz u Róży Gosiu, pięknie to napisałaś. Tak mnie natchło po wczorajszym kopaniu ogródka. Poradziłam sobie, ale jakim kosztem. A słownictwa którym obdarzałam bogu ducha winne roślinki to niejeden rynsztokowiec by się ode mnie mógł nauczyć :-)

      Usuń
  2. Ja też przychylam się do zdania Gosianki. W sumie to po co się tak na zapas spinać:).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na zapas to nie ma co, a nawet i w trakcie :-)

      Usuń
  3. CZy Ty masz syndrom pustego gniazda? Zawiedzionej zony? Matki? kochanki?
    To pakuje manele i przylec do mnie.
    W sumie to moglabys sie wybrac - np koncem czerwca pokaze Ci NYC?
    Pomysl o sobie!
    A kasa?
    Kasa sie zawsze da zorganizowac!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja chyba mam wszystkie syndromy naraz... Wyslalam Ci email :-)

      Usuń
  4. Oszczędzaj się i dbaj o siebie, jesteś młoda, masz możliwości.
    Twardym można być jak ma się zdrowie, a jak go nie masz to tylko możesz już upaść
    i tak leżeć czekając na zmiłowanie,które przyjdzie albo nie.
    Jedź na wycieczkę do Ameryki...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do ciepła mi się marzy, do ciepła... A tu dzisiaj jak na złość tak pięknie za oknami jest, a ja muszę w pracy.

      Usuń
  5. Tak juz mamy, my kobitki, ze padamy, podnosimy sie, znow padamy i znow sie podnosimy, zeby udowodnic wszystkim (i sobie tez), ze jstesmy twarde, ze wszystko mozemy, ze nie chcemy pomocy... Jednak moze przyjsc taki moment, ze nasze zdrowie tego nie przetrzyma, wiec dbaj o siebie, Iwonko!!! Pozdrawiam:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie, co te cholerne chłopy z nami zrobiły, nawet o pomoc już nie można poprosić :-)))

      Usuń
  6. A mnie sie zyc nie chce, a co dopiero w ogrodku robic...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja w zeszłym roku placem nie kiwnęłam to teraz mam.

      Usuń
  7. Znam, prawie na czworakach szłam w kierunku domku na działce, ale skopałam i widłami przetrząsnęłam każdą grudkę ziemi, taka dzielna jestem. Dziś? Lepiej nie mówić dwa kilo w rękach to za dużo jak dla mnie.
    Dlaczego my się nie umiemy oszczędzać? Dlaczego wszystko musi zostać zrobione natychmiast a zdrowie odrośnie samo?
    Udowodnimy sobie na pewno jedno: nikt nie jest od nas lepszy MY SOM NAJLEPSZE we wszystkim a co. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja już nie chcę być najlepsza. Chcę być leniem i nic nie robić, opalać się i żeby koło mnie skakali.

      Usuń
    2. I to "chcenie" okazujesz dźwigając worki z ziemią? Iwonko, litości! ;)

      Usuń
    3. Ale to dopiero mnie sie ukazało po tych worach i kopaniu. W dupie to mam, juz nie kopie...

      Usuń
  8. A czy Ty zawsze musisz mnie rozumieć ;)
    Ale dziękuję :) Bycie inspiracją to dla mnie zaszczyt.

    OdpowiedzUsuń