poniedziałek, 30 września 2013

Dziwne zwierzątka w moim domu

Żeby nie było że jestem miłośniczką TYLKO kotów, bo o nich przecież najczęściej tu piszę, postanowiłam pokazać wam tu, na blogu, jeszcze inne zwierzątka, które do mojego domu zawitały tego lata.
Tadam!



Zwierzątka są niestety w stanie... że tak powiem dość kruchym, zostały przywiezione do nas z Hiszpanii i są prawdziwą chlubą mojej córki.

Mamy też, mieszkającego na podwórku od dłuższego czasu, osobnika tajemniczego i niezwykle pracowitego, którego pierwszym namacalnym dowodem obecności była ta oto, utkana misternie i wysadzana brylantami sieć:



A oto i władca sieci:



Przepiękny, prawda?

sobota, 28 września 2013

Sezon na polowanie

Jesień to bardzo trudny okres. Ludzie miewają depresję, przyroda przygotowuje się do zimowego snu, a koty... polują. Uwaga, kto wrażliwy to niech od razu zamyka oczy!

Mając dwa koty nigdy nie wiemy tak naprawdę kto stoi za jakim łupem. Jak Tiguś był sam, to wiadomo było na kogo zwalać. A teraz? Czy najbardziej zagorzałym łowcą jest ten oto nieustraszony myśliwy?


Czy ta raczej skromna acz waleczna panienka?


Oto ostatnie łupy. Pierwszy z nich znaleziono w domu, pod kredensem. Mąż wymiatał śmieci i wśród tysiąca papierków, sznurków, piłeczek i pluszowych myszek które myśleliśmy że się zgubiły na zawsze, leżało także i to. Ptaszek, ładnie zasuszony, kto wie ile tam leżał...


Pewnego ranka na trawniku znaleźliśmy takiego oto delikwenta:


Innym razem Migusia znalazła sobie zabaweczkę w trawie:



A wczoraj, na chodniku, leżało ciało następnej ofiary.


I nie powiem już ile tych ofiar było, bo przecież nie każdej robi się pamiątkową pośmiertnę fotografię, prawda?
Mamy pewne przypuszczenia co do sprawcy wszystkich mordów, choć długo zachodziliśmy w głowę - kto? Ale kilka dni temu zaobserwowano i niestety nie uwieczniono na kamerze, jak Tiguś przyniósł w zębach myszkę podobną do tej powyżej, położył ją przed Migusią i odsunął się. Ta oczywiście dostała szaleju, a jak już po chwili się znudziła, Tiggy znowu trącił myszę łapą, podunął ją swojej siostrzyczce i odsunął się. Kazał jej się uczyć, czy co? Bo Migusia do tej pory to owszem, polowała bardzo chętnie, ale na muszki, osy (co już przypłaciła spuchniętą łapką) i motylki. Zazwyczaj poluje na podwórku, ale zdarza się że i w domu. Zobaczcie sami:


video

Obrońców praw zwierząt uspokajam - motylek przeżył, córka wyciągnęła go z worka i wypuściła, ku szalonemu oburzeniu Migusi. 

piątek, 27 września 2013

Humor z zeszytów szkolnych


Kontynuujemy cykl. Jako że przez ten tydzień przetoczyło się przez mą głowę aż za wiele czarnych myśli, niech będzie dziś o... umieraniu. A co!



Antygona pochowała brata, splunęła moralnie na króla i powiesiła się. 

Jacek Soplica po swojej śmierci był jakiś nieswój, ale przecież wiedział, że całe życie poświęcił ojczyźnie.

Żona Jacka umarła wcześnie, bo nie zaznała ciepłoty męża.


Wallenrod dał znak Aldonie, że już nie żyje.

Hanka i Wasylek kochali się tak bardzo, że ona się utopiła, a on umarł z głodu.

Jagna na szczęście nie była długo chora, wkrótce zmarła.

Brygida spostrzegła, że już nie żyje.

Chorym mówił miłe słówka, pocieszał ich tak, że nikt nie tracił nadziei, że umrze. 

Ziębowicz wyrzucał sobie to, że popełnił samobójstwo.

Mszę żałobną "Requiem" Mozarta dokończył inny kompozytor, ponieważ Mozart umarł i nie miał już na to czasu.

Mickiewicz umarł, zostawiając serce w kraju, a ciało za granicą.

W komedii bohaterowie dążą do celu powodując śmierć, często zakończoną szczęśliwie.




Miłego Weekendu!

* teksty i obrazek z internetu.

czwartek, 26 września 2013

A dzisiaj...

A dzisiaj będzie troszkę Migusi i Tigusia, bo już dawno o nich nie było. A ja ich całkowicie zaniedbałam. Nie tak dosłownie oczywiście, bo nażarte chodzą, czyste, zdrowe, odpchlone, odrobaczone i co tam jeszcze kotu do szczęścia potrzeba. Zaniedbałam ich blogowo i zdjęciowo. No ale jakieś tam fotki kotów zawsze się w aparacie znajdą, prawda? Więc będzie dziś co-nieco Migusi:





No i Tigusia. Jak mogłabym zapomnieć o moim najpiękniejszym koteczku na świecie?



Muszę przyznać, że ten burasek jest znacznie bardziej przyjazny kamerze niż czarnulka, znacznie bardziej! Podzielacie moje zdanie?


środa, 25 września 2013

Noc w A&E

Accidents and Emergency - czyli tam gdzie się szuka pierwszej pomocy w nagłych wypadkach. Jeżeli przyjdziesz na własnych nogach i nic nie zagraża twojemu życiu, możesz sobie poczekać na swoją kolejkę. Nawet kilka godzin. Czekając tak, oglądasz ludzkie historie. Najlepsze są piątkowe wieczory. Wtedy zjawiają się imprezowicze. Jak na przykład ta grupa podchmielonych na wesoło przyjaciół w kwiecie wieku, którzy po koncercie poszli sobie do pubu "na kilka", no i jedna z nich się upuściła szklankę, a potem upadła na to szkło. Ręka krwawi jak cholera, ale jej nie jest smutno bo przecież ma towarzystwo. Co z tego że podchmielone, stąd nikt ich nie wyrzuci, przecież nie rozrabiają. Albo ta grupka, przyprowadzili kolegę, który najwyraźniej dostał butelką w twarz, a setki odłamków powbijane ma w odkryte ramiona. Teraz następni - dwaj koledzy, prosto od grilla, oczywiście że po kilku piwkach. I dobrze, bo to co jest na jego piszczelach w normalnym stanie trudno byłoby znieść. Skakał sobie przez płot.
Policja to widok normalny na A&E. Przywożą przecież ludzi z interwencji, często w kajdankach, pijaczków z ulicy i naćpanych gości ledwo trzymających się nogach. Bo karetka ma ważniejsze zadanie. Przyjeżdżają też na zlecenie szpitala, jak do tego chłopaka z rozwaloną twarzą. Będą go przesłuchiwać, bo to przecież w wyniku bójki.
Jest też kobieta z oczami zapuchniętymi tak, że ledwo je widać. Nie wie dlaczego. Może krem, może słońce. Czeka cierpliwie. Chłopak z prawdopodobnie złamaną nogą i dwójka starszych ludzi, tym nie wiadomo co się dzieje bo są cichutcy, spokojni, uśmiechają się. Dziewczyna z paskudnie rozciętą wargą, prawdopodobnie również ofiara nieudolnego picia. Ludzie w poczekalni nie jęczą, nie krzyczą. Czekają z niezwykłą cierpliwością na swoją kolejkę. Od czasu do czasu ktoś zasłabnie, wtedy natychmiast wsadzają go na wózek i wywożą na spotkanie z lekarzem. O tak, czekając w poczekalni A&E można naoglądać się sporo, nawet nie można sobie wyobrazić jakie wypadki chodzą po ludziach. I nigdzie indziej się tego nie zobaczy.
Zupełnie inaczej wygląda to od strony pacjenta z karetki. Jak już kogoś przywozi karetka, to znaczy że nastąpiło prawdopodobieństwo zagrożenia życia i nawet jeśli tak naprawdę nie nastąpiło, to i tak należy to sprawdzić. Zanim pacjent trafi do karetki, trzeba po nią zadzwonić, odpowiedzieć na kilka krótkich pytań. Dosłownie po odłożeniu słuchawki zjawia się paramedyk, w razie gdyby trzeba było reanimować. Przeprowadza szybki wywiad, sprawdza funkcje życiowe. W tym czasie nadjeżdża karetka, która ma taki zasięg aby być zawsze w promieniu 7 minut. Ratownicy medyczni wiedzą już co się stało, dostają raport od paramedyka. Umieszczają pacjenta w karetce, tam przeprowadzają niezbędne badania, czyli ciśnienie krwi, poziom glukozy, temperatura, wywiad itp. Oczywiście mowa tu o pacjencie u którego wystąpiło prawdopodobieństwo zagrożenia życia ale funkcje życiowe są podtrzymane. Taki przypadek tu omawiam.
Po dotarciu do szpitala pacjenta umieszcza się na wózku, a jeśli nie jest w stanie utrzymać się na nogach - na łóżku. Taki pacjent nie trafie na poczekalnię, zostaje kierowany bezpośrednio na oddział. Tam po krótkim oczekiwaniu zostaje obejrzany przez pielęgniarza lub pielęgniarkę, jeszcze raz wywiad, pomiary, monitoring akcji serca, pobieranie krwi. Po tym przychodzi lekarz i decyduje. Na przykład że należy powtórzyć badanie krwi za cztery godziny i jeżeli wyniki nie będą satysfakcjonujące, po kolejnych dwunastu. A potem się zadecyduje czy pacjent idzie do domu czy zostaje w szpitalu. Oczywiście w międzyczasie podaje się pacjentowi leki uśmierzające cierpienie, a także zapobiegawcze w razie gdyby podejrzenia okazały się trafne. A potem pacjent musi czekać. W specjalnie wydzielonej strefie, z innymi osobami które także czekają.
W ciągu tych czterech godzin oczekiwania pacjent próbuje rozerwać się czytając ulotki, przysypia, a przede wszystkim obserwuje. Bo tu przypadki są nieco bardziej poważne, wszystkich pacjentów przywożą, albo na wózkach albo na łóżkach. Noc jest bardzo trudna, mnóstwo wypadków. Wszyscy dwoją się i troją. Kilka razy słychać alarm, wtedy większość personelu medycznego rzuca się w stronę specjalnych drzwi. Pewnie jakiś poważny wypadek. A pacjent obserwuje. Kobieta z widocznym bólem wątroby, płacze. Ale musi czekać na wyniki badań. Jak wszycy. Mężczyzna z bólem nie wiadomo czego, ale wciąż w klubowm ubraniu sportowym, pewnie grał w piłkę. Kobieta z cukrzycą, awanturuje się, przynoszą jej bardzo szybko coś do zjedzenia, podłączają pompę insulinową, uspokaja się po chwili. Chłopak tak pijany lub naćpany (kto to wie?) że nie jest w stanie utrzymać się na wózku. Kiedy pielęgniarka prosi o pomoc, chłopak zsuwa się z wózka głową w dół, jak pusty worek po ziemniakach. Przenoszą go na łóżko, próbują ocucić.
Zdecydowana większość chorych to kobiety, z kórych większość to starowinki. Szare, wysuszone ciała, spokojne oczy, one cierpią w milczeniu. Personel dwoi się i troi, widać ciągły ruch, nikt nie jest zostawiony samemu sobie, uśmiech na twarzach pielęgniarzy, kojące słowa pielęgniarek.
Cztery godziny jakoś mija, nasz pacjent musi ponowić badania. Wyniki będą do godziny. Jest już głęboka noc. W strefie oczekiwania pozostał już tylko on. Godzina mija bardzo powoli, oddział A&E powoli się uspokaja. W końcu nadchodzą dobre wieści - wyniki w porządku, można iść do domu. Zagrożenia życia nie było, ale należało sprawdzić. Na szczęście większość pacjentów ma taką samą diagnozę. Nieliczni muszą zostać w szpitalu, bardzo nieliczni niestety na długo.
Podziwiam brytyjskich pracowników medycznych. Mają ułatwione zadanie, mają doskonały sprzęt, świetną organizację, to prawda. Ale przecież uśmiech na twarzy i kilka ciepłych słów nic nie kosztuje. I oni mimo ogromnego zmęczenia to wiedzą.

wtorek, 24 września 2013

W zasadzie to nic

Nie miejcie mi za złe że tylko dwie piosenki dziś. Bardzo różne :-)
I to jedna nie najlepszej jakości. Tak jakoś wyszło. Ale posłuchajcie.




poniedziałek, 23 września 2013

Nic nie trwa wiecznie

Jeżeli ktoś uważnie czytał mego bloga i pamięta ten post i mógł sobie pomyśleć że stało się coś tak strasznego że nic gorszego nie może się już stać, zapewniam go - był w błędzie. W miniony weekend zawalił się świat, nie tylko mój, ale także wielu innych osób, zupełnie niewinnych. Oczywiście że nie będę pisać co się stało, to zostawiam do swobodnej interpretacji. Z tym że teraz to nie mnie skrzywdzono (choć może pośrednio też) ale ja to zrobiłam. I uwierzcie mi, wolałabym być po drugiej stronie. A ci którzy twierdzą że odpowiada się tylko przed swoim sumieniem, niestety nie mają racji. Odpowiada się przed sumieniem swoim ale także wszystkich tych których skrzywdziliśmy, a to sędzia okrutny i nie zawsze sprawiedliwy.
Poniosłam już karę i jeszcze niejedną poniosę. Nie mam nic na swoje uprawiedliwienie.



czwartek, 19 września 2013

Deszcz

Pada dziś od samego rana. Nie jest to taki typowy polski deszcz, gdzie leje i leje wielkimi kroplami. Tutaj raczej siąpi drobniutkimi kropelkami, które potrafią przesiąknąć do kości. Nie mówiąc już o włosach, które jak ktoś ma kręcone i sobie właśnie naprostował, od razu po wyjściu z budynku mają gdzieś wszystkie prostownice i skręcają się do poziomu "po-myciu". I żadna parasolka nie pomoże.
Co mi się podoba w czasie deszczu w Szkocji w porównaniu do Polski, to to że chodząc normalnie po ulicach ma się CZYSTE buty. I ktoś taki jak ja, który w starym kraju zawsze miał w czasie deszczu ubłocone spodnie, a oprócz spodni i łydki, a czasami aż po cztery litery, naprawdę jest w stanie to docenić. Bo tutaj oczywiście że również chlapię jak chodzę, ale tył mam zawsze czysty. Buty mokre, ale czyste. Jak wyschną, nawet nie trzeba szmatką przecierać, po prostu woda odparowuje i już.
Nie myślcie sobie że tutaj jest tak super, że budów nie ma czy remontów dróg, bo są. Ale w czasie robót nie ma błota, bo panowie tak ładnie zabezpieczają teren i wyznaczają czyste przejście dla pieszych, że nawet jak się jakieś błotko i zrobi, na pewno nie zostanie ono przeniesione w dal na naszych butach. Jak ktoś chce się w błotku pochlapać to musi iść do lasu czy parku, pochodzić trochę po udeptanej lub nieudeptanej ziemi. Co najczęściej czyni się w gumowcach, bo po co sobie buty brudzić? A tak, gumowce się zleje wodą jak przybłocone i już są gotowe do następnego razu.
Ja już sama nie wiem dlaczego w tej Polsce jest tak brudno... Przecież tak dba się o czystość. No tak, ale pod tą nazwą kryje się najczęściej "nie rzucanie papierków" i "zamiatanie liści jesienią". Ale o to że ulica, nawet na wsi, mogłaby mieć czyste pobocze, to już jakoś nikt nie pomyśli.
I tak, deszczowo, żegnam się z Wami na kilka dni. Odezwę się jak wrócę.

środa, 18 września 2013

Kawa zielona

Kto mnie czyta od początku wie, że na punkcie wagi (czytaj: chudości) mam niejako fioła. Muszę przyznać że chociaż pogodziłam się z tym jak wyglądam, a nie wyglądam wcale źle, nieprawdaż :-), szczególnie odkąd zaczęłam regularnie biegać, gdzieś tam siedzi we mnie wciąż ten diabełek który szepcze - za dużo kilogramów, za duży brzuch, za gruba szyja...
Cóż, jeżeli chodzi o odżywianie, nie mam zamiaru nic więcej robić, żadna dieta nie wchodzi w grę, jedyna zasada którą stosuję to ŻREĆ MNIEJ I WIĘCEJ SIĘ RUSZAĆ. Odstawiłam więc zupełnie produkty diet, z wyjątkiem napojów gazowanych, bo tych zwykłych po prostu nie lubię, zęby mnie po nich bolą, a najlepszy dla mnie pod każdym względem jest Diet Coke i to się nie zmieni. Przyznam że jestem zadowolona z decyzji, bo waga wolno ale jednak spada, ale chyba nie o wagę w tym wszystkim chodzi tylko o... chudość. Bo na przykład ważąc w tej chwili tyle samo co kilka lat temu, wyglądam lepiej - czytaj: chudziej. Do planowanego wyglądu jeszcze mi brakuje, jedyne czego się boję to zmarszczki które na mniej otłuszczonej skórze widać bardziej, ale z moim poziomem tłuszczu to daleko mi do tego, hehe!
Wszystko co powiedziałam powyżej nie powstrzymuje mnie jednak przed wypróbowaniem nowych kolejnych zdrowych eksperymentów na swoim organizmie. Tym razem padło na...
Jakoś tak się zgadaliśmy niedawno z mężem że kierowniczka marketingu u niego w pracy schudła znacznie, z wieloryba stała się większą foką, a jej (podobno!) sekretem okazała się zielona kawa. Wcale się nie dziwię że pani wymyśliła sobie ten właśnie środek wyszczuplający bo firma się produkcją i handlem m.in. kawy zajmuje, więc materiału doświadczalnego ma pod dostatkiem. Zainspirowana historią pani foki, w głowie już zobaczyłam siebie za kilka miesięcy (!!!), zakładając że moje tempo będzie jedną dziesiątą tempa tej pani, będę szczupła jak modelka już na Boże Narodzenie! Yuppiiii!
Namawiałam, prosiłam, zachęcałam męża do przyniesienia mi tej zielonej kawy, bo u nich przecież tony się tego walają po magazynie, zanim kawę się wypali to jest przecież świeża, zielona, co nie? Ociągał się długo, niby zapominał, w końcu wczoraj postawiłam twardo - albo mi przyniesie kawę, albo.... (i tu każdy sobie może dopowiedzieć zakończenie jakie lubi). No i kawa zielona się w domu wreszcie znalazła.
Nie znając wcześniej tego napoju, choć kawę surową w ziarenkach to już widziałam niejeden raz, wyszukałam potrzebne informacje, przede wszystkim co to jest i jak się to parzy. Najlepiej chyba opisuje to ta strona, a zdjęcia na niej przedstawiają dokładnie to co i na moich zdjęciach bym pokazała, gdybym je zrobiła.
Zaparzyłam więc wczoraj wieczorem po raz pierwszy. Hmmm..... wielbiciele zielonej herbaty i w ogóle wszystkich ziołowych i wymyślnych herbat mają tu wielką przewagę, ponieważ napar z zielonej kawy smakuje jak... wywar z trocin? Z trawy? A może z trawy wymieszanej z ziemią z dodatkiem trocin? W każdym razie smakuje... BOSKO inaczej, a gdy pije się go małymi łyczkami, ma się autentyczne wrażenie że już działa, już w tej chwili, bo przecież jak lekarstwo jest niedobre to jest dobre, prawda?
Zielona kawa zawiera takie same ilości kofeiny co zwykła palona kawa, dlatego kto wrażliwy, musi uważać. Ja tam wrażliwa na kawę nie jestem, dlatego też żadnych sensacyjnych efektów wieczorem nie miałam. Za to dzisiaj rano... Wypiłam szklankę naparu po śniadaniu. I już w drodze do pracy poczułam lekkie ciepło na policzkach, raczej takie coś mam czerwonym winie, nigdy po kofeinie. Ale znaczyć to może tylko że - działa! Podnosi ciepłotę ciała czyli wspomaga spalanie. Czyli właśnie to o co mi chodzi.
Ale nie chwalmy dnia przed zachodem słońca. Popijemy, zobaczymy. Na pewno zdam jeszcze relację z wyników doświadczenia, postaram się aby była bardziej wnikliwa i poparta dowodami naukowymi.

I z góry muszę uprzedzić, że być może to ostatni wpis w tym tygodniu bo wyjeżdżam i będę miała tylko internet mobilny, a nie lubię pisać postów na komórce czy tablecie. Jeżeli nie uda mi się zamieścić już nic więcej do niedzieli, zapraszam na poniedziałek.

poniedziałek, 16 września 2013

Znowu poniedziałek.

Niektórzy mają niemałe zmartwienie z internetem, dopadło i mnie. Internet u mnie chodzi jak należy, i w domu i w pracy, i mobilnie też. Ale mojemu cholernemu Ajfonowi coś się stało i się nie łączy bezprzewodowo. A wiadomo ile danych się ściąga, jak się ogląda filmiki na YouTube czy publikuje na Facebooku. Niby widzi sieć, niby się łączy, a nie ma internetu. Muszę być w zasięgu dwóch metrów od routera żeby móc przeglądać sieć. Wystarczy że wyjdę z pokoju - nie ma. Wszyscy inni odbierają - komórki, tablety, laptopy, latają po całym domu i się cieszą z zasięgu, tylko nie ja. Już zrobiłam wszystko co mogłam, zresetowałam ustawienia sieci, ustawienia telefonu też, w końcu wyczyściłam wszystko i przywróciłam do ustawień fabrycznych - nic. Chyba coś ze sprzętem więc. Zgłosiłam usterkę, czekam. Niby przeżyć przeżyję, jakiś tam internet mam, bo nawet LTE w niektórych miejscach, ale na tym nie wszystko pojedzie niestety, bo niektóre aplikacje wymagają wifi i bez tego ani rusz. Przeklęty Apple!
Ale że moja komórka najlepsza z najlepszych bo służbowa, muszę cierpliwie czekać aż mi ją wymienią czy coś. Bo prywatnej nie mam i mieć nie będę póki nie muszę, nie będę z dwoma telefonami ganiać jak oszołom. No i tak to się wyżaliłam przy poniedziałku. Ech.



sobota, 14 września 2013

Oto co wygrałam

Pisałam dwa dni chyba temu że wygrałam coś tam firmy Lancôme. No to teraz o tym będzie, ale proszę się ze mie nie śmiać. To jest jeden z moich nielicznych wpisów kosmetycznych, więc jestem niezmiennie podekscytowana.
Oto co dostałam w przesyłce:


Takie oto dwa pudełeczka:



W jednym pudełeczku lustereczko damskie do torebki, w drugim...

W drugim pudełeczku cienie do powiek.

Nie mogę powiedzieć że się nie ucieszyłam, bo ucieszyłam się bardzo. Prawie nigdy nic nie wygrałam, ale o tym już pisałam.  Lustereczka nie miałam, bo jedyne moje z podrabianego Louis Vuitton które zakupiłam w Tunezji, rozleciało się i zardzewiało. Więc musiałam się przeglądać w Iphonie. 

A co do palety cieni... coż, kolory wybrano dla mnie idelanie takie jaki mi były potrzebne. Co z tego, że dokładnie tydzień wcześniej kupiłam sobie podobną paletę... L'Oreal? Będę miała dwie, w dodatku ta nowa jest w znacznie piękniejszym opakowaniu, o wiele lepiej wykonana. Jeszcze nie używałam ani jednego ani drugiego, a już czai się na to wszystko SĘP w postaci mojej córki. O nie, sęp tym razem nie wysępi. Niech SE sama weźmie i zabierze udział w konkursie, co nie?

piątek, 13 września 2013

Piątek Trzynastego

Nie będzie dzisiaj humoru z zeszytów szkolnych. Bo jest kolejny Piątek Trzynastego na moim blogu.
Niedawno śniła mi się TRZYNASTKA. Normalnie mi się śniła trzynastka. Nie zdawałam sobie zupełnie sprawy aż do dzisiaj że przecież dzisiaj właśnie jest trzynasty dzień miesiąca, w dodatku piątek. Nie żebym była jakaś specjalnie przesądna, czarne koty mnie nie straszą, no może z wyjątkiem Migusi która buszuje czasami po domu nocą w poszukiwaniu przygód. Ale Migusia się nie liczy, bo ma biały krawacik i dwie białe plamki na brzuszku, w dodatku szary podszerstek, więc rasowym czarnym kotem to ona nie jest.
Ale ta trzynastka... Ech, byle do soboty!



czwartek, 12 września 2013

Rozdawajka wsiowa

A u Anki na wsi w Japonii jest rozdawajka! Ja się zgłosiłam bo mam przecież dobrą passę - niedawno u Anki Wrocławianki wygrałam koci certyfikat i zielonego pieska :-), teraz wygrałam te "kosmetyki" Lancome (o tym będzie pojutrze), to może i na tej wsi mi się poszczęści?

Zapraszam! Chrupki o smaku koka-koli nie wszędzie można spotkać :-)

http://nawsiwjaponii.blogspot.co.uk/2013/09/wsiowa-rozdawajka-czipsowa.html

wtorek, 10 września 2013

Atlas chmur

Długo czekał ten film na obejrzenie, dlatego że jest długi. A ostatnio jakoś nie było czasu na takie długie posiedzenia przed telewizorem. Ale wczoraj, coś mnie skusiło, zrezygnowałam nawet z badmintona, przykryłam się kocykiem i obejrzałam.
Właściwie to nie wiedziałam co będę oglądać. Czytałam małe conieco w czasie premiery i to wszystko.
Wiem że obraz zmagał się z zupełnie skrajnymi opiniami krytyków i widzów. Niektórzy mówią że za długi, inni że przegadany. Owszem, jest długi, ale muszę powiedzieć że ani przez moment się nie nudziłam.

Oficjalne podsumowanie głosi że film opisuje historię ludzkości, w której konsekwencje działań ludzi wpływają na siebie wzajemnie poprzez przeszłość, teraźniejszość i przyszłość, morderca zmienia się w wybawcę, a pojedynczy akt życzliwości wieki później kończy się rewolucją. Czy można na podstawie tego wysnuć opinię o filmie? Czy można przewidzieć jego treść, akcję? Z całą pewnością nie. Dlatego zupełnie nie wiedziałam czego się spodziewać.

Film to sześć całkowicie różnych historii, pozornie ze sobą nie powiązanych, podzielonych przestrzenią i czasem. Obrazy nie przeplatają się ze sobą, ale tworzą pewnego rodzaju mozaikę, która układa się w zaskakującą całość. W dodatku, dobranie tych samych aktorów grających różne postaci, spina w jakiś sposób poszczególne sceny, pozwalając widzowi usystematyzować swoje spostrzeżenia w pozornym chaosie zdarzeń.

Jak dla mnie, film piękny, bardzo refleksyjny, chwytający za serce. Dla romantyków wątki miłosne, dla wrażliwców sceny "do popłakania", dla miłośników kina akcji - strzelanie, pościgi i wybuchy. W dodatku, dla melomanów - przepiękna muzyka.
Jeżeli ktoś może wygospodarować prawie trzy godziny wolnego czasu na odrobinę rozrywki - serdecznie polecam!





P.S. Właśnie odebrałam telefon z informacją że wygrałam jakiś konkurs Lancôme, o którym zapomniałam że brałam udział i że przesyłają mi jakiś zestaw kosmetyków (w ekscytacji zupełnie nie zrozumiałam o co chodzi)! Yupiiiii! Szczęśliwy wtorek!

poniedziałek, 9 września 2013

Słomiana matka

Weekend upłynął mi pod znakiem kupowania, gotowania, doradzania w pakowaniu i odwożenia syna do tymczasowego mieszkania, czyli domu studenta.
Choć studia pełną parą ruszą dopiero za tydzień, już w sobotę zaczął się tzw. freshers week, czyli tydzień poświęcony tylko i wyłącznie studentom pierwszego roku. Czas na akomodację, zapoznanie się z kolegami, z miejscem, z Uniwersytetem, na zabawy i imprezy powitalne, których jest od groma i trochę. Specjalne herbatki dla rodziców (wielu studentów zagranicznych, szczególnie z Chin, przyjeżdża z rodzicami), aby mogli zapoznać się z tym co ich dziatki mają w programie studiów. Nawet codzienne spotkania organizowane specjalnie dla miejscowych, czyli mieszkających w Edynburgu, żeby też coś z życia mieli. Mój syn, pomimo że "miejscowy", to jednak mieszka poza obrębem miasta i dlatego mógł starać się o akademik. A teraz jest cenionym i szanowanym członkiem akademickiej społeczności, bo nie tylko zna topografię miasta i jego okolic, ale też okoliczne puby i imprezownie, więc oprowadza chłopaków z mieszkania po mieście w chwilach wolnych. Których za wiele nie ma, bo Uniwersytet przygotował się doskonale do zapełnienia prawie każdej minuty nowo przybyłego studenta. W związku z tym kontaku z synem prawie nie mam, a jak mam to bardzo lakoniczny, z czego wnioskuję że bawi się dobrze, żyje i z głodu nie padł. Do pokoju zgodził się nas zaprosić tylko w momencie wprowadzania się, czyli pomagania w taszczeniu bagażu. Od tej pory noga rodzicielska nie ma prawa tam stanąć. Choć nie ukrywam że bardzo by chciała. Prywatność jednak młodego człowieka trzeba szanować. No to szanuję, na tyle że zdjęłam mu brudną pościel z łóżka, wyprałam i zaniosłam z powrotem do zabałaganionego pokoju, jak sobie przyjedzie to sobie posprząta. Nic więcej nie robię, choć mnie korci, oj korci...
No i tak, z dnia na dzień stałam się "słomianą matką" (może być słomiana wdowa to czemu nie matka?). Powłóczyłam się więc wczoraj po pustym domu w szlafroku do południa, upichciłam szybki obiad, bo komu teraz gotować, no komu? A wieczorem to nawet filmu nie było z kim oglądać...


P.S. Przypominam, że w domu została córka, mąż i dwa koty :-)

piątek, 6 września 2013

Humor z zeszytów szkolnych

Jako że pierwszy tydzień szkoły (niemal) już za nami, cykl o humorze z zeszytów szkolnych zostaje reaktywowany. Tadam!


Nowe badania wykazały że człowiek nie powstał z prochu, ale z gliny.

Mamy dwa typy oddychania: mężczyźni oddychają brzuchem, a kobiety piersiami.

Serce zdrowego człowieka powinno bić 70 do 75 minut.

Słowik - samiczka sama znosiła jajka, bo samiec nie chciał jej pomagać.

Koty rozmnażają się jak ludzie, ale jest różnica - ich potomstwo rodzi się ślepe.


I jak zawsze, wisienka na torcie: 




Wesołego weekendu!


Foto i teksty z internetu

czwartek, 5 września 2013

Kilka sposobów na wnerwienie kobiety.

Za kobietą się nie nadąży, każdy to wie, my same też. Raz wesoła, raz smutna, raz kocha, raz się wścieka. A wścieka się najczęściej zupełnie bez powodu. Tak przynajmniej twierdzą mężczyźni. Może mówię tu tylko za siebie, ale na pewno każda pani znajdzie coś z własnego ogródka. Jak najszybciej mężczyzna może wnerwić kobietę?

1. Zostawić załadowaną zmywarkę z umytymi naczyniami i zacząć kolekcjonować brudne naczynia w zlewie.
2. Głośno narzekać odtykając zlew/wannę, komentując ilość włosów która na pewno ten zlew/wannę zatkała.
3. Użyć jej super drogiego kremu przeciwzmarszczkowego do posmarowania sobie rąk.
4. Zasugerować jej wyrzucenie od dawna nienoszonych, super waskich spodni, bo przecież są za małe i niemodne.
5. Usmażyć jej na śniadanie jajecznicę  z dodatkiem stu tysięcy egzotycznych przypraw.
6. Wrzucić limonkę do wódki z colą, chociaż ona nie cierpi, wręcz nie znosi limonki.
7. Zjeść ostatni kawałek sushi, które ona przygotowywała pół dnia.
8. Skomentować jej ubiór przed ważnym wyjściem, np. "Wiesz co, bardziej by ci chyba pasowała tamta niebieska bluzka".
9. Klepnąć znienacka mocno w tyłek, szczególnie kiedy ona leży na brzuchu i czyta książkę.
10. Nie odpowiedzieć na pytanie, które dla niej jest szczególnie ważne w tej chwili..

To tylko dziesięć sposobów jak skutecznie wnerwić kobietę. Jestem pewna że jest ich jeszcze ze sto tysięcy. Może się podzielicie, czym WAS najbardziej wkurzają wasi mężczyźni?


środa, 4 września 2013

O tęsknocie słów kilka

Podaję za Wikipedią:

Tęsknota to uczucie braku czegoś lub kogoś istotnego dla danej osoby. Często pojawia się odczuwanie niepokoju, smutku, zamyślenia. Im bardziej odczuwany jest brak kogoś/czegoś, tym bardziej wzmaga się cierpienie psychiczne. Powodami uczucia tęsknoty mogą być: brak wszelkiego kontaktu z bliskimi lub ograniczenie kontaktu z nimi, spowodowane obiektywną sytuacją losową, subiektywnym stanem psychicznym. Tęsknota odczuwana jest także w związku z pragnieniem posiadania partnera, potrzebą akceptacji i zrozumienia przez niego. Stan tęsknoty może być powodem popadnięcia w depresję.

No dobrze, tak podaje internetowa encyklopedia. Artykułów naukowych, pseudo-naukowych i popularnych na temat tęsknoty jest w internecie zatrzęsienie, więc nie będę się tu rozwodzić nad mechanizmem, przyczyną i skutkiem tejże. Skupię się natomiast zupełnie egoistycznie na sobie, bo zupełnie nieoczekiwanie i wszechobecnie mnie właśnie owo uczucie ostatnio nawiedza. Prawdopodobnie ma to związek z nadchodzącym wielkimi krokami syndromem pustego gniazda, być może składa się na to szereg wydarzeń, które zdarzają się ostatnio w moim życiu, a może po prostu wiek. Tęsknota...

Człowiek od urodzenia za czymś tęskni. Dziecko tęskni za mamą, za babcią, za pieskiem. Ja tam za babcią nie tęskniłam, miałam ją co tydzień, bo rodzice "oddawali" mnie z siostrą na weekendy i wcale im się nie dziwię. A nam było fajnie, bo z babcią wiadomo, można więcej niż z mamą. Tato pracował długie lata za granicą i przyjeżdżał raz na kilka miesięcy, potem co kilka tygodni. Czy tęskniłam? Chyba bardziej za prezentami i słodyczami niż za nim. Chyba byłam jednak bardzo rozpuszczona, bo jak sobie przypominam swoje dzieciństwo, to nie tęskniłam za nikim i niczym. Uczucia braku kogoś nie miałam, a uczucie braku czegoś zastępowałam pragnieniem tego czegoś. Czasami tak głębokim, że musiałam to mieć. I nie chodzi tu o rzeczy materialne, bynajmniej, bo ja materialistką nie jestem, chodzi o czyny raczej. Jak zapragnęłam kąpać się w jeziorze, to żeby mama na głowie stawała i szlabany dawałą, ja się w tym jeziorze wykąpać musiałam. Nie myślcie sobie w tym momenncie tak bardzo źle o mnie - ja byłam BARDZO rozsądnym dzieckiem, jezioro duże, plaża publiczna, ratownicy, granice których przekraczać nie miałam zamiaru. 
Jako że miałam dwie młodsze siostry, opieką nad którymi nieustannie dzieliła się ze mną moja mama, miałam ciągłą i niezaspokojoną potrzebę wolności, której przecież miałam tak mało. I tak zrodziła się we mnie tęsknota. Tęsknota za wolnością.
A potem przyszło samo życie.
Żyłam szybko, żyłam intensywnie, zupełnie nie po kolei. Szkoła, studia, dzieci, nie miałam czasu na zaspokajanie własnych potrzeb. Nie miałam powodów aby zauważyć uczucie braku czegoś lub kogoś, choć co pewien czas pojawiał się w mym życiu pewien specyficzny jego element, dzięki któremu mogłam się cofnąć do czasów kiedy zaczynałam tęsknić za wolnością. I tak przez wiele lat. 
Dzieci rosły, życie toczyło się swoim torem i nagle przyszedł czas że tęsknota dopadła i mnie. Niewypowiedziana, niewyobrażona tęsknota na emigracji, ale trzeba było jakoś stawić jej czoła, jakoś zwalczyć, bo żyć przecież trzeba. To było bardzo smutne, ale ciekawe doświadczenie. Tęsknota za krajem, za domem, za bliskimi. Tutaj nazywają to bardzo ładnie "homesickness" czyli w wolnym tłumaczeniu choroba z tęsknoty za domem. 
Mówią że co nas nie zabije to nas wzmocni. Być może tak jest. Być może potrafiłabym poradzić sobie uczuciem tęsknoty zamieniając je na nostalgię, na smutek, zamyślenie. Być może mogłabym z chłodnym czołem i uniesioną głową rozliczyć się z sentymentami, bo życie twarde jest i do przodu trzeba, do przodu... Więc dlaczego tak tęsknię ogromnie do czegoś co dawno minęło, do czego mieć nie mogę, czego mieć mi po prostu nie wolno?
Czy to w ogóle jest tęsknota???


poniedziałek, 2 września 2013

Pierwszy dzień szkoły

Wszystkim dzieciaczkom które zaczynają dziś szkołę po raz pierwszy, składam serdeczne życzenia samych sukcesów i w ogóle, wesołego roku szkolnego. Mamom i tatusiom przede wszystkim wytrwałości i cierpliwości. Nie każde dziecko jest genialne, nie każde musi zostać naukowcem. Miejcie to na uwadze, drodzy rodzice. Co nie oznacza że pilnować do nauki nie trzeba. Ale i poświęcić się trzeba wiele razy, wszak to do młodzieży świat należy!


Foto znalezione w internecie