niedziela, 9 listopada 2014

Marzenia nie umierają nigdy

Do napisania tego tekstu skłonił mnie wpis Róży o śmierci marzeń. Różo, mam nadzieję że się nie obrazisz że podejmuję ten sam temat ale jest on dla mnie bardzo ważny. Będzie osobiście. Będzie o mnie.
Kiedyś, bardzo dawno temu pewna mała dziewczynka bardzo chciała mieć braciszka. O braciszkach niewiele miała pojęcia, sama miała niecąłe trzy latka, ale rodzice pytali czy wolałaby siostrzyczkę czy braciszka no to jakos tak bezwiednie odpowiedziała że braciszka. I miał mieć na imię Mareczek. Za jakiś czas rodzice przynieśli małe białe zawiniątko. Dziewczynka wpatrywała się w nie jak w obrazek, w środku była śliczna żywa laleczka. Wiedziała że jest to dzidziuś, że płacze i robi kupki, ale jak zaczęła zwracać się do Mareczka po imieniu, mamusia powiedziała że to nie jest Mareczek, tylko siostrzyczka. Asia. Dziewczynka pogodziła się w utratą Mareczka w kilka chwil, przecież była jeszcze zupełnie mała, ale pamięć o niespełnionym marzeniu o braciszku pozostała na zawsze.
Lata mijały, dziewczynka rosła, przez otoczenie nazywana genialnym dzieckiem, bo i czytać potrafila w wieku czterech lat, dziecięce krzyżówki i zadania logiczne były dla niej najlepszą formą rozrywki, umiała sklecić ze słuchu kilka melodyjek na małym fortepianiku, a jako sześciolatka umiała już biegle czytać po rosyjsku i nawet cokolwiek rozumiała. Grzeczna, nie sprawiająca żadnych kłopotów, najlepsza uczennica, poza chroniczną niechęcią do jedzenia po prostu cud miód i orzeszki.
Przyszedł czas komunii. Wszystkie dziewczynki miały śliczne białe sukienki z koronki, z wcięciem w talii i bufiastymi rękawkami. Ale dla dziewczynki mamusia przygotowała najnowszy krzyk mody - plisowaną suknię z podwyższonym stanem i rękawami rozszerzanymi do dołu. Dziewczynka nienawidziła tej sukienki, ale co miała robić, przecież sprzeciwiać się nie wolno... Wiele lat później, na własny ślub poszła w sukni wybranej przez matkę, w okropnym białym kapeluszu, bo co miała robić? Własnych pieniędzy nie miała, a darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda. Wymarzona suknia w kształcie tulipana nadal wisiała w salonie...
Kiedyś, jeszcze w liceum, zaczęła marzyć o emigracji, nie było jeszcze internetu, ba, komputerów nawet jeszcze nie było, całą wiedzę mogła czerpać jedynie z książek i atlasów. Chciała podróżować, zwiedzać świat, poznawać inne kultury... Wiedziała że na razie było to niemożliwe, bo przecież nawet paszportu normalnie nie można było dostać, a skąd pieniądze? W domu się nie przelewało. Ale marzenia pozostały. Niestety, pokręcone są ścieżki życia, dziewczyna zakochała się, wyszła za mąż, urodziła dzieci, jedno, drugie, wkrótce jej marzenia zostały zastępione walką o przetrwanie i zaspokojenie podstawowych potrzeb. Z całą pokorą skupiła się na spełnianiu marzeń innych...
I robiła to z ochotą, choć trudno było zachować pogodną twarz zmagając się z trudami życia codziennego, obowiązki matki, żony i kochanki pogodzić z obowiązkami w pracy, przy okazji wspierając moralnie całą rodzinę. Z wesołej, lubiejącej tańczyć i śpiewać, beztroskiej dziewczyny zmieniała powoli się w stateczną sztywną matronę, która musiała mieć wszystko zorganizowane i poukładane na czas, wszystko pod kontrolą, wszystko jak należy... to znaczy tak jak oczekiwali tego od niej inni. Zresztą, ona już była do tego przyzwyczajona, przecież zawsze spełniała oczekiwania innych...
I nagle pojawił się cień szansy. Nadażyła się okazja wyjazdu za granicę. Nie wahała się ani chwili. posklejała misterny plan w dwa miesiące. Przekonała męża że tak będzie lepiej, wykorzystując sytuację kiedy w jego zawodowym życiu zapadły wielkie zmiany, na gorsze. Z dwoma walizkami wyjechała w nieznane, spełniać marzenia. Niekoniecznie swoje jak się okaże...
Było tak cholernie ciężko... Nigdy nikomu się nie skarżyła, w rozmowach telefonicznych przekonywała wszystkich że wszystko jest w porządku, bo przecież oni tam mają tyle problemów, a ona jak to ona, zawsze da sobie radę.
Minęło parę lat. W życiu wszystko zaczęło się jakoś układać, ale nadal czuła że czegoś brakuje, że o czymś zapomniała. Dzieci dorosły, zaczęły zajmować się własnym życiem i w jej życiu nastąpiła powoli wszechogarniająca wszystko pustka. Idealny mąż przestał być taki idealny, poukładane życie zaczęło się komplikować. Nie, zewnętrznie wszystko było w porządku, nauczyła się przez lata skrywać skrzętnie swoje uczucia, najpierw przed światem potem przed najbliższymi. Co z tego że od czasu do czasu chciała się otworzyć, wygadać, wypłakać, co z tego że czasami nawet to robiła, co z tego skoro wszystkie jej wewnętrzne smutki i żale były traktowane jako fanaberie, a jej się "tylko wydaje", że sobie wszystko "wymyśla"... Nagle zaczęła zauważać że to co przez lata uznawała za normalne, wcale normalne nie jest. Że to co się dzieje w czterech ścianach zamkniętego przed wszystkimi domu to jest tak naprawdę świat wykreowany co prawda jej ręką, ale na życzenie innych. Że tak naprawdę ona to nie ona, że stała się wytworem cudzej wyobraźni i nie potrafiła już temu podołać...
Nie minęło jeszcze wiele czasu odkąd została sama. Sama... Powoli zaczęła odkrywać siebie, zastanawiać się nad celem jej istnienia w świecie, zaczęła znowu kreować swoje własne marzenia i powoli je realizować. Proste marzenia, możliwe do realizacji. Przebiec 10 kilometrów w godzinę. Pospacerować po plaży w ciemności. Kupić sobie parę dobrych kosmetyków, pójść z kolegą na piwo i pokazywać sobie zdjęcia z wakacji. Zagrać naprawdę dobry mecz w badmintona. Naprawić samodzielnie kocią klapkę i drzwi do kabiny prysznicowej. Kupić sobie nowy płaszcz chociaż go nie potrzebuje. Ot dlatego że jest ładny. Nauczyła się myśleć że można, że to nie dzieje się kosztem innych, że każdy dorosły ma obowiązek dbania o własne interesy i wzięcia odpowiedzialności za własne życie. Zaczyna tego uczyć własne dzieci. One nie mogą stać na jej drodze do marzeń. Po prostu nie mogą. Zrozumiała że nikt nie ma prawa dyktować komuś jak być szczęśliwym, każdy ma własne marzenia i własną drogę do szczęścia. Od niego tylko zależy czy i kiedy nią podąży.
Na razie jest szczęśliwa. Sama, ale nie samotna... Nie czuła się tak dobrze od dwudziestu paru lat...

Na koniec historyjka z ostatniej chwili.
W czwartek dzwoni syn.
- Yyyy, bo tego... no... bo wiesz, ja to bym chciał na weekend przyjechać do domu...
- No oczywiście synku, przyjedź, przyjedź, dawno nie byłeś.
- Yyyy, bo ja tak sobie pomyślałem, że mogłabyś mnie w piątek po pracy zabrać i razem byśmy pojechali...
- No dobrze, a co mi szkodzi, podjadę, zabiorę Cię.
- No i wiesz, trochę prania mam, to byś mi wyprała i w sobotę bym sobie wrócił...
- Aha - zapala się lampka kontrolna - no to fajnie, bo wiesz, nie mam zupełnie proszku i nie dam rady już wstąpić do sklepu to może być kupił ten proszek żeby było łatwiej...
- Aaa, to nie, to ja bez prania przyjadę, zjem sobie, potem wezmę monitor i parę jeszcze rzeczy i wrócę w sobotę.
- No dobrze, ale autobusem będziesz to wszystko taszczył? Przecież to ciężkie jest.
- No nie, przecież Ty mnie w sobotę rano odwieziesz, co nie? - oczami wyobraźni widzę zadowoloną minę syna.
- A nie synku, nie zawiozę Cię bo w sobotę rano mnie nie ma.
- Ale jak to Ciebie nie ma??? - najwyższe zdumienie.
- A tak to. Mam już coś zaplanowane na całą sobotę od rana i nie ma mowy żebym Cię gdzieś woziła, koniec i kropka.
- Ale co masz zaplanowane? No ja to masz zaplanowane? No to wiesz co? Ja w ogóle nie przyjadę! - już widzę tę obrażoną minę...
- No to super! Przyjedziesz innym razem.
- Nawet nie wiesz co tracisz...
- No nie wiem, Pa synku!

No i nie wiem co straciłam! I bardzo mi z tym dobrze!

Pozdrawiam!





12 komentarzy:

  1. Nareszcie! Dziecku krzywdy nie zrobilas, a jak bardzo sie dowartosciowalas. Im sie wydaje, ze matki tylko marza o tym, zeby bezwarunkowo im pomagac i byc na kazdy gwizdek, jak dotychczas. W tej kwestii nie chca zauwazyc, ze sa juz dorosli.
    Brawo, Iwona, tak trzymaj, bo inaczej wszystkie marzenia wezma w leb! :)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Córkę już trochę nauczyłam, ale synkowi wydaje się ciągle że jest u mamusi pod spódniczką. Oczywiście tylko wtedy kiedy mu wygodnie...

      Usuń
  2. Obrażać się? A na co? Dla mnie to zaszczyt, że mój pisanie coś porusza w kobietach. Że efektem tego, jest choćby Twój osobisty, emocjonalny post. I to, że pogoniłaś dorosłego synka, który jest już na swoim, aby zadbał o swój własny dorosły tyłek. O to własnie chodzi!
    Nawiasem mówiąc, ja bym odpowiedziała, że mamusia będzie po dzikiej nocnej orgii odsypiać i ani jej w głowie pranie i karmienie kogokolwiek :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha ha dobre, następnym razem wykorzystam ♥

      Usuń
  3. To się nazywa asertywność! Najwyższy czas coś zrobić również dla siebie.
    Nikt inny nie zadba o to, co nam się należy. "Ja" to też jest ktoś

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadza się, czas najwyższy. A potem mówi się że kobiety to jędze...

      Usuń
  4. Bardzo dobrze zrobiłaś :-)))
    Wreszcie trzeba o sobie pomyśleć ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki. Lepiej późno niż wcale...

      Usuń
  5. Pomóc owszem to oczywiste ale pozwolić siebie wykorzystywać bo matka to musi.
    Iwonko młoda z Ciebie kobieta nie koniecznie trzeba życie i szczęście upatrywać w związku z mężczyzną, koniecznie po ślubie koniecznie grzebiąc swoje marzenia realizując cudze, bo one ważniejsze. Trzeba wiedzieć jakie jajka lubimy my kobiety. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha Elu, ale do tego trzeba dojrzeć. Żyje się zgodnie z oczekiwaniami społeczeństwa najczęściej, a jak się ktoś wyłamie bo ma dość to już tragedia, czarna owca itede.
      "jakie jajka lubimy my kobiety"... Super to ujęłaś :-)))

      Usuń
  6. Ciekawe przemyslenia.
    Każdy człowiek jest inny i inaczej realizuje swoje życie.
    Ważne byś w tym wszystkim czuła się dobrze :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak Krysiu, masz zupełną rację. Dlatego nie powinno się wymagać od kogoś życia tak jak ja chcę. Ten ktoś ma swoje życie i swoje sposoby.

      Usuń