sobota, 31 sierpnia 2013

Żółto

Kupilam kwiatki w Tesco. Przynioslam do domu. Prawie Van Gogh!
Ciepłej soboty!

piątek, 30 sierpnia 2013

Humor piątkowy

Jako że de facto rok szkolny w Polsce jeszcze się nie zaczął, Humor z zeszytów szkolnych musi jeszcze poczekać. Zamiast tego będzie o... komandosach:


I jeszcze kilka faktów z życia znanej osobistości (kto wie jakiej?) które sama przerobiłam na potrzebę chwili:

Co zrobi komandos gdy napadnie go armia? Otoczy ją!

Komandos uczy kamienie jak być twardym.

Komandos szybciej stoi niż ty biegniesz.

Jak komandos robi pompki to odpycha ziemię.

Komandos regularnie oddaje krew, ale nigdy swoją.

Komandos słyszy ultradźwięki i infradźwięki. Słyszy także światło.

Jeśli widzisz komandosa, on ciebie widzi. Jeśli nie widzisz komandosa, prawdopodobnie jesteś kilka kroków od śmierci.

************************
Wesołego weekendu!

środa, 28 sierpnia 2013

Znowu o Świętach

Wstrzeliłam się wczoraj w nastrój jak cholera! Bo oto cóż się dzisiaj stało? Otóż w drodze ze spotkania na spotkanie, wstąpiłam do Costco po pomidorki. Wchodzę - jest 28 sierpnia zauważcie - a tam już od progu to:


Jak choinka to i bombki, piękne, ręcznie malowane, piekielnie drogie


No i oczywiście Mikołaje i inne niezbędne akcesoria, do tego stopnia niezbędne że już dziś, już teraz, trzeba, koniecznie należy je nabyć:




No wszystko pięknie, wybór może jeszcze niezbyt urozmaicony, ale żeby Boże Narodzenie w sierpniu??? To się już w głowie nie mieści! We wrześniu to już widziałam, co roku robią to ludziom, ale teraz??? A na Halloween, który jest przecież o wiele wcześniej tylko to:


Już widzę co się będzie działo w sieciówkach niedługo, brrr...

P.S. Nie widziałam żeby ktokolwiek coś z tego kupował ;-)
P.S.2. Dlaczego w sumie ja tak nienawidzę tych świąt?

wtorek, 27 sierpnia 2013

Święta tuż tuż????

Do szału doprowadzają mnie mojej mamy przygotowania do świąt Bożego Narodzenia w lipcu (!). Ja święta z każdym rokiem lubię coraz mniej, ostatnie były wręcz tragiczne. Kiedyś myślałam że Boże Narodzenie to tradycja, więc trzeba pielęgnować tę tradycję, coś przekazać dzieciom, aby pamiętały. Z biegiem czasu jednak ta tradycja zaczęła przechodzić w groteskę. Bo jak inaczej nazwać naharowanie się przygotowując niezliczoną ilość żarcia dla kilku zaledwie osób, które nie będą w stanie tego przejeść przez tydzień a przetrawić przez następne dwa? Kiedy główną myślą okołoświąteczną dla dzieci stają się prezenty - coraz droższe, coraz wymyślniejsze, coraz trudniejsze do zreazlizowania, wiadomo - kryzys. Kiedy dostajesz w prezencie coraz większe badziewia, od których aż bije "KUPIONE ABY BYŁO"... I pomyśleć że dałam się wciągnąć w tę farsę. Po ostatnich świętach przygotowanych w domu, postanowiłam - takiej imprezy to u mnie już nie będzie. Owszem, pojawia się dylemat, bo dziecko przyjedzie na święta, będzie chciało jeść. Więc zrobię coś, oczywiście, ale tylko tyle aby wystarczyło. Po co gotować gar bigosu, kiedy nikt go już po świętach nie ruszy? Szczerze mówiąc, myślę że dla moich dzieci wystarczyłoby przygotować barszcz z uszkami i pierogi z kapustą, bo i tak tylko to w tym czasie jedzą.
Mam dość tego ciągłego obżarstwa, picia, tego że zawsze na drugi dzień świąt mam dom pełen gości, którzy przyszli wcale nie na moje urodziny. I że ja w swoje urodziny piekę swojego torta, zastawiam stół żarciem, przyjmuję gości. Już w zeszłym roku powiedziałam dość. Nie ruszyłam palcem. Tort był z supermarketu, nie ja go kupiłam, nie ja go nawet jadłam. Przeleżałam pół dnia w łóżku a drugie pół przed telewizorem. Z lampką czerwonego wina w ręce.
Dlaczego teraz piszę o Bożym Narodzeniu? Przecież sierpień jeszcze, do świąt naprawdę daleko. A dlatego że od pobytu w Polsce moja własna matka molestuje mnie o prezenty. Co drugi dzień dzwoni (dlaczego ach dlaczego Netia wymyśliła darmowe rozmowy zagraniczne?) i pyta a co mi kupić, a co kupić dzieciom, a co temu, a co tamtemu. Mówię, mamo, nie wiem, nie obchodzi mnie, ja się was nie pytam, mamo my wszystko mamy, po co będziesz wydawać pieniądze. Ale jak to, mówi ona, przecież muszą prezenty być i kropka. I muszę wiedzieć TERAZ bo mam was dużo i przed świętami nie będę miała pieniędzy a teraz mam to mogę kupić.
Ale mnie to naprawdę nie obchodzi!!! Grrrrr....





niedziela, 25 sierpnia 2013

Django

Kiedyś nie lubiłam Quentina Tarantino. "Pulp fiction" probowałam obejrzeć kilka razy, ale zawsze albo w telewizji puszczano to zbyt późno aby dotrwać do końca, albo dowiadywałam się za późno i ominęlam kawał początku, a koniec przespałam. Cóż, uroki posiadania dzieci w młodym wieku...
Potem przyszła kolej na "Kill Bill". Nie byłam, i nadal nie jestem zwolennikiem oglądania filmów gdzie krew leje się strumieniami, więc i ten pominęłam.
A potem przyszedł czas kiedy dzieci dorosły i zaczęły swoje własne poszukiwania. "Kill Bill Vol. 1  i 2" pojawiły się znienacka w moim domu. Córka zawsze miała dość wymyślny smak filmowy, ale przekonałam się wielokrotnie że jak już mnie na jakiś obraz namawia, to jest on najczęściej naprawdę dobry. Obejrzałam więc. I ze zdziwieniem przekonałam się, że choć mnóstwo tak przemocy i scen rodem z prymitywnej jatki, to jednak nie obrzydza mnie to i nie odrzuca. Zaczęłam za to poznawać specyfikę pomysłów Tarantino i wyniki jego chorej, jak mi się wydawało i wciąż wydaje, wyobraźni.
Zebrałam się więc w sobie i obejrzałam "Pulp fiction" od początku do końca. A potem przyszła kolej na "Reservoir dogs" ("Wściekłe psy"). Wiem, powinnam go być może obejrzeć w pierwszej kolejności, bo to był pierwszy film tego reżysera, ale już miałam wyrobioną o nim opinię i oglądałam innym okiem.
A potem przyszła kolej na "Inglorious basterds" ("Bękarty wojny"). I znakomitą rolę Christopha Waltza. I przyznam szczerze, że kiedy dowiedziałam się że wystąpi on również w najnowszym filmie Tarantino, byłam niezmiernie podekscytowana. "Django unchained" (czyli po prostu "Django") pojawił się już pod koniec ubiegłego roku, ale mam zasadę że na filmy Tarantino do kina nie chodzę. Jest to coś czego wolę zażywać w spokoju, bez szelestu papierków czy siorbania coli. Tak więc czekałam cierpliwie aż pojawi się na dvd, a kiedy pojawił się w mojej wypożyczalni, czekałam cierpliwie na swoją kolej. Tak się złożyło że film przyszedł już miesiąc temu, ale przecież byłam na długich wakacjach w Polsce, a w zeszły weekend nie było czasu. Gdy więc wczoraj przyszedł odpowiedni czas, zasiedliśmy przed ekranem.
I jak zwykle, nie zawiodłam się. Oczywiście nie będę tu opisywać fabuły czy pisać recenzji, bo to znaleźć można wszędzie. Mogę za to z całą stanowczością film polecić. Owszem, jak to u Tarantino, użyto całe mnóstwo czerwonej farby i szeregu efektów specjalnych, w wyniku których nawet sam Quentin zostaje rozerwany na kawałki, ale nie odstręcza to, nie drażni. Może dlatego że ponieważ sceny kręcone były w odpowiedni sposób, człowiek ma jednak wrażenie nierealności, groteskowości, a odpowiednia wizualizacja drastycznych fragmentów pozbawia ich prawdziwego okrucieństwa. W filmie jest zbrodnia i jest kara, jest miłość i nienawiść, przyjaźń i zemsta, wina i odkupienie. A także "i żyli długo i szczęśliwie". W znakomitej obsadzie aktorskiej.
Kto nie widział, serdecznie polecam. Tylko proszę mi potem nie mówić że Tarantino be, że obrzydliwe. Bo do jego filmów to trzeba dorosnąć.

Foto z internetu.

piątek, 23 sierpnia 2013

A niech będzie i o pieskach

Jako że Humor z zeszytów szkolnych został zawieszony na czas wakacji, a jest piątek i trzeba sobie czymś humor poprawić, zapraszam na filmik o pieskach które uwielbiają wodę. Miłego oglądania!



czwartek, 22 sierpnia 2013

Syndrom

Kto kiedykolwiek miał córkę, wie jak to z córkami bywa. Konflikt matki z córką to odwieczny temat do dyskusji. Ja zawsze powtarzam, że wolałabym mieć dwóch synów niż jedną córkę, ale być może nie mam racji.
Tak się zdarzyło że córkę mam bardzo konfliktową. Nauczyłam się z tym żyć, ale nie oznacza to że jest mi z tym łatwo. Uważam że dwudziestoletnia kobieta może już i ma pełen obowiązek dbania o swoje własne interesy. Rodzice owszem, mogą wspierać i pomagać, ale nie oni są już niestety odpowiedzialni za swe dorosłe dziecko i jego czyny bądź ich zaniedbanie. Usłyszałam kiedyś w radiu takie kontrowersyjne, ale bardzo mądre zdanie, że dzieciom (takim jak moja córka) należy pomagać, ale tylko tak aby nie pomarły z głodu. Żeby doceniły poświęcenie jakiego dokonują rodzice, żeby stanęły na swoje własne, dorosłe, odpowiedzialne nogi.  One muszą zrozumieć że rodzice mają swoje własne życie, swoje własne potrzeby, swoje własne problemy. Muszą zaakceptować że nadchodzi pora dać coś od siebie.
I otóż wczoraj, córka moja, wyrządziła mi potworną awanturę o nic. Poczuła się urażona że jej brat kupił sobie w mojej obecności (za własne zarobione pieniądze) coś czego nie pozwoliłam jej włożyć do koszyka w supermarkecie, kiedy płaciłam ja. Strasznie mnie zabolało takie potraktowanie sprawy i postanowiłam że rozmawiac z nią już nie będę, każąc jej zejść mi z oczu i nie zbliżać się do mnie na odległość pięciu metrów. Owszem, opamiętała się dość szybko i przepraszała mnie ze trzy razy, ale moja urażona tym razem duma postanowiła przeprosin nie przyjmować tak łatwo. Przy okazji dając nauczkę.
Nie jestem jednak osobą która potrafi się "nie odzywać", więc po jakimś czasie dałam się przeprosić. I w tym momencie córka zaskoczyła mnie totalnie. Powiedziała:
"Mamo, ty nie jesteś nienormalna, ja już wiem co ci jest. Ty masz po prostu syndrom ptaka, który chce wykopać pisklęta z gniazda bo już na to przyszedł czas."
No tak, coś w tym chyba jest ;-)

środa, 21 sierpnia 2013

Co nas w nich urzeka...

Czasem linia męskiego karku może zmienić całe twoje życie. Sposób, w jaki sięga on do kieszeni po drobne, powoduje skurcz serca i chłód dłoni. To, jak dotyka twego łokcia lub nie zapiętego guzika mankietu koszuli, budzi w tobie demony, których istnienia nikt nie był świadom.

To nie moje słowa, one pochodzą z książki "Pan Fiddlehead" Jonathana Carrolla. I nie zamierzam tu opisywać książki, bo jej nie przeczytałam. Co mnie zastanowiło to właśnie ten cytat, znaleziony w internecie.
Cóż, my kobiety nie zawsze zdajemy sobie sprawę co tak naprawdę nas w nim urzekło. Bo o ile w drugą stronę sprawa jest, wydaje się, mniej skomplikowana - ot para zgrabnych nóg czy kołyszące się piersi urzekną każdego mężczyznę (!), o tyle z kobietami jest to troszeczkę bardziej zagmatwane. Wiadomo, mężczyzna jest tylko trochę od diabła ładniejszy, pomimo umięśnionej sylwetki, kruczoczarnych włosów czy oczu niebieskich nie ma w nim tej gibkości, miękkości, tych proporcji którymi mogą poszczycić się kobiety. Zresztą, piękno fizyczne to tylko część osoby, najważniejsze jest przecież niewidoczne dla oka. Więc co nas tak naprawdę urzeka?
Oczywiście, nie ma tu jednej prawidłowej odpowiedzi bo każda z nas jest inna i każda ma swoje kanony męskiej urody. Ale jak to jest że przez całe życie marząc o długowłosym szczupłym blondynie znajdujemy się u boku łysiejącego rudzielca z brzuszkiem? No tak, dla kobiet walory fizyczne to nie wszystko, więc może osobowość? I znowu przykład - kobieta żądna przygód i skończony domator. On lubi chodzić po górach, ona uwielbia herbatki ze znajomymi. Ona zakupoholiczka, on  ciągle w budce z piwem. Egzaltowana romantyczka i surowy naukowiec. A jednak jest coś co powoduje że na dźwięk jego głosu jej serce szybciej bije, że na odgos jego kroków ona zrywa się w radosnym oczekiwaniu, a ciche klikanie klawiatury jego komputera powoduje ukojenie. Jego spojrzenie ugina kolana i mówi wszystko.
Czasami takie urzeczenie może trwać bardzo krótko, bo przecież wystarczy szklanka wody by zgasić płomień. Czasami jednak pomimo upływu lat, mimo wzlotów i upadków, kaprysów losu czy zrządzeniem innych ludzi, urok ten trwa stale i niezmiennie, podświadomie i bez naszej woli.
Ja to nazywam braterstwem duszy...
Tak, czasem linia męskiego karku może zmienić całe nasze życie...




poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Poniedziałkowe wspomnienia

No to wam dałam do myślenia wczoraj tym wierszem! No i dobrze bo byście się wszyscy rozleniwili a tu umysł trzeba trenowac ;-)

Przede wszystkim, witam z powrotem na blogu moich wiernych czytelników, moje blogowe koleżanki i wszystkich innych których nie wymieniłam. Trzy tygodnie z hakiem to szmat czasu, a jak wiadomo bloga trzeba pielęgnować żeby nie umarł. Jednak postanowienie było postanowieniem, a ja dałam sobie słowo  internetu nie sięgać, przez cały mój pobyt w Pl, chyba że w imię bliższej konieczności. Przyznam szczerze że jestem z siebie dumna, bo oprócz tych paru zaledwie razy z zakresu życia i śmierci (!) na internet nie weszłam, emaila nie sprawdziłam, szczególnie służbowego. Dużo teraz za to mam do nadrobienia, bo moje koleżanki i koledzy z paska po lewej jak zwykle wakacji od pisania nie mieli. Ale powoli, powoli, damy radę nadrobić i to.

Jak wspominam Polskę w  tym roku? Przede wszystkim upalnie. I aktywnie. Bo po raz pierwszy w życiu nie zrobiłam sobie wakacji od biegania, i dobrze bo znowu zaczynałabym od zakwasów a tego chciałam uniknąć. Odwiedziłam rodzinę i to było naprawdę bardzo męczące. Nie żebym się czepiała, przebywanie z moimi siostrami w jednym pomieszczeniu dłużej niż pół godziny to dla mnie szczyt bohaterstwa. Tak więc bohatersko ten czas spędzałam. A i jeszcze na kilka wycieczek czas się znalazł.

Między innymi Kraków. Poczciwy stary Kraków, ten ukochany Kraków do którego mogłabym wracać w nieskończoność dla samego bycia w nim. Wiele rzeczy się zmieniło od mojego ostatniego pobytu jakies hm... 9 lat temu. Nowy Dworzec Autobusowy, nowe Centra Handlowe. I nowy Kazik przy Wawelu:


Akurat był to czas Festiwalu Pierogów. Było już późno, pora kolacji, więc wszyscy obżerali się tymi pierogami ile wlazło.

Pierogi były różnej maści i koloru, różnego pochodzenia i smaku. Były i ruskie, i z jagodami, i z kapustą...


A mój talerzy wyglądał jak poniżej, pierożek z kaszą, pierożek z kapustą i boczkiem i ten zielony - ze szpinakiem. Mniam.

Był też czas na Ogród Botaniczny. Rośnie w nim takie oto stare drzewo. Wszystkie dzieciaki chciały się do niego ładować.

A ta dziwna roślina jest w stanie unieść 30-kilogramowe dziecko. Podejrzewam że w naturalnych warunkach amazońskich jest jeszcze bardziej wytrzymała.


Mnie fascynują takie rośliny:

Znalazł się czas na krótką wycieczkę do Zakopanego. Byłam tam pierwszy raz w życiu. Miasteczko jako takie podobało mi się bardzo, ale to nie o miasteczko przecież w mojej wycieczce chodziło ;-)


Chodziło o to:


Nigdy nie byłam w Tatrach Wysokich, widziałam je na żywo tylko ze Słowackiej strony, gdzie byłam kiedyś na wakacjach w nieco niższych górach. No to miałam po raz pierwszy w życiu okazję przejść się tymi zadeptanymi ścieżkami, wchłaniając widoki jak gąbka wodę, napawając się tym nieskończonym pięknem, tym spokojem (pomimo stada turystów), tym cudem który wyrzeźbiła dla nas natura. To był krótki spacer, nie jakieś tam szczyty bo na to nie byłam przygotowana, ale to co zobaczyłam, czego mogłam być świadkiem, co zapamiętały moje oczy i moje serce, te emocje które temu towarzyszyły, pozostaną ze mną na zawsze. A TAM jeszcze kiedyś wrócę...

niedziela, 18 sierpnia 2013

Wróciłam.

Wakacje w Pl się skończyły. Czas wrócić do rzeczywistości. Nie mam nastroju do pisania, jeszcze nie dziś. Dziś tylko ten wiersz - niestety nie mój :-)



*** (Moja miłość przeszła w wichr wiosenny) 
Pawlikowska-Jasnorzewska Maria

Moja miłość przeszła w wichr wiosenny - 
w wichr wiosenny - me szaleństwo w burzę-
w burzę - moja rozkosz w dreszcz senny -
w dreszcz senny - maja wiosna w róże. -

Z wichru spłynie moja miłość nowa -
miłość nowa - z burzy szał wystrzeli -
szał wystrzeli - sen rozkosz wychowa,
wiosna wstanie z różanej kąpieli.